poniedziałek, 2 marca 2009

Prawdziwie babski weekend.


I znów bawiłyśmy się kulinarnie i nie tylko w szalony weekend, tym razem lutowy. Powoli staje się tradycją powitanie na dworcu, krótki spacer, kilka w przelocie zrobionych zakupów w Złotych Tarasach, coraz to nowe smaki kaw i herbat w Coffee Heaven i powolny spacer na Halę Mirowską, w czasie którego dzielimy się różnymi nowościami, troskami i pomysłami. A na bazarze zaczyna się szał. Warzywa i owoce, ryby, przyprawy ... wszelakiej maści ciekawostki i smakołyki, które projektują nasze kulinarne dokonania dni następnych. O pięknych kwiatach nie zapominając, by i nasze estetyczne doznania uzupełniać.


W obiadowym menu znów królował łosoś. Oj, daleko mu do tego wspaniałego okazu kupionego poprzednio w Kuchniach Świata, za to dzwonka jakie zakupiłyśmy na Hali okazały się doskonałe w połączeniu z planowanymi już wcześniej makaronowymi uciechami. Gdyż jak wiadomo Princess to makaronowa miłośniczka, a Oczko - czy ja komukolwiek jeszcze wyszeperaną przez nasze tym razem Umalowane Oczko "La Cucinę" muszę przypominać? Mi za to zamarzyło się wspomnienie lata oraz azjatyckie klimaty i tak zaproponowałam mojej Kwoczce i Kurczakowi cytrynowy sosik śmietanowy, dostrzeżony dawno temu u Gotującej Julii oraz azjatycki w rodowodzie makaron soba z warzywami w pomidorowym sosie słodko-kwaśnym podany na szpinakowym dywaniku.


To była prawdziwa rozpusta. Sos sojowy, syrop klonowy, limonka i zestawy przypraw jakie nam się do rączki nawięły, no dobrze najbardziej mi, ale i Dziewczynki dzielnie mi pomagały modyfikując sos cytrynowy o limonkowe klimaty, a sos azjatycki o dodatek pięciu smaków. Piekarnik więc wprawiał się znów, choć tym razem na pieczenie chlebków czasu nam zabrakło i jedynie rybki ślicznie nam rumienił. My nawet mimo chwilowych tylko wagarów z Weekendowej Piekarni, bawiłyśmy się wspaniale, rewię makijażu odstawiając i Oczko nasze z Nieumalowanego w Umalowane przemieniając. Miał się ten mój mąż zabawy z nami jako nasz Pierwszy Fotograf. Ale i jako Pierwszy Kawiarz również się wprawiał, gdyż wszystkie w tym boskim trunku zasmakowałyśmy. Jak mogło być inaczej, gdy tak piękne macchiato wyszło mojemu Ukochanemu, który to wielce naukowo do tematu parzenia kawy zaczął podchodzić, niczym wspaniały barrista. Zastanawiania nad temperaturami mleka i espresso jednak, nie wywiały mu z głowy i innych możliwości oraz pomysłów, gdy przeróżne alkohole nam do szklanic nalewał, podając nalewkowe (o tym kiedy indziej) i kapitańskie napitki.


Noce, a raczej wieczory pełne śmiechu były, bo jak tu się nie śmiać, gdy my szalejemy a nasza kicia w najlepsze śpi, za nic mając nasze wygłupy, grzejąc się tylko albo na kaloryferze albo obok niego, na oparciu łóżka. A my w najlepsze "The Sweetest Thing" oglądaliśmy, piosenkę o ... śpiewać i w pidżama party się bawić, więc nie mogło być już lepszej zabawy. Nawet Hirek bidula tak się zmroczył w oparach pobliskiego mu kieliszka, że fikołki dla uciechy Świergotek zaczął wyprawiać i ze stołu sfrunął ... na dziobie lądując. Na szczęście medyk nie był potrzebny i pokrzepiony troskliwymi zachwytami Ptaszynek nasz mały cyrkowiec doszedł szybko do siebie.


Tak szybko ten zmyślny ptaszyna otrzepał swoje szare piórka i tak mu dobrze z jego dwoma Oblubienicami było, że już nawet na drugi dzień ruszyć się z nami na Jarmark Produktów Regionalnych nie planował. A było tam co kupować, co jeść, czym oczy cieszyć. Pierogi pieczone i gotowane, ręcznie robione makarony, wędzone rybki, które jak zawsze kuszą mnie okrutnie i sery. Zatrzęsienie serów rozmaitych ... korycińskie, francuskie, krowie, owcze i kozie, żółte i białe, pleśniowe. A obok nich korcą delikatesy z rybek wszelakich, pasztety, wedliny, chleby i smalce, przetwory na słodko i wytrawnie, a nawet z procentami. Choć straganów nie jest tam więcej chyba niż 30, no może do 40 dochodzi, to chodzić wśród nich mogłabym od rana do nocy, od piątku do niedzieli. Z prawdziwą przyjemnością co miesiąc wybieram się, by popróbować ekologicznych produktów, prawdziwych smaków, kupić to tu to tam jakiś smakołyk, czasem danie czy napój ... ach! te pierogi z kurkami kupione jesienią, och! ten ser koryciński z borowikami wyhaczony przez nasze zmyślne Oczko i wyborne pierożki usmażone, na widelczyku podane, a wynalezione przez Princess. Kotlecik z sandacza (chyba z tej rybki) wprawdzie ciut przesolony się okazał, ale pamiętam kupiony tam niegdyś kawałek pasztetu rybnego ... no bajka w ogóle.


Ale ja bym tam długo mogła o tych jarmarcznych cudach prawić, a my wszakże jeszcze i po innych sklepach oraz kawiarenkach buszowaliśmy, by do domku powrócić na wspaniałe dania, zwieńczone lekkim deserem ... kokosowa panna cotta straciatella. Żeby całkiem zgodnie z prawdą być to powinnam napisać raczej "prawie" straciatella, gdyż ten śliczny efekt, pojawiających się delikatnych wiórek czekolady, w zwartym białym kremie widoczny był tylko na spodzie i górze naszej słodkości. Za to jak przyjemnie było zajadać się nim, zmęczeni po zakupach, gotowaniu, popijając caffe latte czy lekkim czerwonym winem i smaczne śniadanka wspominając i planując.


A skoro już tak nie po kolei nasze kulinarne dokonania przedstawiam, to z jeszcze jednym czekoladowym cudem się pospiesze, które to też na Czekoladowy Weekend Bei powstało. Piękne, ponieważ ich delikatna struktura jest niczym zwiewne kwiatowe listki, smaczne i chrupkie, a do tego kryjące w sobie czekoladową eksplozję smaku ... croissanty. Te przepyszne pakieciki powstały powoli, unosząc sę w naszej świadomości obietnicą doskonałego niedzielnego śniadnia, popijanego lekką kawą z mlekiem, zajadanego w promieniach coraz śmielej wychodzącego słońca, ze ślicznie żółcącymi się tulipanami w tle. W planach były jeszcze kolejne szaleństwa - albo na ikeowskich kuchennych gażdetach bankrutowanie albo szykowanie czekoladowo-kawowego sufletu na zimno z "Francuzek ...". A tymczasem zdradziecka rwa kulszowa, co to już wiosną zeszłego roku mnie złapała i wtedy przez blisko cztery miesiace trzymała odezwała się z ogromną siłą. Nie było na to rady, jak proszki przeciwbólowe wziąć, ale otępienie po nich było tak ogromne, że oczka same mi się zamknęły i nasze plany trzeba było odłożyć na nastepny raz.


Pozostało mi potem w chorobie wspominać miły weekend, wesołe zabawy, zakupowe szaleństwa i smaczne dokonania, jak bułeczki co to nocą nam rosły, a w piątkowy wieczór powstawały w naszych zręcznych dłoniach, omlet z ziołową ricottą, który to zdjęć się nie doczekał, tak szybko spałaszowany został, rozmowy o przepisach, triki i sztuczki zdradzane o kulinarnych czy makijażowych tajemnicach ... i wiele wiele więcej, jednak trochę tej sekretnej zasłony zostawię. Powiem tylko jedno: Prawdziwie babski weekend to był.

Buziaki Dziewczynki :***

Cytrusowy łosoś w klonowej skorupce

Składniki:
ok. 40 dag łososia (po 10 dag na osobę)
sok z 1 cytryny
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki oleju sezamowego
1 łyżka syropu klonowego

Przygotowanie: Zamarynowałam łososia w soku z cytryny, sosie sojowym, oleju sezamowym i syropie klonowym przez min. 30 minut. Wyłożyłam łososia do ceramicznego naczynia razem z marynatą, dolałam kilka łyżek wody (ew. wina/wermutu), by sos z syropem klonowym się nie przypalał i piekłam łososia w piekarniku nagrzanym do 200 stopni Celsjusza przez ok. 10 minut. Łososia można też piec w specjalnej torebce lub folii, ale wtedy nie uzyska się efektu skarmelizowanego cukru z syropu klonowego, za to z pewnością będzie bardziej soczysty.

Pieczony łosoś w pięciu smakach

Składniki:
ok. 40 dag łososia (po 10 dag na osobę)
sok z 1 limonki
skórka starta z limonki (drobno)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka miodu gryczanego
1 łyżeczka przyprawy pięć smaków
1 łyżka startego zmrożonego imbiru

Przygotowanie: Zamarynowałam łososia w pozostałych składnikach dania przez min. 30 minut. Wyłożyłam łososia do ceramicznego naczynia razem z marynatą, dolałam kilka łyżek wody (ew. wina/wermutu), by sos z miodem się nie przypalał i piekłam w piekarniku nagrzanym do 200 stopni Celsjusza przez ok. 10 minut. Łososia można też piec w specjalnej torebce lub folii, ale wtedy nie uzyska się efektu skarmelizowanego cukru z miodu, za to z pewnością będzie bardziej soczysty

Tagliatelle z cytrynowo-limonkowym sosem śmietanowym

Składniki:
makaronu tagliatelle na 4 osoby (ewentualnie inny)

skórka z 3 cytryn (w tzw. zesty)
skórka z 1 limonki (w tzw. zesty)
sok z 1 cytryny
szczypta cukru brązowego
ok. 1/2 szklanki śmietany (dobrej do gotowania, ewentualnie mleka skondensowanego 4%)
3-4 łyżki tartego parmezanu (ze względu na słonosć sera nie potrzeba soli)
szczypta gałki muszkatołowej (lub startego kwiatu muszkatołowca)
pieprz zielony, świeżo mielony

Przygotowanie: Makaron ugotowałam w osolonej wodzie zgodnie z przepisem na opakowaniu. W tym czasie na patelni delikatnie tylko zwilżonej oliwą podgrzałam skórki z cytrusów. Potem na raz wlałam sok z cytrusów, śmietanę, przyprawy i parmezan. Podgotowywałam na małym ogniu aż ugotowałam się makaron (kilka minut). Wrzuciłam tagliatelle al dente niezbyt dokładnie osączone z wody w której się gotowało i podgrzałam wszystko razem jeszcze ok. 1 minuty. Ułożyłam na talerzach, posypałam dodatkowo zielonym pieprzem i gałką, podałam z łososiem z klonowej skorupce.

Źródło: Kiedyś widziałam podobne danie w programie na KuchniaTV "Juli gotuje", ale od tamtego czasu już tyle razy je robiłam, za każdym razem zmieniając trochę składniki, że nie dam głowy jak ono wyglądało w oryginale. Ostatnio podobne danie widziałam też w książce "Francuzki nie tyją ..."

Gryczany makaron soba z orientalnymi warzywami

Składniki:

4 porcje makaronu, ugotowane w osolonej wodzie według przepisu na opakowaniu (ok. 5 minut)
1 łyżka oliwy/oleju z orzeszków ziemnych
2-3 szalotki
2 ząbki czosnku, sprasowane
2-3 cm. kawałek imbiru, pokrojony w cienkie słupki
ok. 2 szklanki pokrojonych w słupki warzyw i azjatyckich grzybów (można użyć azjatyckiej mieszanki z mrożonki, byle bez gotowych sosów)
100-150 ml. passaty pomidorowej
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
1/2 łyżeczki brązowego cukru
1/4 łyżeczki przyprawy pięć smaków
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
ew. sos chili dla ostrości

świeży szpinak (ew. można zrobć z niego sałatkę z orientalnym dressingiem i kiełkami, ale moim zdaniem w tym daniu wystarcza ilość sosu pomidorowego słodko-kwaśnego za dressing)

Przygotowanie: Na rozgrzanej oliwie zeszkliłam szalotkę, dodałam czosnek i imbir i smażyłam przez ok. 1-2 minut. Dodałam warzywa, sos pomidorowy (passatę), sos sojowy, ocet i przyprawy i smazyłam na małym ogniu przez ok. 10-15 minut. Dodałam ugotowany makaron i wymiesząłam do połączenia go z sosem. Podałam na świeżym szpinaku, z łososiem w pięciu smakach.

Kokosowa panna cotta (prawie) straciatella

Składniki:
1 litr mleka (ja dałam ok. 200 ml. mleka kokosowego i 800 mleka odtłuszczonego 0,5%)
1/2 - 3/4 szklanki brązowego cukru
żelatyna lub agar-agar (zgodnie z przepisem na opakowaniu)
kilka kostek gorzkiej czekolady pokrojonej nożem na cienkie, ale nieregularne wiórki

Przygotowanie: W garnku podgrzałam mleka z cukrem. W kilku łyżkach ciepłego mleka rozpuściłam żelatynę, którą dodałam do mieszaniny w garnku, po zdjeciu jej z ognia. Mieszałam rózgą aż do całkowitej pewności, że nie ma grudek. Przecedziłam przez sitko do miarki, a z niej przelałam do kokilek. Od razu posypałam każdą kokilkę płaską łyżeczką czekolady i potem co jakiś czas należy dosypywać po trochu wiórek, w miarę ścinania się masy, tak by wiórki (również ze względu na różną ich wielkość i ciężar zostały złapane w "półdrogi". Mi nie do końca udała się ta sztuka, więc efekt straciatelli był widoczny tylko na dnie i na górze panna cotty. Po całkowitym przestudzeniu włożyłam kokilki do lodówki. Żeby ładnie wyjąć panna cottę na talerzyk, wystarczy zanurzyć kokilkę w ciepłej wodzie, przykryć wierz talerzykiem i odwrócić. Powinna ładnie się wyślizgnąć, ewentualnie można pomóc sobie nożem, by wpuścić więcej powietrza pod spód deseru. Podawać albo samo, albo polane ulubionym sosem.

Croissanty
(12 sztuk)

Składniki:
1 szklanka mleka
2 łyżeczki suchych drożdży (ja dałam 13,6 g drożdży świeżych)
2 1/4 szklanki przesianej mąki
2 łyżki cukru drobnego
1 łyżeczka soli

3 łyżki mąki
12 łyżek niesolonego masła (165,5 g)

12-24 kostek gorzkiej czekolady (Lindt i in. podobne czekolady, wystarczy po 1 kostce na croissanta, ale miałam wedlowską, o mniejszych kostkach, więc dałyśmy po 2)

żółtko i 2 łyżki mleka do posmarowania

Przygotowanie:
Piątek wieczorem:
W podgrzanym do 40 stopni Celsjusza mleku rozpuściłam drożdże z dodatkiem 2 łyżek mąki i odstawiłam aż zaczęły pracować (ok. 20 minut). Mąkę wymieszałam z solą i cukrem. Gdy drożdże zaczęły pracować połączyłam je ze stopniowo dodawaną mąką, aż uzyskałam zwarte, choć lekko lepkie ciasto. Złożyłam je w kształt prostokąta, włożyłam do ceramicznej brytfanki i przykryłam folią, tak by miało gdzie rosnąć. Schowałam na noc w lodówce.

Sobota rano:
Zimne ciasto rozwałkowałam na kształt prostokąta o wymiarach ok. 15 cm x 40 cm. Masło ogrzane do temperatury pokojowej połączyłam z 3 łyżkami mąki, zagniotłam w kulę, którą spłaszczyłam nadając jej kształt prostokąta, mniej więcej zajmującego 2/3 powierzchni ciasta. Maślany prostokąt ułożyłam na cieście, ciasto zawinęłam w kopertę, tak by przykryć masło i rozwałkowałam ponownie na prostokąt o wymiarach ok. 15 cm. x 40 cm. Złożyłam ciasto na trzy, przykryłam folią i schowałam na min. 6 godzin do lodówki.

Sobota popołudniu (po 6 godzinach):
Wyjęłam ciasto i rozwałkowałam je na prostokąt o wymiarach 15 cm x 40 cm i znów złożyłam na trzy. Ciasto włożyłam do brytfanki pod folią do lodówki.

Wieczorem w sobotę:
Wyjęłam ciasto i rozwałkowałam je na prostokąt o wymiarach 15 cm x 40 cm i znów złożyłam na trzy. Ciasto włożyłam do brytfanki pod folią do lodówki.

Niedziela rano:
Wyjęłam ciasto z lodówki i na delikatnie omączonym blaci rozwałkowałam ciasto na prostokąt o wymiarach ok. 21 cm x 44 cm. Nożem do pizzy wycięłam prostokąty o wymiarach 11 cm x 7 cm (12 prostokątów). Na każdy prostokąt kładłyśmy czekoladę i zawijałyśmy je po dłuższym boku, bez dociskania po bokach. Zwinięte paczuszki układałyśmy na blasze wyłożonej pergaminem do pieczenia. (W książce "Francuski nie tyją" należało rozwałkować ciasto w okrąg i wyciąć trójkąty, tak by uzyskać rogaliki, bez nadzienia z czekolady, ale ja zastosowałam delikatnie zmienioną metodę pokazaną przez Liskę w jej Pracowni Wypieków). Delikatnie (tylko raz) spryskałam croissanty wodą, aby nie wysychały w czasie rośnięcia. Zawinęłam blachę folią, przykryłam ścierteczką i zostawiłam do rośnięcia na 45-60 minut (ale myślę, że nawet lepiej by je zostawićna 1 1/2 - 2 godzin), póki nie podwoiły objętości. Przed pieczeniem posmarowałam je żółtkiem roztrzepanym z mlekiem i piekłam w 200 stopniach Celsjusza przez 25-30 minut. Croissanty należy wystudzić przez 15-20 minut przed podaniem.

Źródło: Mireille Guiliano "Francuski nie tyją ..." ale również Pracownia Wypieków Liski

Kapitańska caffe latte

Składniki:

Mleko
Espresso
Brandy

Przygotowanie: Najpierw w ekspresie ciśnieniowym przygotować należy espresso i spienić mleko. Połączyć razem tworząc latte o wybranej mocy kofeiny, a na koniec cienkim strumyczkiem wlać brandy (ilość zależna od gustu).

Smacznego.



29 komentarzy:

majmily's pisze...

Pozazdrościć tak miłych i owocnych spotkań;) Moja matka w ramach podrywania słała jako panna mojemu przyszłemu ojcu pozdrowienia z Warszawy podpisane "Hala Mirowska";) I do dziś lubimy tam robić jedzeniowe zakupy;) Pozdrawiam!

Anoushka pisze...

Bardzo sympatyczny weekend :)

Bea pisze...

O tak, bardzo fajny weekedn, zazdraszczam ;)

Juz Cie dopisuje do czekoladowego podsumowania Tili i bardzo dziekuje za udzial :)

Pozdrawiam cieplutko!

aga9999 pisze...

Tilia coż za wspaniała uczta! Mniam!
Pozdrówka

Notme pisze...

Super są te Wasze weekendy, :) się napracowałaś. :))

Pozdrawiam1

An-na pisze...

Czyste wariactwo - aż się pogubiłam! Zdążyłyście zrobić zakupy, nagadać się, pogotować, zrobić zdjęcia i zjeść to wszystko?! No, no...

STRONY SMAKU pisze...

jejku, ze tez mnie z wami nie bylo...ale jak tylko jestem w wawie, to podobna trasa chadzam:) na rwe kulszowa polecam medycyne alternatywna wyprobowana przez mojego znajomego: trzeba poprosic jakies chuderlawe dziecie, zeby ci przez kilka minut po pleckach pochodzilo.
pozdrawiam serdecznie:)

margot pisze...

Ja tez jestem pod wrażeniem ,jesteście niesamowite baby -tyle pracy ,tyle przyjemności....Podziwiam

majana pisze...

Tili jak zawsze pięknie opisujesz, aż czytam z buzią otwartą!:) Serio!
:))
Cudny weekend i jaki pracowity i taki.. całkowicie babski! Super !:))
Pozdrówki ciepłe.

Tilianara pisze...

Majmily, masz bardzo pomysłową mamę :))) i ja lubię zakupy na bazarach - mają niesamowity klimat :)

Anoushko, oj tak, szkoda tylko że tak przed wcześnie skończony :)

Bea, zapraszam w takim razie na następne wydanie weekendowego spotkania :) Wsiadaj w samolot i już możesz się z nami bawić :) I wielkie dzięki za smaczną zabawę czekoladową :)

Aga z Zapiecka, dzięki :)

Notme, tym razem nie było dużo pracy, same przyjemności i zabawa :)

An-na, tak zdążyłyśmy zrobić to wszystko i wiele więcej :)))

Strony Smaku, na szczęście na rwę mam cudownego rehabilitanta który już postawił mnie na nogi :) ale tez alternatywnych metod korzysta :)

Margot, dziękuję pięknie :)

Majanko, buziaczki za miłe słówka i cieszę się, że miło Ci się mnie czyta :)

nina007 pisze...

Oj działo się u Ciebie, działo. Tyle pyszności, do pozazdroszczenia.

kasiac pisze...

Tili, ale miałyście znowu fajne spotkanie!!! Też bym tak chciała!
Jakie pyszne rzeczy robiłyście:)
Makaron limonkowy zrobię, ale sobie, bo chłopaki nie lubią takiego, croissanty zrobię (te z 179 strony:))), już pisałam u Agi o nich) no i ta panna cotta też pyszna:)
A propos "Francuzek...", to nie wyszedł mi jogurt:(((

.agatka. pisze...

Co tam się działo dziewczyny! Wszystkiego po trochu, chyba zdecydować się nie mogłyście... prawdziwe Kobiety :o)

pozdrawiam

Bea pisze...

No tak, nic tylko wsiadac w samolot ;)

zemfiroczka pisze...

Oj Lipka! jak to czytam i przeglądam zdjęcia, i sobie przypominam nasz weekend to aż mimochodem się uśmiecham pod nosem :)

Aż nam zadroszczę, no! ;)) hyhy

Bo najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że wirtualny świat sprzed monitora zamienia się w realne spotkania z prawdziwym gotowaniem a nie tylko ślinieniem się przed kompem :)
Życzę nam kolejnych tak udanych spotkań, a Tobie, żeby ta rwa sosbie o Tobie zapomniała ;))

(ps. ja to mam szczęscie do weryfikacji słowa--> duckpain ;)))

An-na pisze...

Aaaaaaach ! I jeszcze: uściski dla kociczki - cudo po prostu, tylko ściskać!

A croissanty M. Guilliano czekają i u mnie w kolejce już od dawna. Zazdroszczę!

olalala pisze...

Strasznie się cieszę, że już się lepiej czujesz i nowe wpisy są, i chlebek nawet się pojawił :). A ta panna cotta jest cudna! Zawsze myślałam, że ją to trzeba na śmietance, ale albo mi się coś pomyliło, albo Wy robiłyście wersję light :). Croissanta też bym chętnie porwała, o kawie już nie mówiąc :). Oh, super weekend to był :)!

Krokodyl pisze...

Piekny weekend slow. fantastycznie spędziłyście ten czas, miło było czytac i oglądac zdjęcia i sobie wyobrażac.:-))) Kot spioch, te jego wąsiska - super. :-))) A Halę Mirowską, no znam, mieszkałam na Grzybowskiej 9. Codzienne zakupy. ;-)))Mama kupowała m.in. wiejskie jaja i sery, a ja próbowałam kapusty z beczek, no a potem już sama. Pierwsze kroki w robieniu zakupów. ;-))) I pamiętam czasy mięsa na kartki, kolejka do straganu, tam wybór niezły i nagle podbiega owczarek i łapie wielki kawał mięsa (bez kartki) i ucieka, ludzie w krzyk i wielkie oburzenie, a własciciel nagle zmienił kierunek i za psem ale żeby go nie rozpoznac, ze ten pies to jego. Ale oko dziecka spostrzegawcze. ;-)) I cytryny, pomarańcze w Święta i obrzydliwie długie kolejki w hali po mięso, wtedy zostałam molem książkowym, stojąc po zakupy. A na targu pierwsze moje dżinsy, różowe. ;-)))

aga-aa pisze...

nie którzy z brandy w kapitańskiej kawusi przesadzili, no nie? ;p
na jarmarku faktycznie było bosko, zwłaszcza jak wylukałam tych dwóch przystojniaków co kiełbachą chcieli mnie poczęstowac ;)
a panna cotta tak mi posmakowała, ze dzis nawet żelatynę zakupiłam ;p

szkoda tylko, że ten weekend tak niemiło się zakończył i musiałyśmy sie powoli wymknąć, gdy Ty bidulko zasypiałaś cierpiąc z bólu :(

p.s. Tiliuś coś ostatnio jest nie tak z Twoimi zdjęciami, czy tylko ja widzę te kwadraciki na nich (pixele chyba się zwą )

p.s.2. zapomniałam Ci powiedzieć, ze Bei przesłałam Twoje podsumowanie z czekoladowego i ona teraz tylko zalinkuje do Ciebie

asieja pisze...

ale pyszne opowieści
ta panna cotta szczególnie mnie kusi:-)

Casia pisze...

Uwielbiam Twoje relacje, Tilli :) Trudno zapanować nad szerokim uśmiechem i ukłuciem zazdrości, jak się to wszystko czyta :)

Tilianara pisze...

Ninko, dziękuję pięknie :)

Kasiu, a ja właśnie planowałam zrobić jogurt, ale pojęcia nie mam skąd wziąć zaczyn? Wiesz czemu Ci nie wyszedł jogurt? I robiłaś z jogurtownicy czy bez? hihihi zasypałam Cię pytaniami :)))

Agatko, no ba :)))

Beatko, daj tylko znać kiedy wyjść po Ciebie na lotnisko :)))

Oczko, ja się tak pocieszałam takimi wspominkami jak leżałam ścięta bólem i też nam zazdroszczę :) Fajne takie wirtualno-realne spotkania i teraz trzeba pomyśleć o następnym :) BTW to dziś wyślę wam @ jak już skończę medyczne zabiegi :)

An-na, kicia poruszyła uszkiem i mruknęła w pozdrowieniu :))) Mały leniuszek-piecuszek :)))

Olalala, tak, to wersja light, podobnie jak i moja poprzednia wersja piernkowa :) Stety i niestety muszę bardzo dbać o ilość kalorii, by nie obciążać ani mojego pooperacyjnego kolana, ani chorego kręgosłupa, a nie lubię odmawiać sobie takich cudów jak panna cotta :)))

Krokodyl, hihihi historia przednia :)))

Aga, no, niektórzy ciut przesadzili, ale przecież od święta można trochę poszaleć, a w końcu nasze spotkania to takie święta właśnie :))) A nad zdjęciami popracuję :)

Asieja, cieszę się i zapraszam do kuszenia dalej :)

Casiu, ja liczę że następnym razem i Ty dołączysz się do spotkania :)))

zemfiroczka pisze...

Taaa, ktoś z kawy z brendy zrobił brendy z kawą haha! podobni ejak ja kiedyś rum z herbatą ;))


Ja widzę lekko niewyraźnie tylko zdjęcia z łosiem.

Tilianara pisze...

Oczko, czasem fajnie jest się napić brandy z kawą, a nawet brandy z nutą kawy ;p ja tak mogę z baileysem :)))

No, coś namieszało mi się z tymi zdjęciami, ale już chyba odkryłam problem i pewnie stopniowo poprawię :) Trochę mi się rozjechała rozdzielczość przy tym poczwórnym zdjęciu :( Pewnie wrzucę je jeszcze raz :)

kasiac pisze...

Tili, robiłam jogurt używając jogurtu naturalnego jako zaczynu, bez jogurtownicy. Nawet ciepłotę mleka sprawdzałam palcem, bo nie mam termometru:) Mimo, że robiłam wszystko jak podała autorka, nie zauważyłam w smaku, że zrobił sie jogurt z mleka. Coś sknociłam, ale nie wiem co

aga-aa pisze...

Tiliuś o ja też raz piłam baileysa z kawą, cioci sie ciut za dużo wlało ;)tak od serca jak stwierdziła ;)

Tilianara pisze...

Kasiu, hmmm to ja jeszcze się wstrzymam z tym jogurtem i poczytam o tym jeszcze i może ten zaczyn uda mi się kupić i do jogurtownicy się przymierzę :)

Aga, no, to to było od serca :)

Ania pisze...

Wow, dalyście czadu!

:)

Tilianara pisze...

Aniu, oj tak :)))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...