środa, 20 kwietnia 2011

Jak wino z pasztetami pożenić?


Czas leci nieubłaganie, a ja mam wrażenie, że przemyka mi pomiędzy górą planów, jakie snuję, jeszcze większą wieżą z marzeń i pragnień, ze wszystkich stron oblężony oczekiwaniami i kaprysami ... moimi i cudzymi.


Siadam więc z kubkiem herbaty, odpędzam natrętne myśli o czekających do wsadzenia ziołach, chleb sobie rośnie, a ja zaglądam do wspomnień i zdjęć ostatniego tygodnia. Zanim jednak podzielę się z Wami pięcioma dniami po brzegi wypełnionymi kulinarnymi szaleństwami w Akademii Kurta Schellera, już dziś pokażę Wam kilka migawek z soboty, kiedy to niezliczona (naprawdę niezliczona, sama już nie wiem ile nas tam było ... ale na pewno było nas duuużo) grupa bloggerów (w tym jeden Winny Rodzynek) w kuchni Makro się spotkała.

Zaczęło się od win i na winach skończyło, a w miedzy czasie pasztety i sery, pogaduszki i śmiechy, uciszania i podpalania ... ach, czego tam nie było.


Najpierw krwawą robotę trzeba było wykonać, więc rękawiczki na ręce kto chciał i za czyszczenie wątróbek drobiowych się towarzystwo zabrało. Kilka żyłek i błonek wyciętych, mięso pokrojone, szalotki poszatkowane, listki tymianku pieczołowicie zrywane z krzaczka i już na klarowanym maśle smażenie się zacząć mogło. Wtedy to najbardziej widowiskowy moment się zaczął, gdy winiak na patelni się znalazł, a w ruch poszły zapalniczki. Płomienie buchnęły i zapach piękny się uwolnił. Krótko to jednak wszystko trwało, bo przecież każdy wie, że wątróbki nie lubią na ogniu dużo czasu spędzić. Szybko więc do malaksera mięso powędrowało, gdzie z solidną porcją masła się spotkało i w try miga w gładką masę połączyło ...


... ale nie żeby trochę ramionek pomęczyć nie trzeba było. W końcu francuskie pate robiliśmy, więc nasza masa z malaksera na sitko powędrowała, gdzie łyżką była przecierana. Potem już tylko chwil kilka potrzeba było, by pasztet do foremki wyłożonej folią powędrował. I już na tym można by poprzestać, ale w przedświątecznym nastroju jeszcze przybranie z jabłek i jabłkowej galaretki się pojawiło, by nasz smakołyk piękny spód dostał.


Do lodówki kokilki schowane, a my znów w sali konferencyjnej byliśmy, by o winach słuchać.

Gdyż to właśnie te rozkoszne trunki gwoździem programu były. O nazwach, o etykietach, o szczepach doświadczeni sommelierzy nam opowiadali. Elementy obowiązkowe etykiety wina i te dodatkowe, które czasem się pojawiają, o genezie nazw, o apelacjach, o kolorach, o smakach, o procentach i dodatkach ...


... hojnie swą wiedzą się panowie dzielili, ale co by nie tylko na poważnie było, to i etykiety trunków, co to raczej winami nie mogą być nazwane się pojawiły. Śmiech był w całej sali, bo któż nie słyszał choćby o winie marki "Wino". Zaraz też inne nazwy dały się słyszeć, a atmosfera od razu zrobiła się lekka.

Nastrój ten i przy stołach się utrzymał, gdy kolejne butelki były otwierane, a do nich towarzystwo wszelakich pasztetów i terrin oraz serów mnogość się pojawiła. O zmiennym smaku wina można się było przekonać, gdy najpierw łyk (lub li tylko przepłukanie kubków smakowych) w ustach się pojawił, a potem proponowany smak pasztetu czy sera. Własne też połączenia od razu się pokazały i jeszcze raz najważniejsza maksyma smaku się objawiła - nie ważne co mówi kanon, ważne co mówią Ci Twoje kubki smakowe!


Każdy z nas z zapamiętanymi ulubionymi smakami wyszedł, by do naszych pate zajrzeć, w dekoracje się pobawić, dodać a to konfitury z cebuli a to bakalii w miodzie. Jak widać moja wspaniała Para, Gospodarna Narzeczona (zdjęcie po prawej) w mazurkowym temacie już była, a mi zachciało się napisów, które uparcie nie chciały się stworzyć. Za to pomysłów już na podkręcenie smaku naszych smakołyków od razu pojawiało się więcej niż było nas. A to komuś morele się zamarzyły, a to lubczyk czy grzybki do głowy przychodziły. Ja oczywiście już nad gotowaniem sous vide się zastanawiałam i nalewek różne smaki chodziły mi po głowie. Kto wie, jak jeszcze przyjdzie nam zmieniać ten bazowy przepis?


Na zakończenie oczywiście sesje foto musiały się odbyć, a że wdzięcznym tematem były puste butelki, tak więc radosne i zadumane miny ponad nimi się pojawiały. Ekipa Makro wielkanocnie się z nami pożegnała, żurkiem i jedzeniem rozmaitym, jabłecznikiem i buteleczkami na drogę.


I tak skończyło się to blogowe spotkanie. Tym razem w większej i bardziej roześmianej grupie się odbyło, a i na inne elementy nacisk tym razem kładziono. I tak jest dobrze. W różnorodności spotkań jest największa zaleta. Raz bardziej kulinarnie, więcej gotujemy, bardziej na potrawach się skupiamy, innym razem znów wiedzę teoretyczną zdobywamy, w praktyce ją sprawdzając i porównując nasze doznania w szerszym gronie, niźli tylko w parach. Za wspaniałą atmosferę wielkie brawa się organizatorom należą. Wierzcie mi, kucharze do tak rozbawionego i "niesubordynowanego" towarzystwa raczej nie są przyzwyczajeni, ale uśmiech i spokój naszych kucharzy nie opuszczały, ani sommelierów, gdy najdziwniejsze propozycje mieliśmy :-)


Gdy wszyscy już do domów się rozjechali, w moim Szczęściu kilka Babeczek się spotkało. Wielkie i ambitne plany miałyśmy, by drożdżówki z rozkosznymi dżemami robić, by babę wielkanocną piec, a na obiad pizzą się posilić. Nic jednak z planów nie wyszło, ale ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy, bo gdy Lo ze swym tortem się pojawiła, nie pozostało nam nic jak rozpłynąć się w zachwytach i zastanawiać która z warstw najprzyjemniej nasze podniebienia pieściła. Ja zakochałam się na zabój w kremie zabaglione z marsalą i figami i jeszcze dziś jak o nim pomyślę, to mam ochotę do kuchni biec i krem kręcić. Miękki biszkopt orzechowy i chrupka beza szczęście dopełniły, a my na pogaduchach czas spędziliśmy, zamiast rękawy zakasać i ciasta wyrabiać.


Sobota minęła, zaczęła się niedziela i kolejne plany się pojawiają, moc pomysłów rodzi się w głowie, a czas nie guma i wszystkiego nie chce pomieścić. I co tu poradzić? ...

... Nic. Cieszyć się i planować dalej, a tego co wypadnie poza margines czasu nie żałować. Radować się tym co tu i teraz :-)

Do zobaczenia.

33 komentarze:

lo pisze...

Madziu droga, nie napisałaś, że tort był łysy, bo dekoracje cudne zostały w domu. I wyobraźnią trzeba było się posilić, żeby zwizualizować sobie te świeże figi owinięte nitkami karmelu. Lubię bardzo te nasze wspólne spotkania w Twoim SZCZĘŚCIU. Buziak.

Krokodyl pisze...

Łysy tort? No, to mi łyso, bo on i bez tych niewyobrażalnie pięknych ozdób wygląda cudownie. :-)
Ciekawa, zabawna relacja. Polce ładnie w roli barmanki. :-)
Pozdrawiam :-)

Ania pisze...

Fajna fotorelacja. Tort po prostu marzenie!:)

hania-kasia pisze...

Wspaniała relacja i wspaniały tort - mam nadzieję, że przepis pojawi się na blogu autorki tego wypieku.

I pomysleć, że jeszcze niedawno zazdrościłyśmy, że za granicą odbywają się spotkania integracyjne blogerów kulinarnych. Teraz mamy to u siebie i możemy się cieszyć wspólnym gotowaniem.

Pozdrawiam!

kabamaiga pisze...

Świetnie napisanie Tili. No i nawet moja fryzura załapała się na jednej fotce :) A tort wspaniały.

Polka pisze...

Jednak jestem trochę fotogeniczna co? :)
Pewnie to zasług butelek :D A raczej ich zawartości hihi :)
Madziu wiesz co? Ty wiesz :)))))))
:*

ewelajna pisze...

Tili, ale ładnie posnułaś tę opowieść ... Mogłabym tak czytać i czytać... Znów żałuje, że tak daleko mieszkam...:(.

Polka, no pewnie żeś fotogeniczna:)

Krokodyl pisze...

Polko, no pewnie, że jesteś fotogeniczna bez jednak. :-))

Atria C. pisze...

No widzę dziewczyny, że zrobiłyście sobei jeszcze "afterparty". To prawda, że dość niesforne byłyśmy ale cóż wymagać, przecież nie jesteśmy profesjonalnymi kucharzami:) Pozdrawiam i czekam na Akademię Kurta Shellera. To brzmi dumnie!

Amber pisze...

Tili,fajnie napisane.
A ja nie mogłam spróbować tortu Lo...Chyba nie przeboleję...

EVE pisze...

Tilli, wspaniała relacja! i te boskie zdjęcia, aż się głodna od samego patrzenia zrobiłam ;)

Tort wygląda obłędnie! Gratulacje dla Lo. Ale jak Wy z Polką dałyście radę jeszcze chociaż kawałek zmieścić? Po tym warsztatowym jedzeniu?

Miłego dnia!

Majana pisze...

Jaki ładny tort! Musial smakowac świetnie :))
No,ale w takim towarzystwie, wiadomo !:)
Pozdrowienia:)

myniolinka pisze...

od bab drożdżowych wolę te z ostatniego zdjęcia :)
uwielbiam czytać Twoje relacje!

karoLina pisze...

Warsztaty musiały być i zabawne i pouczające, szkoda, że na naszej prowincji nikt ich nie chce zorganizować. Póki co, pozostaje mi polegać na własnych kubkach smakowych. A tort Lo obłędny, wolę go nad każdy pasztet!

Tilianara pisze...

Lo, Kochana, tort łysy nie był, tylko był minimalistyczny po wierzchu, ale za to tak wiele miał dobroci w środku, że nic więcej nie było potrzeba :) Buźka :*

Krokodylu, hihihi, i dobrze i wesoło :)

Aniu, a dzięki piękne :) Tort rzeczywiście jak ze snów :)

Haniu-Kasiu, no to już Lo trzeba pomęczyć by się z nami przepisem podzieliła :) Tak, fajnie jest się tak pointegrować, pogotować i degustować :)

Kabamaigo, dzięki :) A fryzura rzeczywiście uwieczniona, zresztą w katalogu ze zdjęciami nie tylko fryzura się znalazła :)

Poluś, no nie trochę, tylko bardzo, Ty Kokietko Kochana :* No ja wiem i Ty też wiesz :*

Ewelajno, ja to się pewnie nawet za bardzo rozpisuję, ale nic już na to nie poradzę - taka gaduła ze mnie :)

Atrio, ale w tej niesforności urok był :) Mam nadzieję, że Szefom Kuchni też się spodobał :)

Amber, o tak, to trudno przeboleć, bo tort był rewelacja :)

Eve, ten tort sam wchodził do brzuszka, taki pyszny był :)

Majanko, otóż to :)

Myniolinko, hihihi, no z nas takie baby właśnie :)

Karolinko, macie w Krakowie Makro, trzeba do nich napisać i zmotywować powstanie warsztatów :)

kabamaiga pisze...

Tili szalonych rodzinnych świąt

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Tili! Wspaniała i smakowita relacja!
Pozdrawiam Cię i cudownych świątecznych chwil życzę:)

Olciaky vel Olcik pisze...

;)
ostatnie zdjęcie szalenie mi się podoba.
Wesołych Świąt Tilli,
mam dla ciebie małą niespodziankę ale cii.. na razie;)- po Świętach maila napisze.

Majana pisze...

Wesołych Świąt Tili! :))

OlaCruz pisze...

Tili, jak ja lubię Twoje opisy takich spotkań :)
Błogosławionych Świąt! Buziaki.

ptasia pisze...

Ten czas jest wredny, to prawda, ech... A pasztet + wino, wiadomo, połączenie = :) Wygląda na świetną zabawę. Wesołych Świąt, Tili!

margot pisze...

Madzia Wesołego

lo pisze...

M i S, radości, szczęścia, rodzinnej atmosfery i samych dobrych chwil w te świąteczne dni dla Was i najbliżsżych.

abbra pisze...

Wesołych Świąt Tili !!!

Krokodyl pisze...

Tili, wesołych, dobrych Świąt. Szczęśliwych :-)

atina pisze...

Zdrowych, radosnych i spokojnych Świąt Tili !

ewelajna pisze...

Tili, na dalsze świętowanie takiego czasu jakiego pragnęłaś! Serdeczności wielkie!

Gospodarna narzeczona pisze...

Spóźnione życzenia od opalonej Narzeczonej, wkrótce Ziemianki. Uśmiecham się przymilnie po zdjęcie mazurkowego pasztetu. ;-)))) Uściski.

grazyna pisze...

Pysznie to wszystko wygląda !
Zazdroszczę Wam tych spotkań w gronie blogerek :) Chętnie wybrałabym się kiedyś na takie do Warszawy :)

aga-aa pisze...

a ja kupra dałam i na zdjęcie na balkonie się nie załapałam, wstyd!

zemfiroczka pisze...

Żal mi tylko tego torta i urodzin :)

buziak

Tilianara pisze...

Kabamaigo, dzięki wielkie :*

Anno-Mariu, dziękuję :)

Olciakz, niespodzianka była rzeczywiście wspaniała - dzięki :*

Majanko, dzięki :)

Olu, a ja lubię je opisywać :)

Ptasiu, była to wspaniała zabawa i oby więcej :)

Alciu, było wesoło :)

Lo, dzięki Kochana :*

Krokodylu, :)))

Atinko, dzięki :)

Ewelajno, dziękuję :)

Kasiu, opalona, mówisz - no proszę :) Mnie też już ciut słoneczko złapało :) Zdjęcia doszły, bo nie widzę u Ciebie mazurkowego pasztetu? :)

Grażynko, zapraszam w takim razie, gorąco zapraszam do mnie :)

Agatko, no wstyd, ale bez obaw, będą jeszcze okazje :)

Oczko, o tego tortu to powinno być Ci żal, ale będą jeszcze takie miłe spotkania :)

Dziękuję Wam wszystkim za miłe życzenia i mam nadzieję, że wybaczycie Ci mi ostatnią nieobecność na blogu :*

grazyna pisze...

Tilli, dziękuję ! W maju wybieram się do Wrocławia na warsztaty kulinarne Festiwalu Kultury Żydowskiej, ale w czerwcu pomyślę o Warszawie :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...