piątek, 18 grudnia 2009

Sobie a muzom*


Ten kto mnie zna, wie jak ważny jest dla mnie uśmiech każdego dnia, optymizm wyciskany z każdej chwili życia. To esencja mojego istnienia. Nie lubię użalania się nad sobą, daremnych żalów nad rozlanym mlekiem, a gdy jest źle walczę o każdy jasny promyk. Walczę, choć nie każdą bitwę wygrywam. Dzisiejszy dzień nie jest dla mnie najłatwiejszy. Siedzę w ciepłym domu, popijam gorącą kawę i powoli przestaję mocować się z wciąż powracającymi obrazami zimy sprzed ośmiu lat. Zaspy śniegu były największym dobrodziejstwem dla brykającego w nich psa, a dla mnie były czymś nowym, niezwykłym ... jak wszystko.


Czasem tracimy coś ważnego, czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z wagi utraconego, a czasem nie rozumiemy, jak wiele straciliśmy. Bywa jednak i tak, że z tego co stracone, tam gdzie powstała luka, tworzy się coś nowego, pięknego. Trudno tak czuć, gdy myśl o utraconych dniach łapie w lodowe okowy serce, gdy powraca dawno umarła nadzieja, gdy z każdego kąta wychodzą lęk i strach o przyszłość, o zachowanie najcenniejszego skarbu.

Wspomnienie deszczu, wspomnienie zapachu i smaku, pamięć o skradzionym pocałunku, pamięć o dniach pełnych śmiechu i tych pełnych łez ... Gdzie nie spoglądam, widzę przelatujące niczym obłoczki wspomnienia innych, te najcenniejsze skarby człowieczeństwa szczególnie, gdy odwołują się do najstarszych dni, lat dzieciństwa, chwil słodkiej naiwności i pozbawionej goryczy radości.


Osiem lat minie jutro od dnia ... pierwszego dnia mojego nowego życia, ostatniego dnia życia, kiedy miałam jeszcze wspomnienia. Czas dzieciństwa, nastoletnie wzloty i upadki, pierwsze kroki w dorosłość ... wszystko zasnute szarym całunem zapomnienia. Był czas, gdy nie mogłam słuchać o wspomnieniach innych. Bolała strata jak wciąż krwawiąca rana, wiecznie otwarta ... przynajmniej tak się wtedy zdawało. Z czasem tworzyłam swoje nowe życie, a każdy odchodzący dzień stawał się nowym wspomnieniem.

Docenienie tego procesu było jednak poza moim zasięgiem. Cała radość z nowych wspomnień pokryta była patyną przygnębienia. Słowa innych bolały. "Chciałabym stracić pamięć, ... Taka amnezja to musi być dobra sprawa, ..." i wiele innych jeszcze równie głupich i okrutnych wypowiedzi wbijały kolejne ciernie, zamiast lać się balsamem, jaki wypływał z intencji tych, którzy zdania te wypowiadali.


Czas leczy rany? ... Nie, pewnych nigdy nie uleczy. Jednak to co czas potrafi, to tworzenie nowych wspomnień. A te które umarły tamtego dnia? Niech spoczywają w spokoju. Wciąż z melancholią, nieokreśloną tęsknotą i nutką zazdrości czytam o wspomnieniach innych, jednak teraz też uśmiecham się do nich. Wiem jak one są cenne i cieszę się, gdy inni też widzą ich wartość.

A w taki dzień jak dzisiaj, gdy szczególnie ciężko znosić brzemię niepamięci, a strach o jutrzejszy dzień jest szczególnie żywy i na dodatek piętrząca się góra naczyń wraz z rozpisanym co do minuty planem świątecznych przygotowań odstraszają od wejścia do kuchni, ogrzewam się. Ogrzewam się wspomnieniami pełnymi smaków, ciepła i aromatów. Zabawnymi i pełnymi satysfakcji, nawet jeśli płynącej tylko z wiedzy o ilości pokrojonych cebul, które wycisnęły łzy z niejednego oczka.


Dziś nie płaczę, ale wspominam łzy płynące strumieniami, gdy kroiłam cebulę za cebulą. Na wyborny gulasz wołowy o zabawnej nazwie, który od dawna już stał się moim zimowym hitem. Na doskonałą zupę francuską, którą zainspirowała mnie Poleczka do poznania francuskiej kuchni. I na tą najbardziej zabawną, angielską zupę cebulową Jamiego. Kto wpadł na pomysł, by dodać do cebulowej zupy czerwone cebule, wie jak paskudny kolor przybiera ona już w półgodziny po ugotowaniu. Całe szczęście, że zdążyłyśmy z Oczkiem zrobić zdjęcia wcześniej.

Teraz siedzę i oglądam te obrazki, jak na zimnym balkonie śmiałyśmy się z kulinarnych aranżacji i kadrów, jak mój Ukochany trzymał wysoko w górze światło, by udało mi się złapać dobry kadr nad francuską zupą lub jak śmiałam się z reklamowego zdjęcia "modnej" wołowiny. Bawię się wspomnieniami jak kolejnymi perełkami na coraz dłuższym sznurku i cenię każdy ich odcień. Długa podróż za mną i jeszcze dłuższa przede mną ...

Wybaczcie mi te osobiste zwierzenia przy kuchennym stole, ale gdzie indziej może być tak dobrze, tak ciepło, tak bezpiecznie jak w kuchni, w moim szczęśliwym zakątku. Wracam tam. Paszteciki czekają.


* Ponieważ dziś gadam sobie a muzom, moje spostrzeżenia o potrawach zamieściłam tuż pod przepisami.

Wołowina w najmodniejszym piwie

Składniki:
2-3 łyżki oliwy do podsmażania mięsa i cebul
1 kg wołowiny do duszenia (ja daję zrazówkę)
35 dag cebuli
1 łyżka stołowa mąki (ja zwykle nie daję)
2 listki laurowe
kilka gałązek świeżego tymianku (ja zwykle daję całą doniczkę)
500 ml. dobrego, mocnego piwa (zwykle robię na ciemnym piwie, ale czasem na jasnym)

kilka grzanek
musztarda pełnoziarnista
ser Gruyere

Przygotowanie: Mięso pokroiłam w kostkę (można w większą lub mniejszą, można też pokroić na grube kotlety, tak by kawałek był akurat porcją mięsa, wtedy nadaję się na bardziej eleganckie spotkania). Obsmażyłam je w dużym garnku, partiami, tak by jedynie zamknąć pory mięsa. Potem podsmażyłam do zeszklenia cebulę, pokrojoną w grube piórka. Dorzuciłam mięso, można na tym etapie oprószyć wszystko mąką i przesmażyć 2-3 minuty. Dorzucam tymianek i liście laurowe, wlewam piwo. Odrobinę solę na początku, ale zasadniczo doprawiam dopiero po uduszeniu. Duszę albo na malutkim ogniu ok. 2 godzin (różnie, w zależności od wielkości mięsa i jego tłustości) lub w piekarniku nagrzanym do ok. 150 stopni Celsjusza. Podaję z grzankami posmarowanymi musztardą, zapieczonymi z serem w towarzystwie dobrego piwa, nie koniecznie tego samego który dodałam do duszenia.

Moje uwagi: To danie jest doskonałe w kompozycji zimowych, domowych smaków. Gorzkawość piwa, przełamana słodyczą cebuli, połączona i zrównoważona wytrawnością mięsa i tymianku. Jeśli chodzi o piwa, to Delia Smith polecała piwo o najmodniejszej nalepce. Przyznam, że nie wiem o jakie jej mogło chodzić, ale ugotowałam już ten gulasz z każdym prawie piwem, które smakowało mi w kuflu i zawsze jest doskonałe, choć zwykle trochę inne. I proszę, nie zapominajcie o grzaneczka. Obowiązkowo z musztardą! Prawdziwy HIT!

Źródło: "Delia na zimę" program na kuchni.tv

Francuska zupa cebulowa

Składniki:
1/2 kg małych, białych cebul (ok. 4-5 sztuk)
1 łyżka masła (lub ghee)
1 płaska łyżka białej mąki (pominęłam)
tymianek (ja dałam sporo, ok. 1 płaskiej łyżki suszonego)
750 ml. bulionu warzywnego (lub wody lub innego bulionu)
100 ml. wina (ja dałam wermut)
sól i pieprz

kromki bagietki
tarty żółty ser (Comte, Gruyère, Ementaler)

Przygotowanie: Cebulę pokroiłam na cienkie plasterki. Karmelizowałam je na maśle, bardzo powoli, na niewielkim ogniu, aż cebula będzie złoto-brązowa (ja za mało ją skarmelizowałam). Na ostatnie minuty karmelizowania wrzuciłam tymianek. Gdy cebula była już skarmelizowna, dodałam wermut, bulion i gotowałam ok. 10-15 minut na dużym ogniu, by odparować część płynu. Podałam z grzankami z serem (choć powinnam zupę zapiec z nimi).

Moje uwagi: Zupa jest słodka (cebulowo słodka), ale nie mdła dzięki dodatkowi wina, które jest moim zdaniem obowiązkowym składnikiem. Zresztą potwierdziło się to po obejrzeniu programu z Julią Child i Jacques'em Pepin, którzy zupę tą ugotowali właśnie z tym dodatkiem. Tymianek może i nie jest konieczny, ale tak doskonale tu pasuje, że moim zdaniem zupa bez niego byłaby osamotniona. Również jeśli chodzi o użycie serów Julia i Jacques byli dosyć liberalni. Pokusiłam się również raz o zrobienie grzanek posmarowanych musztardą Dijon. Też były wyborne, choć moim zdaniem trochę za bardzo przyćmiewały delikatny smak zupy, dlatego pozostałam wierna prostym grzaneczkom z serem. Zdecydowanie polecam!

Źródło: Stolik Poleczki oraz pomysły z programu Jacques'a Pepin i Juli Child

Angielska zupa cebulowa z szałwią i cheddarem

Składniki:
ok. 4 łyżek masła (ja dałam 1)
4-6 łyżek oliwy (dałam 1 1/2 łyżki)
duża garść świeżej szałwii (kilka listków odłożonych do dekoracji)
6 ząbków czosnku, obranych i zmiażdżonych, posiekanych
5 czerwonych cebul, pokrojonych w krążki (następnym razem pominę czerwone, za to dodam zwykłych lub więcej białych)
3 duże białe cebule, pokrojone w krążki
3 szalotki, pokrojone w krążki
300 g porów, pokrojone w krążki
sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz
2 l. gorącego bulionu wołowego, drobiowego lub warzywnego (ja użyłam bulionu ekologicznego z kostki)
opcjonalnie: dodałabym jeszcze na koniec kilka łyżek balsamico lub wina, soku z cytryny, czy brandy - czegoś do przełamania mdławej słodkości cebul

kromki z chleba o grubości 2 cm.
200 g sera cheddar, startego
sos worcester

Przygotowanie: Na maśle z oliwą podsmażam czosnek i szałwię. Dodaję cebule, pory i szalotkę. Doprawiam solą i pieprzem. Dusiłam na małym ogniu ok. 50 minut (minimalnie odchylona pokrywka), pilnując by warzywa się nie przypaliły. Dodałam bulion i gotowałam na małym ogniu ok. 10-15 minut. Kromki chleba opiekłam z jednej strony w piekarniku pod grillem, potem drugą stronę skropiłam sosem worcester, posypałam serem, położyłam na wierzchu naoliwione listki szałwii i zapiekłam pod grillem. Podałam w miseczce, tak by kromki nasiąkały smakiem zupy. W oryginale należy miseczki z zupą i grzankami zapiec pod grillem.

Moja uwaga: Co do poprawy smaku konieczny jest dodatek czegoś kwaśnego lub wyraziście wytrawnego, co przełamie mdławą słodkość cebul i masła, np. ocet, najlepiej balsamiczny, wino, sok z cytryny lub chociażby brandy, itp. Bulion wołowy jest konieczny tylko dla jego miłośników. Moim zdaniem zupa jest lepsza z wywarem warzywnym, ewentualnie drobiowym. I oczywiście te nieszczęsne czerwone cebule. Zupa w ciągu pierwszych 30 minut miała bardzo ładne kolory, ale później błyskawicznie zmieniła się w szaro-fioletową masę, która nie przypominała nic jadalnego. Podobał mi się dodatek porów i mieszanka cebul, dzięki czemu zupa miała duży potencjał smaku. Oryginalny przepis wymaga jednak poważnego dopracowania.

Źródło: "Jamie w domu" Jamie Olivier

Smacznego.

27 komentarzy:

Mich pisze...

Tili, jak zwykle ciepło u Ciebie i pysznie, tym razem nawet rozgrzewająco.

Niepewność jutra i nieprzewidywalność losu często są ponad nasze racjonalizujące myślenie. Sposób na chwytanie momentów, kiedy jest przyjemnie i dbanie o sytuacje, w których jesteśmy weseli a na twarzy gości uśmiech jest dobrym priorytetem w codzienności. Powoli dorastam do osobistych wielkich wyborów, które odsuwałem poświęcając się i naginając rzeczywistości.
Cieszy mnie, jak mogę do Ciebie wpaść i po raz wtóry przeczytać, że cieszysz się każdym dniem, czekasz na chwilę szczęścia w kuchni szczęścia:)
ciepłe pozdrowienia znad ciepłej kawy

Ewelosa pisze...

Tili rozczuliłaś mnie - prawdą jest docenianie pewnych rzeczy po czasie i zgadzam się nie każdą ranę uleczy czas ale bynajmniej sprawi, że choć trochę tak troszeczkę jest mniej boląca.
Ściskam gorąco :)

Aga z Zapiecka pisze...

Tili, przytulam Cię mocno!

Chętnie się przysiądę do Twojego kuchennego stołu i ogrzeję przy miseczce aromatycznej zupy cebulowej :)

Zabawnie musiały wyglądać Wasze wygibasy na balkonie :-)) Już sobie wyobrażam taką ekipę

Buziaki zasyłam!
Aga

Liska pisze...

Myślę, że nawet to, co najbardziej boli, pozwala nam wyciągać lekcje na przyszłość. Wszystkie cierpienia, smutki, nierozwiązane zagadki.
Tulę Cię, Tili :)

Patrycja pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
ptasia pisze...

O, to *ta* zupa :) Wiesz, ja pewnie szarą czy siną też bym chętnie zjadła :)
A co do wiadomej rocznicy: ściskam Cię mocno.

Patrycja pisze...

Tyle bolesnych emocji między słowami, aż cała drżę. Ale i tyle nadziei i optymizmu na przyszłość:) Jeszcze nigdy Cię takiej nie czytałam.To jednocześnie piękny opis, bo taki "z wewnątrz" choć niełatwy, bo wciąż raniący.
Ponoć nic, nigdy nie zdarza się bez przyczyny. Wszystko jest po coś, tylko potrzeba czasu i życiowej mądrości, żeby te zależności rozwikłać.
Masz i jedno i drugie. I niewiarygodny pęd do życia i szczęścia:)

Pozdrawiam ciepło!

majana pisze...

Tili, nie wiem co napisać. Wydaje mi się, że każde słowo, którego użyję będzie nieodpowiednie.
Przytulę Cię więc z całej siły, mocno do serduszka :****

Chętnie kiedys usiadłabym przy Waszym Stole w Waszej Kuchni Szczęścia.

Pozdrawiam:))
Majana

kasiac pisze...

Tili, czytam Cię od pierwszego postu i co jakiś czas między wierszami czułam, że coś Cię kłuje w sercu. A ten dzisiejszy wpis ... podziwiam Cię bardzo. Cokolwiek to było w Twojej przeszłości, dzisiejsze Twoje podejście do życia powinno świecić przykładem dla innych. Umiejętność delektowania się każdą chwilą świadczy o wartości człowieka. I powtórzę za Patrycją, że nic nie zdarza się bez przyczyny.
Wierzę też, że robiąc jeden dobry uczynek, zostaje nam to oddane stukrotnie, prędzej czy później.
Ściskam Cię mocno!

fellunia pisze...

Til, to ja też wpadnę Cię pocieszyć, skosztować zupki, i tak gościsz już kilka osób i Twój przedświąteczny harmonogram legł w gruzach :)

Mogę tylko zaświadczyć, że to nie tylko tak sobie a muzom, Ty ten optymizm i entuzjazm pokazujesz każdego dnia, we wszystkim co robisz. Dziś nie trudno o melancholię, wszyscy zwracamy uwagę na daty, ale już widzę, jak zaraz wejdziesz do swojej szczęśliwej kuchni i z radością rzucisz się w wir przygotowań. Dzięki temu każdego dnia wypełniasz pamięć nowymi, wspaniałymi wspomnieniami i brak tych z dzieciństwa przestaje mieć takie znaczenie.

Ściskam Cię tak mocno, że musisz sprawdzić, czy nie połamałam Ci żeber :*

zemfiroczka pisze...

Lipko Kochana, ściskam Cię mooooocno! Tamta strata boli, bo nie tylko nie pamięta się o złych chwilach, ale i też o początkach tych cudownych - z Esem ;) Ale tak jak sama pięknie napisałaś - lukę można zapełnić czymś dobrym.

U mnie też jest luka - inna niż u Ciebie, zresztą sama wiesz, tym niemniej jednak też myślę, że wypełni się kiedyś czymś cudownym i radosnym, jak u Was wypełniło się małżeństwem.

Obyśmy tylko takie roniły łzy - jak tamte przez śmiech przy krojeniu cebul :)))

buziaki :)**

kass pisze...

Tili rozczuliłam się przy tym poście...czytałam i myślałam o swoich momentach nieciekawych, rozumiem Cię, nie wiem co Ci się tak raniącego wydarzyło...wiem jednak że czas goi rany, że czas zmienia perspektywę, że czas uczy pogody...ojej już cytuję :)))
Tili całusy ode mnie i moich pyszczków...też się grzeję w kuchni bo ziąb u nas koszmarny...ale życie jest mimo wszystko piękne!!!

kass pisze...

O kurcze...zapomniałam o Twoim żarełku napisać! Zupu wyśmienite, ja takie uwielbiam, nie mówiąc o tej wołowince...mniam!

Gospodarna narzeczona pisze...

I ja cię ściskam straszliwie mocno. a nie powiem już nic bo się wzruszę.

Małgosia.dz pisze...

Czasem chciałoby się zapomnieć o tym co tak bardzo nas zraniło. Ale nie wiem, czy to co nas złego, przykrego spotyka, nie daje nam siły na przyszłość. Chyba takie wydarzenia z przeszłości, pozwalają łatwiej przyjmować wiatr, który w życiu wiele razy wieje prosto w twarz.
Tili, ściskam mocno. :* I częstuję się wirtualnie cebulową. :)

arek pisze...

Chcialbym cos madrego dodac, ale poniewaz latwo sie wzruszam nie moge...duzo emocji przekazalas...
Jak zwyke u Ciebie duzo na stole i pieknie. Sciskam goraco:)

Monika. L pisze...

Słowa i myśli, trude i piękne. Bolesne, prawdziwe ale już wypowiedziane. To dobrze.
To co powiedziane - bardziej podobno oswojone.

Kochana. I mnie trudno napisać coś więcej. Przytulam i cieszę się, że na Twoim niebie znowu są piękne gwiazdy.
Całuję
M.

atina pisze...

Tili ja też uważam , że w kuchni o niektórych sprawach rozmawia sie najlepiej :) A poza tym łzy mam w oczach i ściskam Cię mocno :**********************

lo pisze...

Tili. wczoraj przeczytałam i dużo myślałam. A dzisiaj...Różne ciężkie chwile i wydarzenia przytrafiają sie nam w życiu. Pierwsza myśl, to lepiej, żeby ich nie było. Ale one wiele w nas zmieniają i nie da sie powiedzieć, że lepiej byłoby nam bez nich. Czasami ciężko to zrozumieć, coś tracimy, ale i coś zyskujemy. Ja miałam swój dzień ponad dwadzieścia lat temu i moje życie dzieli się na to przed i po. Jest gdzieś tam tkwiący lęk, ale jest też wielka radość z każdej chwili i dnia. Docenianie z pozoru błahych rzeczy, radość chwili. Pewnych rzeczy nie zmienimy, ale chwilo trwaj. Cieszmy się tym co jest i to widać u Ciebie. Ściskam Cię mocno.

Magoda pisze...

Kochana!
Czekam aby Cię przytulić!

A zdjęcia - rewelacyjne!

Pozdrawiam i liczę dni.

Polka pisze...

Wiesz Madzia, już za miesiąc będę mogła na żywo Cię poznać i posłuchać na nowo, od początku i jeszcze raz.
Ciężkie chwile miałaś, ale jesteś niesamowitą Babeczką, że potrafisz o nich pisać i się nimi dzielić z nami. I pisz pisz jak najwięcej. Nie wierzę w zrządzenia losu i to, że się coś stało bo tak miało być, ale cieszę się że masz w sobie tyle siły i chęci do zbierania nowych wspomnień i bycia szczęśliwą. I uwierz mi swoim optymizmem zarażasz innych i pomagasz gdy mają ciężkie chwile. Wiem co piszę :)
Dobrze że jesteś :*

co_zerka pisze...

cóż dodać..

dałaś mądre i szczere słowa, ciepłe i domowe potrawy. dom w którym jesteś gospodynią, ba bardzo piękną duszę.

ściskam mocno...... :)

Tilianara pisze...

Dziękuję Wam wszystkim za te miłe słowa, za otuchę i ciepło jakie od Was płynie. Pomimo smutnych i tragicznych początków, mam teraz wspaniałe, pełne szczęścia życie, choć w dniu zbliżającej się rocznicy zawsze nachodzi mnie smutek, który trudno mi ukryć głęboko w sobie. Dziękuję, że wytrzymaliście ze mną w tym smutnym momencie. Obiecuję, że zaraz już wracam pełna energii i optymizmu wraz ze smakowitościami jakie powstają w mojej kuchni :)

A tymczasem idę piec chleby na Święta i wspominać Wasze słowa z uśmiechem na twarzy :) Dzięki :*

Bea pisze...

Tili, przytulam Cie mocno... Nie wiem nawet, co napisac, by nie zabrzmialo zbyt banalnie... Pewne rzeczy / osoby / sytuacje faktycznie doceniamy tylko wtedy, gdy ich juz nie ma... Carpe diem, choc czasem latwo sie mowi...

Zycze Ci wszystkiego najwspanialszego!

Buziaki! :*

Pinos pisze...

Tilia, wiem, że choćby nie wiem jak ciężko było pogodzić się z pewnymi rzeczami zawsze można odnaleźć w nich coś dobrego, coś co daje siłę i nadzieję. Cieszę się, że Ty w sobie tę siłę odnalazłaś...

Anoushka pisze...

Tili, czas nie leczy ran. Niestety. Czasami nawet je powiększa.
Pozwala jednak spojrzeć na blizny innym okiem. Zrozumieć. Zaakceptować. Jednak nigdy nie pozwala się z nimi pogodzić...

:*

Ania vel Vespertine pisze...

Tili pieknie to opisałaś. I BARDZO prawdziwie, a zarazem uniwersalnie, bo Twojesowa można odnieść do okresów życia, jakie miał każdy z nas.

Dużo smutku było w Twoich słowach, mimo że już 8 lat minęło od zdarzeń, które Cię zmieniły. Mam nadzieję, że otuliłaś się świąteczną atmosferą jak ciepłym kocem...

Ściskam Cię!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...