czwartek, 28 stycznia 2010

Zlot Dziewięciu Smakoszek ... czas pełen Smakowitego Szczęścia.


Gdzieniegdzie wyszperane lubiane i nielubiane składniki - "nie cierpię wieprzowiny", "nie lubię pieczarek", "a ja ananasa", skojarzenia - "egzotyczna Basia", "pierwszy dzień, późny przylot, zmęczenie", "spotkanie całego babińca", "trochę francuskiego wyszukania i makaronikowa nauka" ... tak szły przez ostatnie tygodnie, ba nawet miesiące moje obmyślania nad menu na zlot Dziewięciu Smakoszek.


Zaczęło się od bOczkowych uciech. W końcu wiadomo wszem i wobec, że nie ma to jak podsmażony boczuś zimową porą, a skoro mój mąż, jako pierwszy miłośnik takowegoż oraz Oczko, co to mięsnie zdeprawowana już zupełnie została, głównymi degustatorami obiadu byli, więc risotto z nim musiało się pojawić. Dla mnie, miłośniczki na ostro podsmażonej dyni, z duża dawką kuminu i niewielką suszonej papryczki, doszedł jeszcze ten dodatek, kilka kropli soku z limonki, parmezan i obiad trudny do zapomnienia. Pozostało jeszcze tylko dopiąć na ostatni guzik przygotowane gadżety i zaczynamy zlot pełną parą.


I zaczął się dzień, gdy na stole pojawiały się dania i napitki godne swej nazwy - Comfort Food. W końcu trzeba było jakoś ten późny wieczór, mroźny i wyczekany dodatkowo podkreślić, gdy z lotniska odebraliśmy szaloną Polkę. W łapkę więc poszły lepkie pałki z kurczaka, słodko słone, z sosem który przyjemnie spływał po palcach, a na talerzach tworzył wyborne kałuże ... w sam raz do wycierania ich kawałkiem chleba. Chrupka zielona fasolka i szklanka wody tworzyły przeciwwagę dla wyrazistości smaków kurczaka, przyjemnie łagodząc ostrość imbiru, słodycz i słoność, które na podniebieniu toczyły swoje boje.

Ten wieczór spędziliśmy przy stole, rozmawiając, śmiejąc się, poznając, aż nadeszła noc i czas na spanie, by nabrać sił na kolejne dni pełne uciech ... kulinarnych i towarzyskich.


I tak obudziliśmy się w dniu indyjskim. Czemu indyjskim? Gdyż dla mnie Indie to piękna i smakowita egzotyka, a z tym właśnie kojarzy mi się Wędrowniczka Basia, która przed południem pojawiła się na lotnisku. A skoro egzotyka, więc i odpowiednie do tego menu. Już wcześniej wiedziałam, że przygotujemy curry z wołowiny, a do tego łagodzącą ostrość raitę, ale dzięki podarunkowi Basieńki mogliśmy również spróbować chutney'a z tamaryndy z bananami. Zdjęć, krojenia, przecierania było co nie miara. Tym razem więcej nas gotowało w moim szczęśliwym zakątku, a pogaduszkom i śmiechom nie było końca.


Jak się można domyślić, gdy tyle Babeczek gotuje razem, brudne naczynia gromadzą się w prawdziwe góry. Oczywiście zmywarka robiła swoje, każda z nas też zmywała więcej lub mniej, ale niepodważalne pierwsze miejsce i obiecany przeze mnie pomnik zdobyła Oczko. Bez tej drobniutkiej osóbki nic w czasie tego zlotu nie byłoby tak wspaniałe i tak udane. Teraz więc choć w taki drobny sposób chcę podziękować tej Kochanej Osóbce, która pomagała mi nie tylko przed, nie tylko w trakcie, ale i po całym zlocie, a wspólnie spędzony z nią czas jest dla mnie ... bezcenny, nie do opisania ... Dziękuję Kochana :*


Tamta indyjska uczta, blask świec, brunatno, żółte kolory na talerzach, odżywione zielenią kolendry czy kremowym kolorem raity skończyła się za szybko. Czas w tak wspaniałym towarzystwie mija wspaniale, ale też zlatuje tak szybko, że nim się obejrzeliśmy nastała sobota, powitanie Truskawki i Kolacja nad Kolacjami, z gwiazdą wieczoru, czyli Dżordżem (o nim następnym razem), a potem niedziela - dzień francuski. Nauka pieczenia makaroników pod okiem Mistrzyni, kawa w kawiarni z Weekendową Przylepą, spacer w siarczystym mrozie do sklepu po chipsy i wino, a potem znów wspólne gotowanie, krojenie, mieszanie i ... fotografowanie.


Wszystko po to by w czasie wieczornej kolacji na stole pojawił się klasyk francuskiej kuchni ... boeuf bourguignon i rozpływające się w ustach słodko-kwaśne ziemniaczki skarmelizowane wraz z czerwoną cebulką i całymi ząbkami czosnku. Rozpływające się ustach kawałki wołowiny uduszonej w burgundzie z mieszanką smaków, jaką opracowałam w czasie kilku lat przyrządzania tego jednego z moich ulubionych dań, uzupełniały swoją mięsność przez ziemistą słodycz marchewek, wyrazisty sos mocno zredukowany oraz balsamiczną kwaskowatość pieczarek i szalotek. Tym razem pieczarki wraz z szalotkami zamiast połączyć się z całością dania tuż przed podaniem, podane zostały osobno by basine gusta zadowolić, a ja przy okazji odkryłam niezwykle smakowity, a przy tym i elegancki sposób podania tego wydawałoby się już tak dobrze znanego dania.

Dzień BOczkowy, Dzień Comfort Food, Dzień Indyjski, Dzień Amerykański, Dzień Francuski ... dni pełne smaków, po brzegi wypełnione słowami, spojrzeniami, radością. Dni, które stworzyły we mnie wspomnienia cenne i bogate, dając mi majątek doznań tak ogromy, że aż ciężko opisać to słowami przelewanymi na papier. Jedno jednak słowo wydaje się najbardziej doskonałe - zarówno przez swą prostotę jak i złożoność ... Dziękuję Dziewczynki i mój Ukochany Mężu ... Dziękuję Wam za Radość jaką przeżyłam, za Szczęście jakie razem stworzyliśmy :*

Risotto z dynią i boczkiem

Składniki:
1 łyżka oliwy
4 szalotki, drobno posiekane
200 g. ryżu carnaroli/arborio
75 ml. wermutu
600-750 ml bulionu warzywnego (musi być gorący w czasie dodawania go do ryżu)
250 g boczku, w plasterkach, pokrojonego w paseczki
500 g dyni, pokrojonej w kostkę
kmin rzymski
chilli w płatkach
sól i pieprz
parmezan
masło
limonka

Przygotowanie: Risotto przygotować tak jak tutaj. Boczek przesmażyć do lubianej chrupkości i odłożyć na talerz wyłożony pergaminem. Część tłuszczu odlać, a na reszcie podsmażyć kostki dyni posypane świeżo uprażonym i utartym kminem z chili, solą i pieprzem. Przed podaniem, ale już po odpoczywaniu risotto wymieszać z dynią, sprawdzić konsystencję i smak (ew. doprawić solą lub pieprzem), na talerzach posypać boczkiem i skropić limonką.

Glazurowane udka kurczaka
(3-4 porcje)

Składniki:
oliwa
6 udek z kurczaka (same pałki)
sól i pieprz (lepiej pominąć sól)

Glazura:
5 łyżek miodu
2 łyżki sosu rybnego
1 łyżka jasnego sosu sojowego
sok z 1/2 cytryny
2 łyżki octu ryżowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka świeżo tartego imbiru

Przygotowanie: Piekarnik nagrzałyśmy do 200 stopni Celsjusza (termoobieg). Naczynie do zapiekania natłuściłyśmy oliwą i ułożyłyśmy w nim posmarowane oliwą, posypane solą i pieprzem pałki. Piekłyśmy przez 20 minut. W tym czasie Oczko przygotowała glazurę mieszając wszystkie składniki w miseczce. Potem wyjęłyśmy kurczaka z piekarnika, oblałyśmy go dokładnie glazurą i piekłyśmy 20-30 minut, przewracając kilka razy i podlewając. Na koniec pałki wyjęłyśmy z piekarnika, pozostałą glazurę przelałyśmy do rondelka i zredukowałyśmy na dużym ogniu. Podałyśmy z fasolką zieloną z wody i chlebem na zakwasie (jeden to litewski, drugi z rodzynkami).

Źródło inspiracji: Gordon Ramsay "Zdrowa Kuchnia"

Curry z wołowiny
(8-10 osób)

Składniki:
2 kg wołowiny, pokrojonej na kawałki wielkości kęsa
4 łyżeczki garam masali
4 łyżki jogurtu bałkańskiego

oliwa
4 duże cebule, pokrojone w paski
4 żabki czosnku, posiekane
5 cm korzeń imbiru, starty na tarce
4 łyżki przecieru pomidorowego
2 łyżki cukru pudru lub do smaku (pominęłyśmy)
800 g krojonych pomidorów z puszki
bulion wołowy (z kostki ekologiczny) - ilość na oko (w przepisie 800 ml, ale to za dużo)
gałązki z 1 krzaka kolendry (liście odłożone do dekoracji)
8 nasion kardamonu
ok. 20 liści curry (suszonych, w całości)
2 długie papryczki chilli (oryginalnie powinno być ich 6, wtedy zasługiwałby na swoje oryginalne miano jako pikantne curry)

Mieszanka przypraw:
4 łyżeczki ziaren kolendry
4 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego
1 łyżeczka ziaren kopru włoskiego
1 łyżeczka ziaren kozieradki
4 łyżeczki łagodnego proszku curry
1 łyżeczka mielonej kurkumy

Przygotowanie: Mięso zamarynowałam w jogurcie i garam masali (oryginalnie też w soli i pieprzu, ale z zasady nie marynuję mięs w soli, chyba że w sosie sojowym lub rybnym). W tym czasie uprażyłam nasiona z mieszanki przypraw, wrzuciłam do moździerza, utarłam i dodałam curry i kurkumę. Cebule i czosnek posiekały Babeczki, starły imbir. Potem to już była chwila przy garnku. Na oliwie podsmażyłam do zeszklenia (nie zbrązowienia) cebulę, czosnek i imbir. Dusiłam ok. 10 minut aż wszystko było miękkie. Zdjęłam pokrywkę dodałam mieszankę przypraw i odrobinę oliwy by wszystko jeszcze przez chwil e podprażyć. Potem dodałam przecier pomidorowy i smażyłam kilka chwil. Na koniec wrzuciłam pomidory z puszki, gałązki kolendry, kardamon, liście curry, papryczki w całości (nakłułam je tylko by nie popękały) oraz mięso z marynatą. Dolałam bulionu tylko tyle by zakrywał wszystko. Dusiłam ok. 2 godzin (można do 3, jeśli kawałki mięsa są duże). Zajadałyśmy go z ryżem, tamaryndowym chutney'em Basi i pomidorowo-ogórkową raitą, popijając indyjskim winem od Karolci.

Źródło inspiracji: Gordon Ramsay "Zdrowa Kuchnia"

Pomidorowo-ogórkowa raita

Składniki:
1 1/2 kubeczka jogurtu bałkańskiego
1 łyżka uprażonego kminu rzymskiego, zmielonego w moździerzu
2 ogórki, obrane, bez pestek, drobno posiekane
3 kopiaste łyżki pomidorów z puszki (w sezonie lepiej dać pomidora - 1 lub 2, bez pestek, posiekanego)
natka kolendry, drobno posiekana
sól i pieprz

Przygotowanie: Wszystkie składniki delikatnie wymieszałam. Odstawiłam na kilka godzin do lodówki. Wyjęłam na ok. 20 minut przed podaniem.

Źródło: wolna inspiracja wszelkimi przepisami na lekką raitę.

Boeuf bourguignon
(8-10 porcji)

Składniki:
oliwa
25 dag boczku surowego wędzonego, pokrojonego w kostkę
1,8 kg wołowiny, pokrojonej w grubą kostkę
3-4 marchewki, pokrojone w grube słupki
2-3 duże cebule, pokrojone w paski

1 butelka Burgunda (lub Bordeaux, Merlot, Cote du Rhone, a nawet Beaujolais Nouveau)
1-2 łyżki przecieru pomidorowego (opcjonalnie)
kilka suszonych grzybów
kilka suszonych pomidorów, osączonych z oliwy, pokrojonych w paski
kilka ząbków czosnku, posiekanych
rozmaryn (ilość zależna czy świeży czy suszony - suszonego daję ok. 1 łyżki)
tymianek, ew. cząber (ilość zależna czy świeży czy suszony - suszonego daję ok. 1 łyżki)
3-4 liście laurowe
bulion wołowy (tyle by zakryć składniki (mięso i warzywa nie powinny pływać w sosie, mogą odrobinę wystawać)
sól i pieprz (odrobinę, lepiej dosolić na końcu, gdyż smaki się koncentrują)

500 g pieczarek, małych lub pokrojonych na kawałki
500 g szalotek, pokrojonych w szóstki jeśli duże
masło
sól i pieprz
czosnek
balsamico

Przygotowanie: W dużym garnku w którym później wszystko się będzie dusić obsmażam boczek (dodaję oliwę, jeśli jest mało tłusty). W tym czasie na patelni obsmażam na oliwie mięso, każdy kawałek tylko przez chwilę, by zamknąć pory w mięsie. Kawałków na patelni nie może być za dużo, gdyż obniża to temperaturę oliwy. Obsmażone mięso przekładam do garnka z obsmażonym boczkiem (ten garnek nie może póki co stać na ogniu). Po obsmażeniu całego mięsa przez chwilę obsmażam cebulkę, tylko dla lekkiego zeszklenia, deglasuję patelnię odrobiną bulionu i wlewam wszystko do garnka z mięsem. Dorzucam marchewkę, posiekany czosnek, grzyby, suszone pomidory, przecier, zioła, przyprawy i wlewam wino. Dolewam bulionu. Duszę na malutkim ogniu przez ok. 2-3 godzin lub trzymam w piekarniku w temperaturze ok. 150-160 stopni. Gdy mięso jest już gotowe, wyjmuję je łyżką cedzakową do miski (razem z warzywami) i sos redukuję (dzięki temu nie trzeba zagęszczać go mąką). W tym czasie na maśle przesmażam pieczarki i szalotki z odrobiną soli i pieprzu, na koniec deglasuję wszystko octem balsamicznym (lub esencją balsamico) i dodaję do zredukowanego sosu razem z mięsem i warzywami. Doprawiam jeśli trzeba solą lub pieprzem, ew. można dorzucić trochę masła dla ładnego, gładkiego sosu. Podaję z pieczonymi ziemniakami (tym razem z tymi).
Tym razem ponieważ jedna z gości nie przepada za pieczarkami, pieczarki z szalotkami były podane osobno, tak by każdy mógł dołożyć ich sobie zgodnie z upodobaniami.
Koniecznie podawać z czerwonym winem.
Zwykle podaję też z zielonym groszkiem ... o ile o nim nie zapomnę :-)

Źródło: nie mogę powiedzieć, by boeuf bourguignon był mojego autorstwa, gdyż to klasyk francuskiej kuchni. Ta jednak metoda jego wykonania, te proporcje są w pełni moje i ... zmienne jak ja :-) Czasem mam ochotę na dodatek pomidorowy, czasem na inne zioła. Jestem dosyć elastyczna w czasie gotowania tego dania, również w zakresie używanego wina - byle by było czerwone i tym razem nie może to być wermut.

Smacznego.

16 komentarzy:

zemfiroczka pisze...

Ja tak a propos tej kałuży w comfort food - ktoś mi podkradł talerz, kiedy randkowałam z fonem i nie dano mi w związku z tym do końca rzeczonej wymakać chlebem, no! ;)

A! i proszę o tytuł Nadwornej Zmywarki. Nie obrażę się, jeśli laurka też będzie ;)))

cmok, cmok!
BOczko ;))

Tilianara pisze...

Oczko, będzie i laurka i pomnik, ale ja i tak czekam na tą von-von :) A tytuł masz już nieodwołanie i dożywotnio :)
No a z talerzem to była zabawna wtopa :DDD Trza było konferencyj nie odstawiać, tylko pałaszować :P

zemfiroczka pisze...

Wiem, wiem - wymigałam się dzisiaj ;)PPP Ale spoczko! - jak zamieszkam na dobre w Nowalijce, to jeszcze będziesz mnie miała dosyć ;)P

Idziemy coś zjeść? ;)

Patrycja pisze...

Nie, ja już nie daję rady, idę robić obiad, z tego wszystkiego zgłodniałam:) Dziewczyny, gratuluję spotkania, gotowania i tej radości, która zewsząd wyziera.
Uściski!

ptasia pisze...

A przepis na Dżordża też wrzucisz? :)

An-na pisze...

Miło czytać o taaakiej porcji szczęścia :)

Tilianara pisze...

Oczko, a i owszem, możemy ... mogłyśmy i zjadłyśmy :D

Trufelko, a dziękujemy pięknie :)

Ptasiu, no ba! Dżordż musi być, ale że to gwiazda to konkurencji nie zniesie - jutro albo w weekend się pojawi, zależnie jak mi zdrówko pozwoli :)

Anno, oj tak, choć jeszcze milej było to przeżywać :)

Monika. L pisze...

Ależ klimat :) tylko brać przykład.
Ładuje akumulatorki, prawda?
Patrzę, głodnieję, patrzę...idę do kuchni.
Pozdrawiam cieplutko
zasypane śniegiem M. ;)

atina pisze...

Wow ile tam było jedzenia! Wszystko wygląda pysznie:)

Zaytoon pisze...

Oj... Ileż radości bije od Was, kiedy opisujecie to niezwykłe spotkanie kulinarnych smakoszek. Musiało być cudownie. I powiem szczerze, troszeczkę (silny. bardzo silny eufemizm.) zazdroszczę klimatu i zabawy w tak doborowym towarzystwie. ;)

I ileż tam było pyszności ze stron świata wszelakich!

Mich pisze...

Następnym razem nazwę się bardziej elegancko:) Bardzo ładna relacja, wszystko na swoim miejscu. Pozdrowienia!

majana pisze...

Wszystko smaczne, a ja bym najchętniej tę zieloną fasolkę wtrąbiła:)

kasiac pisze...

Ale Wam było fajnie, no!
Tyle Was było i tyle pysznego żarełka naprodukowałyście!!!
Kuchnia pełna Szczęścia po prostu! Aż w wrażenia zapomniałam, czy poprostu jest razem czy osobno:)
Czekam na ciąg dalszy:)))

Gospodarna narzeczona pisze...

A propos miały być dla mnie odłożone ominięte desery!!!!!!????? I? Czyżby Nocny Wyżeracz Indyków?

fellunia pisze...

O, widzę, że nie tylko ja miałam obiecany pominięty deser czyli gruchę, Narzeczoną też tak mamiliście :D Umówimy się więc i zjawimy po swoje!
No ale poza tymi obietnicami było wspaniale, dzięki dziewczynki (i nieliczni chłopacy)
:*

Tilianara pisze...

Moniko, oj tak, akumulatorki naładowane na fest :)
Pozdrawiam :*

Atinko, dzięki piękne :)

Zaytoon, dziękuję pięknie w imieniu swoim i Zlotowiczek :)

Michu, ależ to bardzo elegancka i akuratna nazwa :) Urocza :) Trafiłeś z nią w dziesiątkę :)

Majanko, widzę że prostotę doceniasz :) Tak, fasolka była mniam mniam, choć szczególnie jako towarzystwo do udek :) Wpadnij, a fasolki ugotuję cały garnek. Kwietniowe zaproszenie wiecznie aktualne :*

Kasiu, cieszę się ogromnie, że Ci się podoba :) Ja mam nadzieję, że podobnie jak Majanka pamiętasz moje zaproszenie z tamtego kwietniowego spotkania w Gdańsku :)

Kasiu, Felluniu, to nie do mnie pretensje, tylko do Esa i Polci - oni odpowiadają za zniknięcie dodatkowych porcyjek :D Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - kiedy w takim razie wpadacie na grzańca z gruchami? :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...