poniedziałek, 13 września 2010

Co ma komiks do obiadu?


Już tłumaczę i bynajmniej nie chodzi mi o czytanie komiksów przy obiedzie. Znacie Asteriksa?

Jeśli tak, to pewnie pamiętacie Ahigieniksa. Sprzedawcę zawsze śmierdzących ryb, które przydawały się li tylko, aby tłuc rzymian i biednego Kakofoniksa. Niestety ta postać z komiksu towarzyszyła mi przez większość chwil, gdy wchodziłam do sklepów rybnych lub podchodziłam do takowych stoisk w marketach. Nieznośny zapach odstręczał od podejścia do nich, a jeśli nawet nie on jako pierwszy odrzucał, to był to z pewnością widok marnych ochłapów, przyozdabianych najróżniejszymi rekwizytami (jak sztuczne owoce czy atrapy sieci lub wodorostów), ułożone tylko chyba po to, by ukryć jak zły towar się sprzedaje. Nic jednak nie ukryje braków w jakości, gdy wyjmowałam najlepszy jak się wydawało kawałek łososia, a on powalał (bynamniej nie w sensie pozytywnym) swoim zapachem, gdy kładłam go na patelnię. Dwa razy dałam się tak nabrać w osiedlowym sklepie rybnym i powiedziałam "Koniec!"


Niestety to również oznaczało koniec zajadania się moimi ulubionymi przysmakami chyba, że miałam czas by jechać do dalekiego Makro lub Almy, albo jeszcze dalszego Piotra i Pawła. Myślałam, że sytuacja pozostanie już tak beznadziejna, aż niedawno, dzięki czytelniczce mojego bloga odkryłam wspaniały sklep rybny. Świeże, wręcz doskonale filety czy całe ryby, bardzo miły i co ważniejsze uczciwy sprzedawca, który nie tylko podpowie, co do danej potrawy będzie najlepsze, ale i poradzi, w jakiej temperaturze piec i po jakim czasie wyjąć, by rozkoszować się wybornym i wilgotnym mięsem ryby. Pełnię szczęścia uzupełnia jeszcze odległość. Wystarczy krótki spacerek czy to z domu czy to z pracy i z torebką pełną smakołyków wracam, obmyślając jak wyeksponować i nie zagłuszyć wybornego, naturalnego smaku morskich przysmaków.

Przy okazji festiwalu rybnego, jaki urządziłam nam w domu, jeszcze raz mogłam zobaczyć jak to moja Briczolla za rybami wariuje. Wystarczy wyjąć rybę z lodówki, a już po chwili kicia siedzi w drzwiach i PATRZY. A wzrok ma tak wymowny, że muszę się bardzo pilnować, aby nie rzucić jej kawałeczka. Jednak już przy fotografowaniu* potrawy kicia pokazuje na całego swoje zainteresowanie i przy okazji niezadowolenie z pominięcia w rozdawaniu przysmaków. Pakuje się na blat czy stołeczek i w czasie, gdy ja łapię kadry ona przymierza się do parującej rybki. Śmiechu jest przy tym co nie miara :-)


Nie tylko jednak kicia ostatnio szalała ze szczęścia. Wiadomo, że gdy kupuje się ogromne ilości ryby, a do tego są to całe filety, z czego tylko grube części obsmażane lub pieczone w piekarniku zapełniały nam brzuszki w czasie obiadów, z pozostałych części filetów trzeba przygotować jakieś smakowite potrawy, np. rybne dukaty**. Skoro więc na stole pojawiły się w sobotnie popołudnie takie rybne kotleciki nie mogło zabraknąć jeszcze jednego ... tak! frytek!

A nie ma większego ich miłośnika nad mojego męża. Od czasu dostania frytkownicy broniłam się przed jej używaniem ... choć sama nie wiem dlaczego. Jakoś zakodowane stereotypy nie pozwalały rozkoszować się chrupkimi z zewnątrz i mięciutkimi w środku frytkami ... a tymczasem dobrze przygotowane potrawy smażone w głębokim oleju wcale ani tłuste ani nie zdrowe być nie muszą. Wiadomo, że nie jest to dieta codzienna, ale czemu od czasu do czasu nie zrobić sobie przyjemności. W końcu w jedzeniu nie tylko o zaspokojenie głodu chodzi, ale przede wszystkim o tą rozkosz, jaką czujemy, gdy na podniebieniu i języku rozlewają się najróżniejsze smaki i o to niezwykłe ciepło, gdy patrzymy jak ukochana osoba ze szczęściem wymalowanym na twarzy delektuje się posiłkiem.

I na koniec tego worka przyjemności jeszcze mały deser, który znika szybciej niż trwa pójście po aparat. Chipsy. Dwa ziemniaczki super cienko pokrojone i na chrupko usmażone .... mmmm to dopiero była przyjemność.

Dzięki Karolino za wyborną inspirację, a czytelniczkę mojego bloga, Małgosię, która była tak wspaniała i w marcu mailowo podzieliła się sekretem istnienia tego sklepu wirtualnie ściskam i wielkie całusy przesyłam :**

* dziś też na Gospodarnym Szczęściu dowód miłości mojej kici do domowego chleba. Wie zwierzak co dobre :-)
** patrz ciekawa dyskusja o kotlecie w komentarzach u Karoliny ;-)

Sklep Frutti di Mare
ul. Dereniowa 6
Warszawa
(spacerkiem 5-10 minut od Metra Imielin).


A teraz zapraszam na przekrój rybnych propozycji:

Limonkowa ryba z limonkowym ryżem

Składniki:
Filety z okonia morskiego na 4 osoby (zwykle biorę po ok. 20 dag ryby na osobę)
sok z 2 limonek (skórka z limonek użyta do doprawienia ryżu)
1 łyżeczka sosu sojowego
olej w orzeszków ziemnych
pieprz kolorowy

Przygotowanie: Rybę zamarynowałam w soku z limonek i sosie sojowym przez min. 30 minut. Przed pieczeniem nagrzałam piekarnik do 185 stopni Celsjusza i cienko posmarowałam rybę olejem. Piekłam w naczyniu do zapiekania (wysoko w piekarniku by uzyskać efekt karmelizacji na wierzchu ryby) przez ok. 10-15 minut (czas zależny od wielkości porcji, zasadniczo ryba powinna dawać łatwo się oddzielać na płatki, ale wciąż być soczysta).

Podałam z taką szybką wariacją na temat pilawu: ryż z fasolką, dymką i skórką z limonki. Ryż (odmiana ribe, która gotuje się na sypko, ale nie za bardzo ;D) ugotowałam w podwójnej ilości wody w stosunku do objętości suchego ryżu z kawałkiem trawy cytrynowej, a na ostatnie 6 minut dorzuciłam mrożoną fasolkę, by ugotowała się z ryżem. Trzeba pilnować, czy ryż nie potrzebuje więcej wody. Potem na patelni podsmażyłam szybko białe części dymki, wrzuciłam ryż z fasolką, dodałam skórkę z limonek, zielone części dymki, sól i pieprz i odrobinę oliwy.

Maślany okoń w dwóch orientalnych wariantach

Składniki:
Filety z okonia morskiego na 4 osoby
sól i pieprz
dobre, nie! najlepsze (!) masło i odrobina oliwy

Przygotowanie: Kawałki okonia z grubszej* części filetu posoliłam i popieprzyłam. Dużą patelnię porządnie rozgrzałam i dopiero wtedy wlałam na nią łyżkę oliwy i włożyłam kawałek masła. Jak masło się rozpuściło, zmniejszyłam ogień do średniego włożyłam rybę (po 2 kawałki na raz, by za bardzo nie ostudzić patelni) i smażyłam po kilka minut z każdej strony, aż ryba była usmażona, ale soczysta. Można to wyczuć pod palcem, ale jak ktoś nie ma wprawy, to można sprawdzić widelcem czy płatki się oddzielają, a mięso ryby nie jest już przezroczyste.

Na koniec zrobiłam dwa warianty dania:
Jeden: rybę zdjęłam z patelni, wlałam kieliszek wermutu i łyżkę chutney'u z mango. Wymieszałam, zredukowałam i taki sos wlałam do przygotowanego już kuskusu, wymieszałam. Rybę ułożyłam na kuskusie w towarzystwie ugotowanej fasolki posypanej sezamem.
Drugi: osobno ugotowałam makaron soba, wymieszałam go z olejem sezamowym i posiekaną dymką. Podałam ze zwykłą sałatą, choć lepsza była by pewnie chrupka pekińska, doprawiona pieprzem.

* Cieńsze kawałki filetu (te od brzuszka) upiekłam w papilotach z wermutem, sokiem z cytryny, estragonem, solą i pieprzem przez 15 minut w 180 stopniach Celsjusza i zużyłam do kotlecików rybnych (patrz niżej).

Niestety tej maślanej rybki nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Raz, że w tamte dni spieszyliśmy się ogromnie z mężem do innych spraw, stąd też takie szybkie dania na obiad, a dwa, że była wtedy paskudna pogoda, deszczowo i pochmurnie, a bez dobrego oświetlenia to zdjęcia wychodziły fatalne. Jednak chociaż w piśmie nie mogłam nie utrwalić sobie w pamięci tamtych wybornych obiadów :-)

Co do źródła tego przepisu to nie ma go, albo raczej jest ich zbyt wiele by wymienić. Ryba podsmażona na maśle to sztandarowe danie francuskie, ale i w polskich starych książkach kucharskich nie raz można ją spotkać. A dodatki to już czysta fantazja.

Kotlety rybne vel dukaty

Składniki:
250 g puree ziemniaczanego (bez dodatku mleka i masła)
300 g upieczonej w wermucie i estragonie ryby (tym razem okoń morski), podzielonej na płatki
200 g wędzonego pstrąga (uwaga na ości!), podzielonego na płatki
1/2 pęczka dymki, drobno posiekanej
1 jajko, rozbełtane
sól i pieprz
mąka, 2 jajka i bułka tarta na panierkę

Przygotowanie: Wymieszałam wszystkie składniki i doprawiłam solą i pieprzem. Masę odstawiłam na 1 godzinę do lodówki, by stężała. Formowałam raczej większe kotleciki (4 większe, 3 średnio-małe), obtaczałam je w mące, potem jajku, potem bułce tartej, potem znów w jajku i znów w bułce. Odkładałam na talerz, aż przygotowałam wszystkie.
Smażyłam je w głębokim oleju we frytkownicy w 180 stopniach Celsjusza przez ok. 5 minut (aż się zbrązowiły). Na drugi i trzeci dzień odgrzewałam je w piekarniku, choć można również przez 1-2 minuty we frytkownicy (180 stopni).

Podałam je z frytkami i obłędną mieszanką sałat od rewelacyjnego Pana Sałatki, ale o nim innym razem.


Źródło: Zmysły w kuchni

Frytki

Składniki:
ziemniaki
olej słonecznikowy
sól

Przygotowanie: Ziemniaki obrałam i pokroiłam (ja wolę grubsze - chrupkie z zewnątrz, w środku jeszcze miękkie, "ziemniaczane", a mój Ukochany woli cieńsze, przez to bardziej chrupkie i wysmażone również w środku). Potem dokładnie je umyłam w zimnej wodzie, by zmyć z nich skrobię. Odcedziłam i wysuszyłam, aż były absolutnie (!) suche (inaczej nie tylko olej będzie pryskał, ale i same frytki zamiast się smażyć, uduszą się w parze wodnej, jaka wokół nich powstanie, posklejają się i nasiąkną olejem).
Sekretem frytek jest smażenie ich dwukrotne. Raz w oleju o temperaturze 160 stopni Celsjusza przez 4-5 minut (na tym etapie można sprawdzić czy wystarczy im czasu wkładając nóż we frytkę - jeśli czubek noża wchodzi bez problemu, znaczy że mają dość). Potem należy je przekładać na ręczniki papierowe by odciekły i wystudziły się. Następnie smażymy je w 180 stopniach przez ok. 5-7 minut. Wykładamy na ręcznik papierowy, żeby odsączyć je z oleju, solimy i podajemy.

Są również inne warianty temperaturowe smażenia frytek - 120-130 stopni Celsjusza przez 7-8 minut, a potem w 175 stopniach przez 2-3 minuty lub jak u Karoliny najpierw w 190 stopniach, potem w 200-210 stopniach, choć muszę przyznać, że trochę obawiam się tak wysokich temperatur tym bardziej, że moja frytkownica teoretycznie nagrzewa się tylko do 190 stopni.

Źródło: Zmysły w kuchni

Poza w/w pozycjami, delektowaliśmy się jeszcze łososiem teriyjaki lub miso albo w takiej sezamowej otoczce albo w takiej prostej formie i w wielu modyfikacjach tego pysznego smaku - ha! niech mi ktoś powie, że ja nie lubię łososia :-)

Chipsy

Składniki:
ziemniaki
olej słonecznikowy
sól

Przygotowanie: Ziemniaki kroimy na cieniutkie plasterki (można nożem, mandoliną lub mikserem), myjemy i dokładnie suszymy. Smażymy do zezłocenia w oleju nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 4-5 minut. Osuszamy na ręczniku papierowym, solimy i zajadamy jak przestygną.

Smacznego.

23 komentarze:

majana pisze...

Rybki pyszne, lubię zawsze i wszędzie:) I coraz więcej ich przygotowuję w domku:)
Pozdrowienia:)

Jswm pisze...

Już się przestraszyłam, że zachowasz adres dla siebie :))))
dzięki! od dawna mam ochotę na DOBRĄ rybę

Kasia pisze...

wygląda pysznie! cieszę się, że podałaś adres tego sklepu bo z przyjemnością się tam wybiorę w najbliższym czasie :)

Gospodarna narzeczona pisze...

Fakt świeże ryby wcale nie śmierdzą. My mamy pana z sieciami w G. i sklep na Wiktorskiej z szalonym sprzedawcą, też polecam.

Ja co prawda miałam inne, mniej nadające się do upublicznienia skojarzenia.
Choć wiadomo świeżych ryb to u nas nie ma, bo najświeższe to do dwóch godzin po złowieniu jak mawia L.

Kuba pisze...

O rany! Ale tu urodzaj! Kocham ryby przegotowywane na wszelkie sposoby. Kocham też Asterixa - czytałem jako dzieciak i nawet dziś (a dzieciakiem już dość dawno chyba nie jestem) od czasu do czasu rzucę okiem kiedy widzę te komiksy w księgarni....

Zaytoon pisze...

Szalejesz, Tili z tymi rybami! ;) Szkoda, że ja w swojej okolicy nie znam żadnego porządnego rybnego sklepu...

A takie domowe chipsy przygotowywałam kiedyś z Tatą. Żadne inne nie smakowały tak wspaniale...

Pozdrawiam! :)

Karmel-itka. pisze...

ojej, ojej! jakie szaleństwo! mm... takie apetyczne ;] pycha!

Amber pisze...

Tili,ja tez znam ten sklep i gdybym tylko wiedziała,że poszukujesz...
Ryby u mnie ,idą jak woda'.
A Twoje propozycje wielce smakowite!

miss_coco pisze...

A propos frytek sie wtrace, nie tylko powinny sie smazyc w dwoch kapielach o roznych temperaturach, tak jak piszesz, ale rowniez powinny to byc dwa odrebne zbiorniki. Tak wiec nie wystarczy podkrecic temperature tluszczu, wlasciwie powinno sie zmienic tluszcz. W Belgii sa nawet specjalne frytkownice, z dwoma wbudowanymi obok siebie pojemnikami. Na tym polega wlasnie sekret frytek belgijskich, podobno jednych z lepszych na swiecie ;))

EVE pisze...

jejku, jaki u Ciebie dzisiaj rybny zawrót głowy :)))

a adres sklepu sobie zapisuję, trochę daleko ze Śródmieścia, ale dla dobrej rybki jestem w stanie nawet całe miasto przejechać :)))

pozdrawiam serdecznie!

Marcin pisze...

dzięki za informację o sklepie. wprawdzie (już) nie mieszkam niedaleko, ale czasem bywam w okolicy.

przy okazji przestrzegam przed rybami w leclercu (tym przy surowieckiego) - ostanio sprzedali mi niezbyt świeżą rybę, dużo było po niej wietrzenia.

margot pisze...

ryb nie jadam ,ale frytki domowe lobię , nawet bardzo lubię :P

monika pisze...

O, Tili, z tym Asteriksem to trafiłaś :D

Ja się rozbestwiłam odnośnie ryb, bo o świeżutkie prosto z jeziora u nas nietrudno i zawsze kręcę nosem na choć trochę nieświeże - a ryby uwielbiam - i te pierwsze dwie propozycje na pewno wcielę w życie, tym bardziej że w zamrażarce czeka jeszcze kawał szczupaka od sąsiada :) W prawdzie szczupak jeziorowy, ale czuję ze takie orientalne przyprawy dadzą radę i ze szczupakiem :)

Pozdrawiam cieplutko :)))

lo pisze...

Sklep ze świeżymi rybami to skarb. Gdybym nie miała swojego mrugającego sprzedawcy ryb na Bielanach, to jeździłabym do Ciebie. Poucztowaliście sobie pięknie. Zaskoczyłaś mnie z tą miłością Waszej kici do ryb. Nasza leśna nie wykazuje zainteresowania, pewnie dlatego, że stoi jedną nogą nad grobem, a staruszka- anorektyczka gardzi nimi, bo raz jej zaszkodziły (15 lat temu!!!). Antybiotykuję się na całego, żeby na niedzielę być jak nowa. Pozdrawiam.

Tilianara pisze...

Majanko, to może niedługo i owoce morza - krewetki, ośmiornice :)

Jswm, ależ nie śmiałabym! Taki sklep to dobro najwyższe :)

Kasiu, cieszę się :)

Narzeczono, a wiesz ja się z Twoim L zgodzę, tylko, że czasem trzeba pójść na kompromis, bo na przeprowadzkę nad morze lub jezioro niestety nie mogę sobie pozwolić ... jeszcze ;)

Kuba, a wiesz, że ja ze trzy albo i cztery razy przeczytałam całą serię Asteriksa i zawsze miałam ubaw jak to czytałam :)

Zaytoon, a w jakiej okolicy mieszkasz? Rozejrzyj się, może jednak gdzieś coś jest. Wiesz ten sklepik to taki niepozorny, stoi na uboczu, tylko drzwi, bez witryny. W życiu nie pomyślałabym, ze tam coś może być, gdyby nie owa Małgosia :)

Karmelitko, a dziękuję pięknie i w pas się kłaniam :)

Amber, u mnie teraz też :) I do zobaczenia w sklepiku kiedyś, a może i nie tylko w sklepiku :)

Miss_coco, hmmm, no to może kiedyś się pokuszę o druga frytkownicę, albo o belgijską :)

Eve, a wiesz w Śródmieściu, podobnie gdzieś w okolicach Metra Świętokrzyska też jest jakiś dobry sklep rybny :)

Marcinie, ja z leclercka czy reala dawno już zrezygnowałam, gdyż zawsze gdy podchodzę do stoiska śmierdzi niemożebnie, choć musze przyznać, że największy hardcore spotkał mnie w sklepie osiedlowym (na belgradzkiej) gdy kupiłam przyzwoicie wyglądającego łososia, po umyciu powąchałam i nie pachniał, a gdy położyłam na patelnię zaczął tak koszmarnie śmierdzieć, że nie dało się wytrzymać :( Dlatego gdy sprawdziłam już nie raz ten sklep chciałam podzielić się dobrą nowiną :)))

Alciu, to zapraszam na frytki, dla Ciebie nawet z worka ziemniaków bym ich nasmażyła :)

Moniko, jak ja ci zazdroszczę tego jeziora, oj ogromnie :) A szczupak myślę, że orientalnie bardzo smakowicie się nada :) jakiś czas temu robiłam po indyjsku sandacza i pyyycha było http://kuchniaszczescia.blogspot.com/2010/04/pierwsze-kroki-siedmiomilowe.html

Lo, jak tylko sobie przypominam Twoją opowieść o mrugającym panu to śmiech mnie łapie :DDD A co do kotów, to sama wiesz jaką one mają naturę - niezależne i niepoddające się żadnym standardom - jeden lubi, drugi kręci nosem a jeszcze trzeci szaleje :)

arek pisze...

Ktoz nie pamieta slynnych "ryboli" z ich sieciami na ryby i oszalamiajacym aromatem?! Widac niektorzy tworza dzis ich wierne kopie - przez sentyment zapewne. Smakowiete te twoje rybne propozycje a kicia zahipnetyzowana przy talerzu po prostu czad! Wie co dobre!

amarantka pisze...

Rozbawił mnie wstęp :) zwłaszcza te rekwizyty, które niestety faktem są :)

a Twoje propozycje - pyszne! każdą jedną bym zaraz spróbowała! więc nie dziwię się Briczolli, że tak za rybami wariuje... zwłaszcza w Twoim wykonaniu :)

Tak przy okazji przypomniała mi się historia z moim Borsukiem, który kiedyś przed Wigilią upolował sobie pływającego w misce karpia, a to czego nie zjadł od razu, schował w bucie mojego taty... taka świąteczna niespodzianka ;)

Gosia pisze...

alez pysznie tu dzis u Ciebie....rybek dawno nie robilam,a tu cale bogactwo tego...
Pozdrawiam cieplutko :)

viridianka pisze...

zazdroszczę sklepu rybnego! u mnie niestety w mieście można tylko mrożone dostać i to marnej jakości, do wyboru 2-3 rodzaje :/ w łodzi lepiej ale tu znowu czasu nie ma.

a dla Kici głaski ode mnie i miauki od mojej Kociczki (;
a dla Tili buziaki już od nas dwóch (; '*

Kuchareczka pisze...

och, kto nie zna asteriksa! :)
strasznie fajny pomysł na przepis!

majka pisze...

Uwielbiam ryby. Przygotowane na wszelkie mozliwe sposoby. Niestety u mnie w domu jemy ich zdecydowanie za malo i postanowilam to zmienic. Przynajmniej raz w tygodniu musimy dogodzic naszym podniebieniom wiec pojawiaja sie rybki. Zanotuje sobie Twoje pyszne propozycje :)

Twoj kotek mnie zachwcil :) Tak smiesznie mu wystaje lepek zza tego talerza :)) Swoja droga jest on strasznie podobny do niezyjacego juz kota moich rodzicow, ktory byl wczesniej moim kotem - Rubensa :))

Karolina pisze...

Bardzo, bardzo się cieszę, że Cię zainspirowałam do zrobienia tych dukatów (ładna nazwa), no i fajnie, że mąż się cieszył, że zrobiliście użytek z frytkownicy. :))) Temat frytek idealnych będę zgłębiać, może kiedyś kupię frytkownicę, pewna jestem tego, że i tak najbardziej liczy się dobry gatunek ziemniaków. :)

Twoje dukaty vel kotlety wyglądają niezwykle smakowicie. Ja czasem też dodaje do moich wędzonej ryby, ale wtedy nie robię już z tymi orientalnymi dodatkami typu imbir i chilli, a pozostaje przy klasycznej pietruszce, czy kaparach. :) Dzięki Twoim zdjęciom i opisowi znowu mi się ich zachciało, he, he!

Dziękuję za ciekawą dyskusję i za post! Ściskam! :)

Tilianara pisze...

Arku, hmmm, no to ja chyba nie popieram takich sentymentów :D

Amarantko, hihihi, ale niespodzianka :DDD A czy Borsuk nie wiedział, że prezenty w czasie Świąt to raczej do skarpetki a nie do buta :DDD

Gosiu, w takim razie dobrze jest nadrobić :)

Viri, a dziękujemy ślicznie za ciepełko :*

Kuchareczko, dziękuję pięknie :)

Majeczko, bardzo dobre postanowienie - rybki to bardzo zdrowe obiadki :)

Karolino, cieszę się, że nazwa "dukaty" Ci się podoba :D
Ja też tych nie doprawiłam orientalnie, właśnie ze względu na dodatek wędzonej rybki, ale ponieważ bardzo lubię takie smaki to pewnie następna wersja będzie taka - może z łososiem teriyaki lub miso :)
Dzięki jeszcze raz za smakowitą inspirację i smacznego "zgłębiania" frytkowego tematu :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...