skip to main |
skip to sidebar
Pierwsze truskawki na bazarze, soczyście czerwone, pachnące pierwszym słońcem i rosą ... to jest pełnia wiosny, symbol nadchodzącego lata. Pierwszą miseczkę co roku zjadam tak po prostu, łapiąc za szypułkę, gryząc z prawdziwą przyjemnością, brudząc sobie brodę sokiem, wystawiając twarz ku słońcu. Pierwsze ... a co z drugimi?
Drugie pokrojone, skąpane w puszystym cieście, pachnącym kwiatem pomarańczy, dalekim orientem. Nie za słodki placek zajadany z jogurtem, tym samym któremu zawdzięcza swą wilgotność lub popijany szklanką wody, z książką na kolanach pozwala marzyć o dalekich podróżach, ziemiach nie odwiedzonych, a jednak wymarzonych.
Pozwala też wspominać ... pierwszą podróż, tą szczególną ... i marzyć o drugiej ... i kolejnych.Placek z truskawkamiSkładniki:2 jajka220 g cukru (ja dałam brązowy)2 łyżeczki świeżo startej skórki pomarańczowej (zrezygnowałam)1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (dałam zamiast tego 1 łyżeczkę wody z kwiatu pomarańczy)125 g stopionego masła (ja dałam margarynę bez tłuszczów trans)300 g mąki2 łyżeczki proszku do pieczeniaszczypta soli125 g kwaśnej śmietany 18% (ja dałam jogurt bałkański lekki)200 - 250 g truskawek, pokrojonych w kostkęPrzygotowanie: Najpierw roztopiłam margarynę i odstawiłam do ostudzenia. Gdy już przestygła nagrzałam piekarnik do 180 stopni Celsjusza. W tym czasie jajka ubiłam do białości z cukrem. Dodałam wodę z kwiatu pomarańczy. Mąkę przesiałam z proszkiem do pieczenia i solą. Ubijając na wolnych obrotach dodawałam na zmianę małymi partiami przesianą mąkę i jogurt. Na koniec dodałam pokrojone truskawki i delikatnie rozmieszałam je łopatką do ciasta. Foremkę (o wymiarach 20 cm x 20 cm) posmarowałam margaryną (można też wysypać mąką lub wyłożyć też pergaminem do pieczenia) i delikatnie napełniłam ciastem. Piekłam ok. 50-60 minut, do suchego patyczka.Źródło inspiracji: Agnieszka z Jej Kuchni nad Atlantykiem.Smacznego.
Wiosna pełną parą rozgościła się wszędzie wokół nas. Gdzie nie spojrzeć tam żywe kolory, wszędzie piękne aromaty pierwszych kwiatów, owocowe drzewka obsypują się kwieciem, obiecując dorodne plony. Ale spójrzmy jeszcze na chwilę pod nogi, gdzie zielone, lekko gorzkawe liście na czerwonych łodygach ukrywają zakopane w ziemi słodkawe sekrety, małe rubiny.
Kiedy kilka dni temu Kasia uraczyła nas wirtualną zupką pełną wiosny wiedziałam, że nie mogę się jej oprzeć. Pęczek dorodnej botwinki szybko znalazł się w torbie, a gdy tylko weszłam do domu od razu zabrałam się za przygotowania. Z ogromną niecierpliwością czekałam, aż bulion wraz z tym młodym warzywem połączą się, uwalniając cały swój smak. I tak w miseczce dostałam pożywną dzięki dodatkowi jajka i makaronu, prostą i wiosenną kompozycję słodyczy buraczków, z lekką nutą goryczki z ich liści. Takie to było miłe połączenie słodyczy i goryczy.BotwinkaSkładniki:1 l. bulionu warzywnego1 pęczek botwinki2 łyżki suszonego szczypiorku50 ml. śmietanysól i pieprzjajka na twardo, po 1 na porcjęmakaronPrzygotowanie: Bulion zagrzałam, wrzuciłam do niego pokrojone na półplasterki buraczki i twardą część łodyg, bez liści, też pokrojoną na 1-2 cm. kawałki. Gotowałam na małym ogniu przez ok. 10-15 minut. Po tym czasie dorzuciłam pokrojone liście i suszony szczypiorek. Gotowałam jeszcze ok. 10 minut. Śmietanę zahartowałam gorącą zupą i wlałam do garnka. Mieszałam rózgą i gotowałam jeszcze kilka minut. Doprawiłam pieprzem (soli moim zdaniem nie potrzeba było, ale wszystko zależy od gustu i użytego bulionu). Podałam z makaronem i jajkiem na twardo.Źródło inspiracji: Kasia z bloga "Pokrojone doprawione"Smacznego.
Kolejny wspaniały chleb na liście moich faworytów. Miękki miąższ, ale zwarty na tyle by utrzymywać się nawet, gdy kroimy cieniutkie kromeczki. I ta skórka ... ona jest zdecydowanie największym plusem tego chlebka. Obowiązkowa chrupka, o smaku silnie skoncentrowanego miąższu.Na przykładnie tego wypieku przeprowadziłam kilka eksperymentów z glazurą. Oczywiście nie mówimy tu o kafelkach ;-) Ale do rzeczy ...
... żółtko z mlekiem, samo mleko, oliwa, olej ... piekłam ten chleb we wszystkich już wariantach i stanowczo muszę powiedzieć, że najsmaczniejszą skórkę uzyskiwałam przy pierwszej metodzie. Ciemna (ciemniejsza niż na zdjęciach, ale tego chlebka nie udało mi się obfotografować), lekko błyszcząca i bogata w smaku skórka najbardziej przemówiła do mojego brzuszka.Wygląda na to, że zapasy białek w zamrażalniku będą się teraz gwałtownie powiększać, choć muszę przyznać, że i chleby z glazurą z oliwy, co było do tej pory najczęstszym moim wyborem smakują wyśmienicie. Na zdjęciach są właśnie tak posmarowane bochenki.Pozostało jeszcze sprawdzić podpatrzoną u Liski glazurę wody z mąką, którą również mój wujek, syn piekarza, poradził na ostatnim rodzinnym spotkaniu, oraz glazurę z wody z cukrem, o której przeczytałam bodajże u Dany, w jej Leśnym Zakątku.I taka to moja mała rzecz o glazurze właśnie.Chleb pszenno-żytni na zakwasieZaczyn: 360 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)300 g wody20 g zakwasu żytniegoPrzygotowanie zaczynu: Wszystkie składniki wymieszałam w misce, aż do połączenia. Przykryłam miskę folią i odstawiłam w pokojowej temperaturze na 12-16 godzin.Ciasto właściwe: Zaczyn230 g mąki żytniej300 g mąki pszennej400 g wody1 płaska łyżka soli morskiej (jeśli używamy soli zwykłej, należy dać jej mniej)3 g (1 łyżeczka) drożdży instant (dałam trochę mniej)Przygotowanie: Do zaczynu dodałam pozostałe składniki i wymieszałam dokładnie (można mikserem) ok. 5 minut, tak by składniki się dokładnie połączyły. Zostawiłam pod przykryciem do podwojenia objętości (30-60 minut). Ciasto przełożyłam do średniej i małej keksówki wysmarowanej olejem. Przykryłam folią i odstawiłam do rośnięcia. Mi za każdym razem zajęło to znacznie dłużej czasu niż Lisce. U niej zajmowało to 30-60 minut, u mnie ok. 1 1/2 - 2 godziny (temperatura otoczenia ok. 23,6 stopnia). Piekarnik nagrzałam do 230 stopni Celsjusza. Chlebki posmarowałam glazurą, posypałam czasem sezamem, czasem czarnuszką a czasem pozostawiałam bez posypki. Piekłam przez 10 minut, po tym czasie zmniejszyłam temperaturę do 220 stopni Celsjusza i piekłam jeszcze 30-40 minut. Studziłam na kratce.Źródło: Blog Liski "White Plate" i jej "Pracownia Wypieków"Smacznego.
Wyraziście żytni, o lekko oleistym smaku siemienia lnianego chlebek ten znajduje się po drugiej stronie równowagi neutralności smaków w stosunku do chlebka toskańskiego - dwóch moich ostatnich propozycji w ramach wspaniałej zabawy jaką jest Weekendowa Piekarnia. Zachwycił nas swoim smakiem, pełnym wyrazu, o lekko chrupiącym miąższu i niesamowicie wręcz chrupkiej skórce, która choć odrobinę zanadto się spiekła, jednak nie wpłynęło to negatywnie ani na wilgotność miąższu ani na smak skórki. Bardzo wyrozumiały okazał się to chlebek.
Nie tylko jednak wyrozumiały na zbyt długie przetrzymanie w żarze pieca, ale już na etapie przygotowań był tak ogromnie chętny i przyjemny w obróbce, że odnosiło się wrażenie że pali się do zaistnienia. Wprawdzie lekko lepka konsystencja ciasta, nic jednak nie przeszkadzała w uzyskaniu zwartej i jednorodnej struktury. Po bardzo ciekawym sposobie wyrastania, w dużej torbie zamkniętej wraz z parującą wodą nastąpiło formowanie bochenków. Tak, po raz pierwszy formowanie bochenków do czekających na blacie trzech jasnych leszczynowych koszyczków.
Trzy piękne owalne bochenki powstały dzięki Kass i jej inicjatywie kupna koszyków do wyrastania chleba. Wprawdzie oryginalny przepis radził dzielić ciasto na dwa i w tych koszyczkach mogłyby one wyrosnąć właśnie w takiej wielkości, jednak moja chęć wypróbowania wszystkich koszyczków, uzyskania innego niż zwykle kształtu przeważyła i upiekłam trzy małe, ale ogromnie urocze bochenki.
A jednak nie tylko śliczny kształt, czy łatwość w przygotowaniu sprawiła, iż chleb wpisał się już trwałymi i mocnymi zgłoskami w naszej pamięci. Zapach jaki w całym mieszkaniu roztoczyły bochenki, gdy dla połysku zostały spryskane wodą zaraz po wyjęciu z piekarnika, zniewolił nasze powonienie. Nasze podniebienie i brzuszki z niecierpliwością czekały na wieczorną konsumpcję. Prawdziwa uczta to była. Początkowa obietnica "tylko jedna kromeczka, tylko kilka kęsów" szybko została złamana i jeden z bochenków nie doczekał śniadania. Szczerze polecam ten wyrazisty, wyborny solo czy też w towarzystwie lubianych dodatków chlebek.Przepis znajdziecie tutaj.Smacznego.
Lubię ten odbijający światło deser, o delikatnej strukturze, tak uniwersalny w stosowanych smakach. Tym razem kokos i migdały stworzyły przełamujące gładkość deseru wrażenie chrupkości. Kokosowe wiórki i migdałowe płatki ukryły się w lekko słodkiej, wyraźnie aromatycznej mlecznej galaretce, dodając jej swoich smaków, słodyczy i lekkiej goryczki. Tworząc równowagę deserowych smaków.
Tylko ta dekoracja z płatków kwiatów ... nie jestem do niej przekonana. Wolę jednak czekoladowe wiórki, podprażone orzechy czy słodkie lub kwaskowate sosy, a płatki kwiatów może smaczniejsze byłyby w samym deserze, a nie tylko jako jego dekoracja. Choć śliczna, zbędna była ta kwiatowa posypka na nieskazitelnej świetlistej bieli.Panna cotta migdałowo-kokosowaSkładniki:400 g mleczka kokosowego500 g mleka50 g amaretto1/2 szklanki brązowego cukru2-3 łyżki wiórek kokosowych2-3 łyżki płatków migdałowych, posiekanych drobnoagar-agar lub żelatyna (ilość zgodna z opakowaniem minus trochę)płatki kwiatów do dekoracji (następnym razem dam inną dekorację)Przygotowanie: Mleko, mleczko kokosowe i amaretto zagrzałam z cukrem do czasu rozpuszczenia. Do prawie gotującego płynu dodałam agar-agar (lub żelatynę) i dokładnie rozmieszałam. Zdjęłam z ognia, przecedziłam przez sitko do miski, dodałam wiórki i płatki (następnym razem podprażę je na patelni). Rozlałam do przygotowanych foremek (kokilki i foremki w kształcie serca), ostudziłam i włożyłam do lodówki na 3-4 godziny, by stężało. Przed wyłożeniem na talerzy dobrze jest zanurzyć foremki w gorącej wodzie i ewentualnie pomóc sobie nożem przy wyjmowaniu. Podałam udekorowane płatkami kwiatów.Smacznego.
Kontrowersyjna ciekawostka - chleb bez soli czyli chleb toskański. Pieczenie chleba, czy w ogóle większość prac kuchennych zaczynam od zgromadzenia potrzebnych składników - zakwas lub drożdże, mąka, woda, czasem różne dodatki. Czy to wszystko? Oczywiście również sól. Kiedy przygotowywałam się do upieczenia tego chleba na blacie leżała już mączna pasta, drożdże (użyłam świeżych), mąki, dzbanek z wodą i oliwa, a ja prawie automatycznie sięgałam jeszcze po słoik z solą. Śmiałam się sama z siebie, jak szybko potrafimy tworzyć w sobie przyzwyczajenia. Mikser wyrabiał lepkie ciasto, a ja zastanawiałam się na ile moje modyfikacje wpłyną na chleb. W przepisie podane było tylko ogólne słowo "mąką", jednak czy chlebowa, bułkowa, uniwersalna czy pszenna, a może inna pozostawiono domysłom, albo jako zbyt oczywiste nie wspomniano. Miałam upiec chleb, więc sięgnęłam po pudełko z naklejką "mąka pszenna chlebowa typ. 750", a tutaj niespodzianka. W pudełku pusto. Nie było jednak tragedii - mieszanka mąki pszennej o typie 1100 i 550 sprawdziła się doskonale, a ja wciąż zastanawiam się, jakby smakował ten chlebek z semoliny.Autorka przepisu sama wprowadziła pewną modyfikację - jedno złożenie w połowie czasu rośnięcia chleba. Muszę przyznać, że nawet to minimalne doświadczenie i wiedza jakie mam potwierdzają słuszność zastosowania tego kroku. Ciasto rosło błyskawicznie, ale też w czasie rośnięcia było całe jakby "podarte". Kiedy minęła godzina, ciasto wypełniło całą miskę, rosnąc znacznie ponad podwojoną ilość. Ostrożne złożenie go przy pomocy naoliwionej szpatułki do ciast, zmniejszyło kulę ciasta, ale też mam wrażenie uczyniło ją silniejszą, bardziej "skondensowaną", co wpłynęło na ładne i kształtne rośnięcie uformowanych bochenków wprost na blasze.
Tyle wrażeń z pieczenia. Jak posmakował nam chleb bez soli? Zadziwiający, to chyba najtrafniejsze określenie. Kontrowersyjny ... wcale się nie dziwię czemu. Pierwszy kęs samego chleba był ... mdławy. Drugi już wychwycił w nim smak oliwy, ale jednak nawet jej lekko maślany posmak nie dodał temu chlebowi wyrazu. "A szkoda" pomyślałam "ładny jest ten chlebek, o jasnym, białawym wręcz miąższu i chrupkiej, mączystej skórce".Wtedy jednak przypomniałam sobie, co pisała o nim Agnieszka w jej Kuchni nad Atlantykiem. Bez wyrazu, być może dlatego że stosowany do mocno słonych potraw, czasem jako ich składnik. Czemu w takim razie nie spróbować tego chlebka z pesto? Zielona pasta ożywiła mój wczorajszy lunch i stanowczo dodała chlebowi nie tylko wyrazu, ale stworzyła mu rolę. Nie każdy aktor nadaje się do ról pierwszoplanowych. Ten ładny, choć niepozorny chlebek stanowczo ma charakter drugoplanowego aktora, a nawet ledwie statysty, ale czy wyobrażacie sobie jakiekolwiek wielkie filmowe kreacje bez udziału tła, jakie tworzą pozostali aktorzy i statyści? Czy Bond byłby Bondem bez dziesiątek bezimiennych zbirów czy zwykłych przechodniów?Stanowczo chleb toskański nie jest wypiekiem, który na stałe wejdzie do repertuaru moich piekarniczych dokonań, nawet mimo że mój Ukochany z dużą przyjemnością zajada kanapki z wyrazistym żółtym serem. Jednak nie zapomnę o nim, gdy będę robić panzanellę, ribollitę czy jeszcze kiedyś przyjdzie mi ochota poczuć trochę dalekiej Toskanii w warszawskiej kuchni.Przepis znajdziecie tutaj.Smacznego.
Zbliżające się urodziny i majacząca na horyzoncie Wielkanoc sprawiły, że blisko miesiąc temu z coraz większą determinacją rozglądałam się za jakimś pasującym tortem. Wszystkie torty z surowymi jajkami odpadały, nasączone alkoholem też. W końcu to dla młodej mamy miała być niespodzianka. Ale jak pisałam niedawno, lubię też przy okazji organizacji takich szczególnych przyjęć nauczyć się czegoś nowego.Na co innego mógł paść mój wybór, gdy pewnego dnia zobaczyłam u Atinki piękny tort ... serowy. Tak! Ślinka mi pociekła na jego widok, ale przecież to nic innego tylko rodzaj sernika. "Nie wyjdzie. Znów będzie klapa." Takie myśli i obawy próbowały zwalczyć chęć upieczenia tego pięknego ciasta. Zawsze jednak, gdy upadam podnoszę się i idę dalej. I tak samo jest z sernikami. Za każdym razem, gdy upiekę wspaniały w smaku sernik, jednak o konsystencji zbitej i ksztłacie przypominajacym dziurę w ziemi, czuję przypływ jeszcze większych motywacji, by próbować, próbować jeszcze raz.
Zaopatrzona więc w plan awaryjny, zabrałam się za przygotowania. Ser, jajka i dodatki, to zwykle podstawowa formuła sernika. A jednak tutaj był jeszcze jeden składnik ... śmietana. Mniejsza ilość sera niż wymagana dla takiej wielkości, uzupełniona znaczącą ilością śmietany. Razem sprawiły, że sernik był lekki ... nie jak puch, jak delikatne, nasycone powietrzem ptasie mleczko. A smak? Gdy na jezyku pojawiał się kawałek serowej masy, lekko rozpuszczał się, powoli uwalniając smaki wiśni i wanilii, najsilniej wyczuwalne w tym wypieku. Przez środek sernika biegła linia smaku i chrupkości. Miękkie wiśnie wraz z chrupkimi migdałami dodawały smaku zadziwiająco lekkiej masie, której aromat wanilli zachwycał z każdym widelczykiem zbliżanym do ust.
Jeśli można przeżyć przy stole prawdziwe szczęście, to właśnie tamten obiad taki był. Wreszcie stworzyłam sernik o konsystencji idealnej, a mój wymarzony i wyczekany wypiek stał się niespodzianką dla jubilatki, zwieńczeniem wspaniałego rodzinnego obiadu. Lubię wspominać tamto popołudnie.To jeszcze nie koniec moich sernikowych nauk, ale z pewnością to kamień milowy w mych serowych poszukiwaniach.Tort serowy z wiśniamiSkładniki na spód:1 1/2 szklanki zmielonych czekoladowych ciasteczek1/3 szklanki roztopionego masła1/4 szklanki płatków migdałów Składniki na masę serową:500 g rozmiękczonego serka śmietankowego (typu cream cheese) (ja dałam półtłusty President do serników)3/4 szklanki cukru (ja dałam brązowy i dałam go trochę mniej)2 łyżki mąki pszennej1 łyżeczka ekstraktu z wanilii1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego (ja dałam więcej amaretto)680 g kwaśnej śmietany 18%3 jajka2 łyżki wiśniowej brandy lub soku z wiśni (ja dałam wiśniówki)3/4 szklanki suszonych wiśni, grubo pokrojonych (ja dałam rozmrożone wiśnie, odsączone wcześniej przez kilka godzin na sitku)1/2 szklanki płatków migdałowych, posiekanychDo dekoracji:¾ szklanki bitej śmietanywiórki z czekoladypłatki migdałowe Przygotowanie: Pokruszone ciastka wymieszałam z masłem, wyłożyłam na spód tortownicy i wylepiłam nimi dół. Boki formy posmarowałam margaryną i równomiernie posypałam płatkami migdałów. Tortownicę zabezpieczyłam podwójnie folią aluminiową z zewnątrz. Całość schłodziłam w lodówce. Ser zmiksowałam z cukrem, mąką, ekstraktem waniliowym i amaretto do uzyskania kremowej konsystencji. Następnie dodałam śmietanę, jajka, wiśniówkę i wymieszać do połączenia składników. Na spód wylałam połowę masy serowej, następnie równomiernie rozłożyłam na niej wiśnie i posiekane płatki migdałowe, a na nie delikatnie wyłożyłam łyżką resztę masy serowej. Sernik piekłam z parą, tzn. zabezpieczoną folią aluminiową tortownicę ustawiłam na kratce, a pod nią duże naczynie z gorącą wodą. Piekłam w piekarniku nagrzanym do 160 stopni Celsjusza przez ok. 1 godzinę. Po tym czasie wyłączyłam piekarnik, uchyliłam drzwiczki i studziłam w ten sposób sernik przez ok. 20-30 minut. Potem studziłam go na blacie, a gdy już całkowicie wystygł, wstawiłam na noc do lodówki. Dopiero na drugi dzień zdjęłam obręcze tortownicy (wtedy ładnie odeszły) i sernik przełożyłam na talerz. Udekorowałam bitą śmietaną, wiórkami czekolady i płatkami migdałowymi.Źródło: Blog Atinki "Tak sobie pichcę"Smacznego.
Ser, to serniki - automatyczne skojarzenie i przyjemne ssanie w żołądku, gdy w naszych myślach pojawia się myśl o tym wspaniałym deserze. Uwielbiam serniki, kremowe, delikatne jak puch ... jeśli jeść sernik to tylko taki! Co jednak począć, gdy za każdym razem wyjmowana tortownica chowa w sobie zbity kawał sernikopodobnego produktu? Klątwa jakaś mnie dopadła, gdyż konsystencja każdego sernika, który do tej pory piekłam (z jednym jedynym chlubnym wyjątkiem) wychodzi mi okrutnie ubita. I nie ważne, że smak ma nieziemski, że wszyscy chwalą. Ja wciąż walczę z moim Nemezis.
Przy okazji tego sernika walka była niepotrzebna. Nie! Daleko mu do puchu, ale też receptura od razu zapowiadała zwartą konsystencję przez znaczny dodatek roztopionej czekolady. Jednak dla smaków w nim zawartych mogłam na bok odłożyć moją sernikową wojnę. Imbir i czekolada - wyborne połączenie, które niewiele więcej potrzebuje. W wyrazistym mascarpone połączyły się smaki te niczym rozdzieleni z dawna kochankowie. Bo też i miłość do głowy przychodzi, gdy na podniebieniu dwa afrodyzjakalne smaki - czekolada i imbir w objęcia sobie wpadają.Może muszę pokochać swoje Nemezis?Czekoladowy sernik z imbiremSkładniki:100 g herbatników imbirowych (dałam zwykłe + 1 łyżeczkę suszonego imbiru)35 g masła roztopionego2 jajka200 g serka mascarpone100 g tłustego, zmielonego twarogu (dała półtłusty President do serników)20 g cukru pudru100 g gorzkiej czekolady (można wykorzystać czekoladę imbirową)1 łyżeczka świeżo startego imbiru (dałam więcej) Przygotowanie: Piekarnik nagrzałam do temperatury 190 stopni Celsjusza. W kąpieli wodnej rozpuściłam czekoladę i odstawiłam do przestudzenia. Herbatniki rozkruszyłam w mikserze i połączyłam je z roztopionym masłem. Wylepiłam nimi nasmarowaną margaryną tortownicę (średnica 18 cm). Zapiekłam spód przez około 5 minut. Wyjęłam i przestudziłam. Serki wymieszałam, zmiksowałam z jajkami i cukrem, połączyć z przestudzoną, rozpuszczoną czekoladą oraz imbirem. Masę serową przelałam do tortownicy (tortownicę zabezpieczyłam od spodu folią aluminiową!) i piekłam w kąpieli wodnej w temperaturze 160°C około 50 minut. Sernik jest gotowy chwilę po zesztywnieniu całej masy, ale w środku ciasto powinno mieć tendencję do kołysania się. Sernik studziłam w stygnącym piekarniku, ale najpierw wysunęłam go i nożem oddzieliłam brzegi od ścianek tortownicy.Źródło: Aga z Zapiecka, a ona inspirowała się książką Gordona Ramsay'a ”Niedzielne przysmaki"Smacznego.
Kolejna edycja Weekendowej Piekarni, kolejna okazja do zabawy, kolejna szansa na naukę i poznanie czegoś nowego. Mam nadzieję, że spodoba się Wam propozycja, jaką dziś przedstawiam po wspaniałym i odprężającym pobycie w zaczarowanym ogrodzie mojej Babci. A więc zaczynamy.Słońce, zapach gajów oliwnych, świeżych pomidorów ... Toskania. Wiosna się rozpoczyna, pierwsze pomidory pachnące słodyczą już zjawiają się w koszyczkach na oknach, krzaczki bazylii już coraz odważniej zielenią się na balkonach, jeszcze tylko soczyście czerwona cebula lub mięsiste oliwki i już możemy zacząć myśleć o robieniu panzanelli. Czego jeszcze jednak nam potrzeba?Chleba!!! Toskański chleb bez soli. Kontrowersyjna ciekawostka - podobnież albo się go kocha albo nienawidzi. Proponuję więc, sprawdźmy w której grupie jesteśmy, a przy okazji możemy poczuć nie tylko wiosnę, ale i nieśmiałe początki lata, gdy przygotujemy sobie tą pełną słońca sałatkę.Dla zadeklarowanych przeciwników chleba bez soli lub dla miłośników zakwasowców i zdrowych dodatków do chleba albo też jako dodatkowe pieczywo na najbliższy weekend, proponuje jeszcze chlebek żytni. Nie zwyczajny jednak. Wyróżnia go szczególny dodatek, jakim jest siemię lniane.Małe ziarenka, pełne zdrowia to druga możliwość poznania i zabawy w nadchodzący weekend. Siemię lniane to gładkie nasiona lnu, będące jednym z popularniejszych elementów medycyny naturalnej. Dobre i przy problemach pokarmowych i przy chorobach układu oddechowego, ale także pełne mocy w zwalczaniu złego cholesterolu czy dające nam łatwo przyswajalne białka. Kobietki, nie zapominajcie jeszcze o jego wspaniałym działaniu na skórę i włosy :-)To tylko mała zajawka tego, ile dobroci możemy sobie dać, gdy w naszej diecie pojawi się siemię lniane. Więcej możecie poczytać na przykład tutaj. Spróbujcie więc tego pełnoziarnistego chlebka i poczujmy się wszyscy odmłodzeni i ozdrowieni na wiosnę.Podsumowując albo wycieczka do Toskanii, albo zdrowa kanapka z ulubionym twarożkiem ... a może podwójna porcja chlebowego szczęścia :-)Chleb toskańskiPasta mączna:256 g mąki (ja dam mąki pszennej chlebowej)398 g wrzątku Przygotowanie pasty: W misce zmieszałam wrzącą wodę z mąką. Mieszałam do uzyskania gładkiej i jednorodnej pasty. Ostudziłam, zakryłam folią i odstawiłam na 12 godzin w temperaturze pokojowej. Ciasto właściwe:341 g mąki114 g. wody8 g. (2 1/2 łyżeczki) drożdży instant28 g. (2 łyżki) oliwycała mączna pasta Przygotowanie: W misce miksera połączyć wszystkie składniki ciasta, ale ilość wody należy dostosować do konsystencji ciasta. Wyrabiać mikserem na średniej prędkości (można też ręcznie) do uzyskania mało rozwiniętego glutenu (można zobaczyć jak to powinno wyglądać w linkach poniżej). Powinno to zająć ok. 10 minut, przy wyrabianiu mikserem. Przełożyć ciasto do nasmarowanej oliwą miski i zostawić do wyrastania na 2 godziny, z jednym złożeniem po 1 godzinie. Po tym czasie wyjąć ciasto na omączony blat i podzielić na pół. Uformować kule, starając się jak najmniej je odgazować. Zostawić przykryte ściereczką na 15 minut. Po tym czasie uformować owalne bochenki i odstawić do rośnięcia na ok. 1 godzinę. W tym czasie nagrzać piekarnik (z kamieniem jeśli ktoś posiada) do temperatury 260 stopni Celsjusza (ta temperatura jest raczej mało prawdopodobna w większości piekarników, ale myślę, że wystarczy 240-250 stopni). Przygotować wodę w spryskiwaczu lub kostki lodu, by piec chleb z parą, we wstępnej fazie. Tuż przed pieczeniem oprószyć bochenki mąką i naciąć je równolegle, dwoma nacięciami. Od razu po włożeniu bochenków, zmniejszyć temperaturę do 230 stopni Celsjusza, piec przez 10 minut z parą, a kolejne 20-25 minut bez pary. Bochenki powinny być złotobrązowe. Wyłączyć piekarnik, zostawić bochenki na 5 minut w stygnącym, otwartym piekarniku, a następnie wyjąć i studzić na kratce. Źródło: Blog "Wild Yeast" Żytni chleb z siemieniem lnianym Namaczanka z siemienia lnianego:91 g. siemienia lnianego273 g wody Przygotowanie: Wymieszać wszystkie siemię z wodą i odstawić na 16 godzin w temperaturze pokojowej. Zaczyn zakwasowy:364 g. mąki żytniej razowej290 g. wody17 g zakwasu żytniego Przygotowanie: Wymieszać składniki, aż do uzyskania jednorodnej konsystencji. Zostawić pod przykryciem na 16 godzin w temperaturze pokojowej. Ciasto właściwe:182 g mąki żytniej razowej364 g mąki wysokoglutenowej np. Manitoba119 g wody4 1/2 g (1 1/2 łyżeczki) drożdży instant16 g (1 solidna łyżka) solicała namaczankacały zaczyn Przygotowanie: W misce miksera połączyć wszystkie składniki ciasta właściwego i mieszać na wolnych obrotach do połączenia składników przez ok. 3 minut. Ilość wody dostosować do konsystencji ciasta. Miksować na średnich obrotach, aż ciasto zacznie się razem trzymać (mało rozwinięty gluten - patrz linki poniżej). Powinno to trwać ok. 3 minut, ale ciasto i tak będzie bardzo lepkie. Przełożyć ciasto do naoliwionej miski i odstawić do fermentacji na 45 minut, przykryte folią, w temperaturze ok. 26-27 stopni Celsjusza (można to uzyskać, przez włożenie miski do dużej torby foliowej z miseczką z gorącą wodą). Po tym czasie wyjąć ciasto na omączony blat, podzielić na dwie części i uformować bochenki. Zostawić pod przykryciem na 10 minut, by odpoczęły. Uformować właściwe bochenki i ułożyć do wyrastania w formach lub koszykach. Odstawić do rośnięcia na ok. 1 godzinę w temperaturze 26-27 stopni Celsjusza. Nagrzać piekarnik do temperatury 240 stopni Celsjusza. Przed pieczeniem posmarować glazurą i naciąć. Piec z parą przez 15 minut, potem zmniejszyć temperaturę do 220 i piec przez 35-45 minut, do czasu aż skórka będzie ciemno brązowa. Wyłączyć piekarnik, zostawić chlebki by wyschły przez ok. 10 minut w otwartym i stygnącym piekarniku. Ostudzić na kratce, potem zawinięte w ściereczkę przez kilka godzin zanim zostaną pokrojone.Źródło: Blog "Wild Yeast" (zainspirowany książką Jeffrey’a Hamelman’a “Bread: A Baker’s Book of Techniques and Recipes”)Przydatne linki:- składanie ciasta chlebowego w czasie rośnięcia- gluten- składanie owalnych bochenków wg Tatter - metoda I i metoda IISmacznego.
Pierwsza pascha w pierwsze święta w czasie których tropię własne i innych tradycje, tworzę swoje zwyczaje, odkrywam nieznane mi obyczaje. Pascha to deser jaki do tej pory istniał tylko w opowieściach innych osób, w gazetach i programach kulinarnych czy kulturowych. Smak nie znany, trudny do wyobrażenia. Czemu jednak nie spróbować zrobić go samej? Choć nie pochodzę z Kresów, ani też moja rodzina nie ma tam korzeni, czy nie mogę poznać nowych doznań?Jaką jednak recepturę wybrać? Z twarogu czy mleka? Z żółtkami czy bez? W końcu i karmiąca mama będzie jadła ten deser. Decyzja więc zapadła szybko. Kremowy ser i śmietana, niewielki dodatek masła - taka była podstawa smaku mojej paschy. A bakalie? Kandyzowane skórki pomarańczowe i imbir, żurawina i rodzynki, mała garstka posiekanych migdałów - wszystkie znalazły swe miejsce w twarogu. Jeszcze odrobina maku dla koloru i chrupkości. A na koniec miód, pachnący lasem, igliwiem i żywicą, prawie jak syrop klonowy, dodał złotej barwy śnieżnobiałej masie.
Pozostało tylko czekać, aż odciśnięty z serwatki deser, będzie mógł z samego rana zostać przełożony na talerzyki i udekorowany. Nie przesadnie, bogactwa bowiem kryły się już w jego głębi, z zewnątrz tylko skromnie odsłaniał swoje tajemnice. Wyborny smakołyk, pełen symboliki, choć jeszcze przede mną jest wykonanie najbardziej tradycyjnej wersji z mleka, śmietany i jajek. Za to już teraz to mój pierwszy mały kroczek na drodze odnajdywania własnych zwyczajów.Pascha twarogowaSkładniki:1 1/2 szklanki bakalii, mocno ubitej (ja dałam kandyzowany imbir, kandyzowane skórki pomarańczowe, rodzynki, żurawiny, posiekane migdały obrane ze skórek)1 cytryna, sok i skórka2-3 łyżki cukru waniliowego (domowego)1 kg. twarogu (albo należy go 2-3 razy zmielić, albo kupić specjalny do serników, ja użyłam President do serników, półtłusty)3 łyżki masła200 ml. śmietany 18%miód do smaku (ew. miód z cukrem pudrem; ja użyłam miód leśny)2-3 łyżki makuPrzygotowanie: W miseczce wymieszałam bakalie sok i skórkę, posypałam cukrem waniliowym. Odstawiłam na ok. 1 godzinę. Ser, masło, śmietanę, miód zmiksowałam w mikserze na gładką masę. Sprawdziłam poziom słodyczy (należy pamiętać, że dodane bakalie jeszcze wzmocnią słodycz deseru). Mieszaninę serową przełożyłam do miski, wymieszałam z bakaliami i makiem, tak by równomiernie je rozłożyć. Przełożyłam do wyłożonych ściereczką, a potem gazą (złożoną na dwa) dwóch średnich sitek, zaczepionych na miseczkach, tak by odciekający płyn miał gdzie się uwalniać. Wystającą gazą i ściereczką przykryłam ser, docisnęłam talerzykiem, obciążyłam puszką. Wstawiłam na noc do lodówki. Przed podaniem odwinęłam materiał, przełożyłam na talerz i udekorowałam bakaliami.Źródło inspiracji: Blog Liski "White Plate"Smacznego.
Weekendowa Piekarnia stała się już nieodłącznym elementem mojego kulinarnego życia. Mimo ostatniego wyjazdu do Gdańska i powrotu dopiero w niedzielny wieczór, już w poniedziałek popołudniu zabrałam się za pieczenie chleba, wybranego przez Liskę, aktualną gospodynię. Chlebek już w czasie przygotowań ogromnie przypominał mi jeden z moich ulubionych wypieków, żytni chleb kardamonowy.
Intensywny zapach świeżo utartych w moździerzu przypraw, przyjemnie zapowiadał aromat chleba. Prosta w wypełnieniu receptura, dała w swym efekcie chleb o wilgotnym miąższu, pełnym regularnych dziurek. Smak żytniej mąki, lekko tylko przełamany przez dodatek pszennej, jest wyborną platformą dla smaku przypraw - najsilniej wyczuwalnego kardamonu i anyżu, gdzie kminek i kumin dodają głównie swe walory zapachowe, smak pozostawiając w tyle bogactwa innych doznań. Pokrojony z samego rana, wraz z kawą zbożową, plasterkiem żółtego sera pozwolił przyjemnie nabrać sił na nadchodzący dzień.Dzięki za kolejny wspaniały chleb, Lisko! Dzięki Margot, za kolejny dzień smacznej zabawy, na który z taką niecierpliwością czekam!Niemiecki wiejski chleb żytnio-pszennySkładniki:100 g (1/2 szklanki) aktywnego żytniego zakwasu (dokarmionego 12-24 godziny wcześniej)350 g (1,5 szklanki) wody5 g (1 łyżeczka) drożdży instant350 g (2 i 1/4 szklanki) mąki żytniej jasnej, chlebowej (użyłam typ 720)130 g (3/4 szklanki) mąki pszennej (użyłam typ 1100)20 g (1 łyżka) otrębów żytnich lub pszennych (dałam żytnie)1/4 łyżeczki zmielonych nasion kolendry1/4 łyżeczki zmielonych nasion kminu indyjskiego (ja dałam kminek)1/4 łyżeczki zmielonych nasion kopru włoskiego1/4 łyżeczki zmielonego anyżu10 g (1,5 łyżeczki) soli morskiejotręby żytnie do posypania (pominęłam)Przygotowanie: Wodę wlałam do miski miksera, dodałam zakwas, mąki, otręby, drożdże, przyprawy i sól. Miksowałam najpierw 8 minut. Potem dałam ciastu odpocząć przez 10 minut i miksowałam jeszcze 3-5 minut. Ciasto przełożyłam do naoliwionej miski, przykryłam folią i odstawiłam do rośnięcia na ok. 2-2 1/2 godziny. Po tym czasie przełożyłam ciasto do średniej keksówki, posmarowanej olejem, przykryłam naoliwioną folią spożywczą i odstawiłam do rośnięcia na 1 - 1 1/2 godziny. Piekarnik nagrzałam do 230 stopni Celsjusza. Chleb posmarowałam mlekiem. Piekłam przez 10 minut z parą, następnie zmniejszyłam temperaturę do 210 stopni Celsjusza i piekłam jeszcze 30 minut. Po tym czasie (kończyłam pieczenie późnym wieczorem) przez całą noc ostudziłam chleb na kratce, zawinięty w ściereczkę.Źródło: Blog Liski „White Plate”Smacznego.
Ciasta drożdżowe od czasu mojego pierwszego wypieku ze śliwkami to moje jedne z bardziej ulubionych smakołyków. Wprawdzie drożdże głównie do chlebów i pizzy używam, ale okazjonalnie pozwalam sobie również na słodkie szaleństwa. Przy okazji świąt jednak nie było możliwości bym nie rozwinęła skrzydeł moich szaleńczych pragnień babkowych. Na pierwszy ogień poszedł przepis na babkę Neli. Do tej pory nie mam pojęcia co się stało, ale to była prawdziwa klapa. Pozostało więc znaleźć inne przepisy. Już wcześniej wiedziałam, że babka jaką widziałam u Agi z Zapiecka musi pojawić się w mojej kuchni. Aromatyczna, zwarta, tak przyjemna w wyrabianiu, że aż szkoda było odkładać to miękkie ciasto do miski. A po upieczeniu tak pięknie pachnąca, tym bardziej, gdy została polukrowana i posypana kokosowymi wiórkami i kandyzowaną skórką pomarańczową.
Ciasto to ma jedynie jedną wadę, a raczej powinnam powiedzieć cechę. Jest wilgotne i świeże w dniu pieczenia i na drugi dzień, ale już po ponad 24 godzinach staje się czerstwawe. Nie oznacza to jednak, że traci na smaku. Wprost przeciwnie. Pyszne było ze szklanką herbaty czy popijane wodą mineralną w czasie podróży do Trójmiasta. A jaka to była dziecięca radość, gdy można było oblizywać palce ze słodkiego, kokosowo-pomarańczowego lukru.
Niepowodzenie z babką Neli ciążyło mi jednak na duszy. Przepis na tamtą babkę zapowiadał uzyskanie wilgotnego ciasta, pełnego smaku i przede wszystkim tradycji. A to właśnie dzięki babce chciałam choć trochę stworzyć coś, co pozostawałoby w pełni w kanwie tradycyjnych dań świątecznych. Zaczęłam więc poszukiwania w książkach, pośród blogowych kuchni, gazetowych wycinek, zwieńczone odnalezieniem zadziwiającej dla mnie receptury na idealną babkę.
Dodatek ziemniaków, dwa rodzaje tłuszczu i podobnie jak w babce Neli wielość jaj i długi czas wyrabiania ... to właśnie były cechy mojej poszukiwanej babki ... nie babki - baby. Dwie foremki czekały już nasmarowane, jedna w kształcie pięknej róży, druga tradycyjna, przypominająca ludową spódnicę. Ciasto z początku udawało trudne w obróbce, ale już po kilku minutach stawało się coraz bardziej elastyczne i jednorodne. Nietypowo jak na drożdżowe wypieki wyrastało tylko raz, od razu w foremkach, ale strukturę miało delikatną, puchową, z regularnymi dziurkami.A smak? Wilgotne i długo świeże, nie za słodkie, pełne aromatu amaretto i cytrusów, dopełnione zostało żurawiną i rodzynkami. Lekko maślano-mleczny smak ciasta, rozpływał się w ustach, dosładzany bakaliami i lukrem. Gdy jadłam pierwszy kęs, z ogromną przyjemnością pomyślałam "Taka właśnie powinna być Wielkanocna Baba".Baba wielkanocna Mamy Żakowej(1 babka)Składniki:25 dag mąki1/2 szklanki mleka7 dag cukru1 jajko1 żółtko15 g świeżych drożdży35 g rozpuszczonego masłagarść rodzynekgarść kandyzowanej skórki pomarańczowej drobno pokrojonej1 łyżeczka ekstraktu z waniliilukier (jak w przepisie poniżej)wiórki kokosowe i posiekana kandyzowana skórka pomarańczowa do posypaniaPrzygotowanie: Roztopiłam masło i ostudziłam je. Mleko zagrzałam do temperatury ok. 45 stopni. W dużej misce drożdże utarłam z cukrem, zalałam mlekiem, dodałam łyżkę mąki i wymieszałam. Odstawiłam na ok. 15 minut (powinno zacząć pracować). W tym czasie cukier utarłam z jajkiem i żółtkiem. Rodzynki przepłukałam, sparzyłam i odsączyłam. Do zaczynu dodałam utarte jajka z cukrem oraz mąkę i dokładnie wszystko wymieszałam. Dodałam bakalie, przestudzone masło, ekstrakt. Wyrabiałam aż uzyskałam gładkie i lśniące ciasto. Włożyłam do miski, zakryłam folią i odstawiłam do podwojenia objętości. Formę na babkę wysmarowałam masłem i oprószyłam mąką. Przełożyłam do niej ciasto i odstawiłam do rośnięcia (znów ma podwoić objętość). Piekłam w temperaturze 180-200 stopni Celsjusza przez ok. 25 minut.Źródło: Zapiecek Agi (a ona inspirację czerpała z „Łasucha literackiego” Małgorzaty Musierowicz)Babka drożdżowa(2 babki)Składniki:1 kg mąki tortowej (odsypałam 1 szklankę i zastąpiłam ją krupczatką)60 g świeżych drożdży10 żółtek1/2 litra mleka (dałam mniej, ok. 300-350 ml.)3 ugotowane średnie ziemniaki150 g cukru pudru (dałam dwa razy więcej, czyli ok. 300 g.)skórka starta z cytryny i pomarańczysok z cytryny100 ml. amarettorodzynki i kandyzowana skórka pomarańczowa - ilość wg uznania (ja dałam czubato napakowaną szklankę rodzynek i żurawiny)szczypta soli20 dag stopionego masła1/2 szklanki oleju słonecznikowegolukier (patrz niżej) + skórka pomarańczowa kandyzowanalub cukier puderPrzygotowanie: Drożdże roztarłam z łyżeczką cukru, dodałam kilka łyżek ciepłego mleka, łyżkę mąki, wymieszałam (ma przypominać konsystencję gęstej śmietany) i pozostawiłam do wyrośnięcia (20 minut w ciepłym miejscu). Żółtka utarłam z cukrem, dodałam mąkę, wyrośnięty rozczyn, pozostałe składniki (oprócz tłuszczu). Starannie wyrobiłam ciasto, by stało się elastyczne i jednorodne (można mikserem, np. hakiem do ciasta drożdżowego, ale ja wyrabiałam ręcznie, dosyć długo, ok. 20-30 minut). W czasie wyrabiania regulowałam ilość dodawanej mąki i mleka, a stopione masło (nie gorące!) dodałam pod koniec wyrabiania. Dałam z początku tylko połowę mleka i w czasie wyrabiania dodałam jeszcze ok. 1/2 szklanki. Na samym końcu wyrabiania dodałam olej. Foremki na babki (średnie) wysmarowałam margaryną. Ciasto wkładałam od razu do foremek, by w nich rosło. Ciasta nie powinno być więcej niż do 1/3 wysokości foremki, a po wyrośnięciu ok. 2/3 wysokości foremki. Ciasto wyrastało pod folią, ale jedna foremka najpierw wyrastała w lodówce, gdyż w moim piekarniku nie zmieściłyby się obie foremki na raz. Przed pieczeniem drugą foremkę wyjęłam z lodówki i pozwoliłam jej się ocieplić i wyrosnąć. Przed pieczeniem posmarowałam je jajkiem roztrzepanym z mlekiem. Piekłam ok. 35 minut w temperaturze 160 stopni Celsjusza, do suchego patyczka. Pozwoliłam babkom przestygnąć przez 10 minut, potem wyjęłam z foremek i studziłam na kratce.Garść rad autorki przepisu (cytuję za Dorotus): - do wielkanocnych bab poleca lukier, taki jak do pączków: szklanka cukru pudru, skórka otarta (na najdrobniejszych oczkach tarki jarzynowej) z 1 cytryny wyszorowanej i sparzonej gorącą wodą, sok z tej cytryny, 3 – 4 łyżki wrzącej wody; lukrować 2 - 3 godziny przed podaniem ciasta;
- nie wolno używać zbyt dużo drożdży - dotyczy to też wszystkich innych środków spulchniających; ciasto wprawdzie szybko rośnie i bardzo powiększa swoją objętość, ale niestety wysuszają one ciasto;
- ważny jest czas wyrastania ciasta (najlepiej w temperaturze pokojowej, przykryte ściereczką, żeby nie wysychało – trzeba też uważać żeby nie było przeciągów), bo im dłużej ono rośnie, tym delikatniejszą ma strukturę, dziureczki w cieście są bardzo drobniutkie i równe – ponieważ powietrze wtłaczane jest równomiernie przez rosnące drożdże i wszystkie składniki ciasta mają czas, aby się odpowiednio powiązać;
- to samo dotyczy czasu wyrabiania - im dłużej tym lepiej, bo wtłacza się więcej powietrza do ciasta;
- ziemniaki dodane do ciasta działają jak najlepsze polepszacze dawane w cukierniach;
- ciasto drożdżowe, gdy jest jeszcze nie całkiem wystygnie (jest letnie), można włożyć w torebki plastikowe i tak je przechowywać do świąt – wtedy nie wysycha. Gdyby torebka zrobiła się wilgotna (ciasto zbyt ciepłe) trzeba ją zmienić, gdyż ciasto może rozmięknąć.
"Nie lubię mazurków!" Ileż razy można usłyszeć to zdanie, przeczytać je na forach czy blogach, w czasie gdy wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Ale czemu tak właściwie? Bo kruche, bo za słodkie, ale czyż nie lubimy słodkich wypieków na kruchym spodzie? Trudno powiedzieć czemu mazurek, kolejny z obrazów tradycji jest tak nielubiany. Może zbyt prosty, może zbyt opatrzony, a może czas najpopularniejszej jego wersji - kruchego spodu, pokrytego konfiturą, czekoladą lub kajmakiem - przeminął już.Nie wiem. Pewnie jest wiele domów, w których każdy dałby się posiekać, za kawałek takiego właśnie słodkiego, wielkanocnego wypieku. Ja go prawie nie znam, jadłam raz czy może dwa razy w życiu, ale w tym roku idąc tropem tworzenia nowych, własnych tradycji postanowiłam poszukać mazurka, na widok którego nikt by się nie skrzywił. Przecież mazurek może mieć nie tylko kruchy spód, ale i drożdżowy, francuski, piaskowy czy właśnie makaronikowy.
Przeszukując gazety, blogi i książki trafiłam na przepis, który początkowo z mazurkiem mi się zupełnie nie skojarzył. Ale jednak słodki spód, lekko ciągnący, prawie jak bezowy właśnie podstawą do tradycyjnego mazurka może się stać. W "Kuchni Neli" można spotkać taki właśnie migdałowy smakołyk, oblany posiekanymi migdałami w karmelu. "Mmmmm, pycha!" pomyślałam, ale jednak gdy zrobiłam go zgodnie z oryginalnym przepisem ogromnie mnie rozczarował. Stanowczo zbyt słodki, z częścią orzechów która za nic nie chciała przykleić się do spodu.Pozostało zerwać ostudzone już migdały i podjadać je z miseczki, a na spód wylać polewę z gorzkiej czekolady, która doskonale zrównoważyła słodycz migdałowego spodu. Taki to właśnie był mój pierwszy mazurek, moja nowa tradycja. Słodki spód, ciągnący i chrupki zarazem, z wierzchem z błyszczącej czekolady, ozdobiony lekkimi płatkami migdałowymi. Teraz już nie powiem "Nie lubię mazurków!".Mazurek migdałowySkładniki:30 dag obranych migdałów20-25 dag cukru (ja użyłam brązowego)1/3 szklanki białek (ok. 3 szt.)180 g gorzkiej czekolady25 g masła2 płaskie łyżki cukru pudruPrzygotowanie: Migdały zmieliłam i utarłam z cukrem w mikserze. Dodałam białka i wymieszałam, aż powstała gęsta, gładka masa. Wyłożyłam ją na formę (20 cm x 20 cm) przykrytą pergaminem do pieczenia (powinna być w miarę cienka warstwa). Piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 35-40 minut. Kiedy mazurek przestygł, roztopiłam czekoladę z dodatkiem masła i cukru pudru w kąpieli wodnej. Taką polewą oblałam mazurek i włożyłam do lodówki, by zastygł. Na drugi dzień pokroiłam w kwadraty i ozdobiłam płatkami migdałów.Źródło dla spodu mazurka: "Spotkanie Baby z Mazurkiem" dodatek do Gazety Wyborczej, a przepis zaczerpnięty z książki Anieli Rubinstein "Kuchnia Neli".Smacznego.