Choć karuzela przygotowań do chrzcin mojej cudownej bratanicy się skończyła, a skończyła się wspaniałym przyjęciem, teraz rozpętała się burza pudeł i toreb ... przeprowadzka. Wstaję rano, szybkie śniadanie, prysznic, na ręce rękawiczki "wampirki" i już chwilę później słychać tylko skłony i szuranie pudeł, gazet i zawijanych w nie delikatnych przedmiotów.
Kiedy kończę ostatnie pudło danego dnia, za oknami już ciemno, a przed oczami już tylko upragnione łóżko. W końcu pakowanie na raz dwóch mieszkań to całkiem męczące zajęcie, więc gdy przychodzi wieczór razem z mężem nim się obejrzymy wpadamy w objęcia Morfeusza.
A kiedy przeprowadzka się skończy, zacznie się remont ... remont generalny ... ściany i sufity zostaną przyobleczone w nowe tynki, umalowane w nowe kolory, podłogi uzyskają nowy blask, a co najważniwejsze ... nowa, zupełnie nowa, w pełni wymyślona przeze mnie kuchnia.
Doczekać się już nie mogę, ale z ledwością znajduję teraz czas na pisanie. Gotowanie czy pieczenie zostało ograniczone do najważniejszych posiłków, kilku blach ciasteczek upieczonych z kochaną siostrzenicą męża i szybkich chlebów, gdyż na te sklepowe patrzeć już nie potrafimy.
Wrócę ... obiecuję, że postaram się by powrót był smaczny i ładnie prezentujący się, jednak tymczasem wybieram się na blogowy urlop, by w realu zabrać się za ciężkie, choć upragnione prace.
Do zobaczenia.






























