sobota, 31 stycznia 2009

Nieoczekiwane tradycyjne czeskie danie.


Kuchnia czeska pełna jest dań, których zjedzenie bez wypicia piwa nawet abstynentowi nie przyszłoby do głowy. Gulasze, pieczenie, zawiesiste sosy - to wszystko sprawia, że czujemy się wprawdzie mile objedzeni i rozgrzani, co szczególnie wskazane i przyjemne jest zimą, ale nie ma tutaj miejsca na lekkość. Ja jednak zaparłam się. Postawiłam sobie zadanie, że zanim będzie wspaniały czeski gulasz, knedliki czy zupa czosnkowa, musi być coś lżejszego, najlżejszego co tylko znajdę w tej geograficznie bliskiej, a jednak tak mało mi znanej kuchni.

Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od przeglądania wszystkich przepisów, które zawierały ryby. Było mi wszystko jedno - morskie czy rzeczne, byle na talerzu pojawiła się ryba. Zadanie wcale nie było łatwe. Nawet jeśli znajdowałam przepisy uwzględniające ryby, to ociekały one od masła i oleju po smażeniu na patelni albo kryły się pod zwałami ziemniaków i śmietany w zapiekankach. Już myślałam, że będę musiała się poddać, gdy w końcu trafiłam na nieoczekiwany przepis.


Nieoczekiwany, a jednocześnie kuszący nie tylko dlatego, że rybka w tym wydaniu jest lekka i pieczona, ale również dlatego że towarzyszą jej moje ukochane grzyby. A kiedy jeszcze mąż przyniósł z bazaru malutkie piękne ziemniaczki postanowiłam, że i one pieczone tylko z oliwą i solą uświetnią dzisiejszy obiad.

Przyznam się, że nie przyszłoby mi pewnie do głowy by rybę zawijać w liście kapusty. Mięso, warzywa, kasze - tak, ale rybę? W pierwszej chwili podeszłam do tego przepisu podejrzliwie, pełna wątpliwości. Jednak szybko zaczęłam o nim myśleć z otwartym umysłem, skorym do eksperymentów w kuchni. Zmniejszona ilość oleju, dodatek cytryny, więcej aromatycznych liści laurowych i przepis coraz bardziej zaczynał mi się podobać. Nawet śmietana w grzybach mi nie przeszkadzała, tym bardziej że dałam jej znacznie mniej niż w przepisie.


Z towarzyszącym lekkim, półwytrawnym winem pstrąg na talerzu był wyborny. Mięso ryby delikatnie tylko przeszło aromatem kapusty, za to silnie smakowało ziołami. Sakiewka z kapusty za to sprawiła, że rybka była wilgotna i krucha. Skropiona sokiem z cytryny doskonale komponowała się z kremowymi grzybami i sypkimi ziemniaczkami. Wszystko to oprószone koperkiem stworzyło zupełnie nieoczekiwane tradycyjne czeskie danie.

Pstrąg w liściach kapusty

Składniki:
3 filety pstrąga
sól i pieprz zielony
3 duże liście kapusty włoskiej
3 ząbki czosnku
5 listków laurowych
3 gałązki koperku + 2 łyżki do dekoracji
1 cytryna, pokrojona w plasterki (połowa do dekoracji)
4-5 malutkich ziemniaczków
1 łyżka oliwy
szczypta morskiej soli

Przygotowanie: Oczyszczone filety pstrąga posoliłam i popieprzyłam. Liście kapusty sparzyłam i odsączyłam. Każdy filet ułożyłam na liściu kapusty. Na mięsie ryby położyłam czosnek posiekany w plasterki, liście laurowe, gałązki koperku i połowę plasterków cytryny, resztę zachowując do dekoracji. Następnie rybki zawinęłam w liście kapusty i ułożyłam w naoliwionej brytfance. Ziemniaki umyłam, nakłuwałam widelcem, wysmarowałam oliwą z solą. Każdego ziemniaka zawinęłam w folię aluminiową i ułożyłam w małym żaroodpornym naczyniu. Piekarnik nagrzałam do 200 stopni. Piekłam ziemniaki przez 20 minut, a potem zmniejszyłam temperaturę do 180 i włożyłam pstrągi zwilżone wodą z cytryną. Piekłam jeszcze przez 20 minut. Przed podaniem wyjęłam z liści kapusty, zdjęłam koperek, czosnek i liście laurowe, ozdobiłam świeżym koperkiem i plasterkami cytryny. Podałam z boczniakami w śmietanie.

Boczniaki w śmietanie

Składniki:
1 łyżeczka oliwy + 1 łyżeczka margaryny Flora
30 dag boczniaków
2 małe cebule
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki śmietany
1/4 szklanki półwytrawnego białego wina (ja dałam półwytrawny wermut, ale tutaj lepsze byłoby wino, gdyż smaki wermutu zbyt przebijały się w smaku tych delikatnych grzybów)
sól i pieprz

Przygotowanie: Boczniaki oczyściłam, pokroiłam w grube paski i obsmażyłam na oliwie z czosnkiem i posiekaną cebulką. Dusiłam na wolnym ogniu przez 5 minut, a potem odparowałam powstały sos przez ok. 5 minut. Następnie wlałam wermut i śmietanę. Gotowałam na małym ogniu przez 10 minut, by sos odparował i zagęścił się. Doprawiłam solą i pieprzem.

Smacznego.



Wspaniała zupa o czeskim rodowodzie.


Uwielbiam grzybową, ale tak rzadko mogę sobie na nią pozwolić, by nie drażnić żołądka zamęczonego ostatnimi latami chorowania i niezliczoną ilością niesteroidowych leków przeciwzapalnych. Dlatego kiedy ze spiżarki wyjmuję grzyby lub przynoszę je z bazaru czuję prawie jakby zaczynało się święto. Kiedy na noc zostawiam suszone grzyby namoczone w bulionie, poranne obudzenie łączy się od razu z aromatami obietnicy wspaniałego obiadu. A kiedy jeszcze mąż wraca z bazaru z siatkami pełnymi pięknych warzyw, świeżych ryb i soczystych owoców wiem, że nadchodzące dni będą bardzo udane.


Zupka, która ostatnio zawitała na naszym stole była starannie wyszukana i przemyślana. Kremowa, o aromatach kminku i grzybów, z akcentem selerowym była doskonałym startem w czeskie obiady i zapowiedzią obiadu grzybowo-rybnego ... o nim jednak już niedługo. Tymczasem w rozmrożonym domowym bulionie namaczały się grzyby. Już dawno doszłam do tego, że zupa grzybowa to przede wszystkim bulion. To jego jakość i smak zadecyduje o sukcesie lub totalnej porażce. Czy mocno esencjonalna czy tylko lekko kusząca grzybowym aromatem, zupa z grzybami nigdy nie będzie naprawdę dobra, jeśli pozwolimy sobie na lenistwo w sprawie bulionu.

Są miłośnicy lekkich wywarów warzywnych, doprawionych czasem orientalnymi akcentami, są też i miłośnicy ciężkich w wyrazie bulionów wołowych, klarowanych białkiem, mocno aromatycznych, jednak nie przytłumiających innych smaków, za to tworzących z nimi doskonałą kompozycję. Nie mogę powiedzieć bym należała do którejkolwiek z tych grup. Jak zawsze uważam, że najlepszy jest złoty środek. Uwielbiam grzybową zupę na warzywnym bulionie, ale z taka samą pasją ubóstwiam grzybowe aromaty przenikające wywar wołowy.


Tym razem jednak, choć planowałam przyrządzenie prawdziwego wołowego consomme, musiałam porzucić moje wcześniejsze plany. Chorobowe osłabienie nie pozwoliło mi na takie szaleństwa w kuchni. Z zamrażalki więc wyjęłam przygotowany wcześniej bulion warzywny i to dzięki niemu powstała kartoflanka z grzybami ... wspaniała zupa o czeskim rodowodzie.

Kartoflanka z grzybami

Składniki:
1 litr bulionu (+1 szklanka wody/bulionu)
20-30 g suszonych grzybów
1 kg ziemniaków
25 dag selera
1/2 łyżeczki świeżo mielonego kminku
3 duże ząbki czosnku (ilość dostosować do własnych upodobań)
sól i pieprz
śmietana do dekoracji

Przygotowanie: Grzyby namoczyłam w szklance ciepłego bulionu, potem ugotowałam je do miękkości. Lekko przestudziłam, wyjęłam w bulionu i pokroiłam z grubsza w paski. Ziemniaki i seler obrałam i pokroiłam w kostkę. Ugotowałam w reszcie bulionu do miękkości, doprawiając kminkiem. Dolałam do zupy wywar z grzybów, razem ze startym czosnkiem i grzybami. Gotowałam jeszcze do 10 minut i jeśli trzeba można trochę rozrzedzić zupę wodą lub bulionem, ale nie więcej niż 1 szklanką płynu. Podałam doprawione pieprzem i śmietaną.

Smacznego.



piątek, 30 stycznia 2009

Weekendowa Piekarnia #17 - Słodkie bułeczki z brandy.


Kolejna edycja Weekendowej Piekarni i kolejna smaczna propozycja, przedstawiona nam przez aktualną Gospodynię, Zawszepolkę. Jako pierwsze na tapetę, a raczej do piekarnika powędrowały słodkie bułeczki z brandy, których przygotowanie okazało się bardzo proste, a do tego przyjemne, głównie dzięki unoszącym się aromatom masła i brandy, które towarzyszyły mi przez cały czas zarówno wyrabiania ciasta, jego wyrastania, ale już najbardziej pieczenia.


To właśnie ten ostatni moment, tak długo wyczekany, gdyż muszę przyznać trzeba było wykazać się cierpliwością, oczekując na te słodkie małe cudeńka, sprawił, że mój mąż nagle podniósł głowę znad komputera, pytając się głosem małego urwisa "A co tak pięknie pachnie?". Rzeczywiście w całym mieszkaniu rozchodził się przenikający aromat zarówno brandy jak i masła w połączeniu z cukrem, uzupełniony zapachem kokosa. Aż trudno było wyczekać chwili wyjęcia bułeczek z pieca.


Jednak to dopiero konsumpcja tych pyszności przeniosła nas do siódmego nieba. Wilgotne, słodkie i aromatyczne, o chrupkiej skórce, okazały się doskonałe lekko ciepłe z masłem czy jogurtem, ale również zupełnie solo. Nawet nie obejrzałam się, gdy kilka zniknęło z koszyka zanim zdąrzyłam wrócić do pokoju. Świergotki błyskawicznie przysiadły się do okruszków, a ja ... do mnie przyszedł mój mąż niosąc mi w ręce słodką bułeczkę i słodkiego buziaka w podzięce ... i jak tu nie lubić tych bułeczek :-)

Sweet Brandy Buns (Słodkie bułeczki z Brandy)

Zaczyn:
125 g pełnotłustego mleka (83%) [ja dałam chude 0,5%]
1 1/2 lyżeczki pokruszonych świeżych drożdży (2%)
50 g drobnego cukru do wypieków (33%)
150 g maki pszennej chlebowej (100%) [ja dałam Manitoba]
50 g śmietany "double cream" o zawartości tłuszczu 48% (33%) [ja dałam 22%]

Ciasto właściwe:
350 g maki j/w (100%) [ja dałam pół na pół Manitoba i pszenna chlebowa typ 750]
1 1/2 łyżeczki soli (3%)
100 g miękkiego masła (28%)
1 jajko (14%)
50 g brandy (14%)
cały zaczyn (110%)
trochę brandy i cukru brązowego [oraz wiórek kokosowych] do posmarowania bułeczek

Przygotowanie zaczynu: Składniki zaczynu mieszamy w dużej misce, przykrywamy i zostawiamy w ciepłym miejscu na 30 minut.

Przygotowanie bułeczek: W osobnej, dużej misce wymieszałam mąkę i sól, dodałam miękkie masło i połączyłam, aż masło zaczęło łączyć się z mąką w grudki. Do zaczynu dodałam jajko i brandy, wymieszałam i całość przelałam do mąki z masłem i solą. Wymieszałam do połączenia składników i odłożyłam na 10 minut. Potem wyrabiałam ciasto, aż do uzyskania gładkiego i elastycznego ciasta (ok. 10-15 minut). Jednak oryginalny przepis podaje, by po połaczeniu skłądników odłożyć na te 10 minut, potem ciasto wyjąć na lekko naoliwiony blat i wyrobić przez 10-15 sekund, włożyć znów do miski, zostawić na kolejne 10 minut, a potem powtórzyć takie wyrabianie co 10 minut trzy razy.
Zostawiłam do wyrośnięcia na 1 1/2 godziny. Po tym czasie wyjęłam ciasto z miski, leko rozciągnęłam i podzieliłam na 11 części (powinno być 12, ale mnie jakoś matematyka zawiodła). Uformowałam 12 bułeczek (o różnych kształtach) układając je na blasze, wyłożonej pergaminem, złączeniem do dołu. Bułeczki lekko spryskałam wodą ze zraszacza, przykryłam folią i ściereczką i odłożyłam w chłodne miejsce (temperatura 15-18 stopni Celsiusa) do wyrastania na 1 1/2 - 2 godziny. Przed końcem tego czasu nagrzałam piekarnik do 200 stopni Celsiusa. Bułeczki posmarowałam brandy i posypałam brązowym cukrem lub wiórkami kokosowymi. Piekłam na środkowej półce przez 15 minut, po czym zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni Celsiusa i piekłam 10-15 minut. Ja musiałam swoje bułeczki przykryć folią na ostatnie 10 minut, gdyż za szybko brązowiały. Powinny mieć złoto-brązowy kolor. Bułeczki wystudziłam na kratce. Oryginalny przepis radzi by po ostudzeniu schować je do papierowej torby. Bułeczki można zamrozić.

Smacznego.

WeekendowaPiekarnia

Znikające bułeczki.


Pełne śliwkowej dobroci, lekkie i puszyste, słodkie i aromatyczne, uwodzące smakiem i zapachem, rozgrzewające dłonie i zgłodniałe brzuszki ... wiele więcej nie mogę o nich napisać, gdyż po prostu brak słów by wyrazić mój i mojego męża zachwyt nad tymi ... znikającymi bułeczkami.


Buchty z powidłami

Składniki:
3 żółtka
40 g cukru
250 g mąki pszennej (typ 550)
20 g drożdży świeżych
1/2 łyżeczki soli
skórka z 1 cytryny
1/2 szklanki mleka (ok. 125 ml)
50 g masła, roztopionego i ostudzonego

120 g powideł (użyłam śliwkowych)

Przygotowanie: Drożdże rozkruszyłam do miseczki, zasypałam 1 łyżeczką cukru i zalałam 2 łyżkami mleka. Odstawiłam na 15 minut. Żółtka utarłam z resztą cukru. Dodałam drożdże, mleko, skórkę cytrynową, mąkę z solą. Zagniotłam w gładkie ciasto. Jest to proces dosyć męczący i długi. Pomaga metoda Bertineta. Gdy już miałam gładkie ciasto, ułożyłam je płasko w misce i wlałam na nie masło. Wyrabiałam ok. 5-7 minut aż całkowicie wchłonęło masło, a ostatnią minutę czy dwie wyrabiałam przy pomocy metody Bertineta. Gładką kulę ciasta (może być i tak odrobinę lepiące, ale nie powinno przyklejać się do rąk). włożyłam do miski i przykryłam. Odstawiłam w ciepłe miejsce na 1-2 godziny, do podwojenia objętości. Po tym czasie odrywałam z ciasta kawałki o wadze ok. 40 g. Ciasto może być lepiące, ale zamiast podsypywania go mąką, lepiej maczać ręce w tłuszczu (ja nie musiałam). Formowałam bułeczki, do środka których wkładałam po 1 łyżeczce powideł. Bułeczki układałam obok siebie w nasmarowanej masłem formie, tak by lekko się stykały. Odstawiłam do wyrośnięcia na 1 godzinę i całkowicie wypełniły formę (ja użyłam kwadratowego naczynia żaroodpornego o boku 20 cm). W tym czasie nagrzałam piekarnik do 180 stopni Celsiusa. Bułeczki można posmarować białkiem lub masłem (ja posmarowałam masłem) i piec ok. 20-30 minut, do tzw. suchego patyczka. Lekko wystudzić i podawać posypane cukrem pudrem.

Źródło: Blog Liski "White Plate"

Smacznego.



środa, 28 stycznia 2009

OBIAD.


Chrupki, limonkowy z maślanym akcentem, pełnym ziołowego aromatu, w dali czuć lekką ostrość pieprzu kajeńskiego, otoczony słodko-ostrymi szalotkami, pięknie przyrumienionymi, pachnącymi rozmarynem, melasą i gorczycą ... to był mój pierwszy OBIAD, a raczej tak miał wyglądać w swoim założeniu. Nie był to zwykły posiłek, nie był to tylko obiad, nie był to nawet Obiad. Właśnie tego łososia przygotowałam po raz pierwszy zupełnie samodzielnie. Gdybym wiedziała wtedy jak cenne i ważne stanie się dla mnie gotowanie, czy wybrałabym inne, bardziej szczególne danie, aby móc je pamiętać? Z całą pewnością, NIE.


Wprawdzie tamten dzień jest teraz tak odległy, że prawie zacierają się już obrazy dawno minionej kuchni, malutkiej, gorącej, ale ukochanej, w domu który był azylem. Niewprawnie, pełna obaw odcinałam skórę łososia, wyciągałam ości pęsetą, by na koniec mieć koszmarnie pokancerowany kawałek ryby, zamarynowany w nieznanych mi zupełnie płynach. W garnuszku przypalały się małe cebulki, kupione zamiast obco brzmiących szalotek, które w efekcie wylądowały w śmietniku, tak niesmaczne jak tylko sobie to można wyobrazić.


A jednak ten łosoś położony na zbyt wilgotnym kuskusie, z naprędce pokrojonym pomidorem był wtedy dla mnie wykwintnym i wspaniałym posiłkiem. Teraz, gdy powracam do niego myślami, wciąż czuję jego smak tak wyraźnie jak siedem lat temu. Obce płyny stały się oswojonymi przyprawami, z którymi zaprzyjaźniłam się w mojej kuchni już nie raz, szalotki poznane i polubione, stały się wybornym dodatkiem do tej ryby. Przepis zmieniałam już niezliczoną ilość razy, a jednak pozostaje on dla mnie wciąż ten sam, nieśmiertelny ... tak jak dla mojej pamięci nieśmiertelny pozostanie już zawsze tamten OBIAD.

Łosoś w sezamowej skorupce
(2 porcje)

Składniki:
40 dag filetu z łososia, bez skóry i ości, podzielony na 4 części
1 łyżka sosu sojowego
sok z 1 limonki
1/2 łyżeczki oleju sezamowego
1 łyżka oliwy
świeżo zmielony pieprz zielony
ok. 2 łyżki sezamu jasnego i czarnego

Przygotowanie: Po oczyszczeniu ryby włożyłam ją do marynaty z sosu sojowego, soku z limonki i oliwy na 1 godzinę. Ułożyłam rybę w żaroodpornym naczyniu, doprawiłam pieprzem. Posypałam sezamem tak by utworzył od góry panierkę. Piekłam w piekarniku nagrzanym do 200 stopni Celsiusa przez 8-10 minut. Podałam z limonkowym masłem ziołowym.

Limonkowe masło ziołowe

Składniki:
50 g masła (ja dałam margarynę bez tłuszczów trans)
sok z 1 limonki
1 łyżka drobno posiekanej natki pietruszki/kolendry
świeżo starty imbir (ilość zależna od upodobań, ja dałam ok. 6 cm)
1 łyżka drobno posiekanego tymianku (około 1/3 doniczki)
szczypta pieprzu kajeńskiego

Przygotowanie: W misce blendera połączyłam wszystkie składniki, zmiksowałam i przełożyłam do naczynia, które można wkładać do zamrażalki. Pozostawiłam w zamrażalce na przynajmniej godzinę. Jeśli użyjemy margaryny to ona się tylko trochę zestali, a nie zrobi zupełnie twarda jak masło.

Ważne: Na tą porcję ryby wystarczy masła zrobionego z połowy porcji. Ja zrobiłam więcej, gdyż później użyłam go jeszcze do innego dania. Takie masło można przechowywać w zamrażalniku do miesiąca.

Szalotki w rozmarynowym syropie
(2 porcje)

Składniki:
10 średnich szalotek
1 łyżka margaryny bez tłuszczów trans
1 łyżka musztardy Dijon lub francuskiej
1/2 łyżki melasy/miodu
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka utartego na proszek suszonego rozmarynu
1 łyżka sezamu

Przygotowanie: W garnku zagotowałam wodę i wrzuciłam nieobrane szalotki. Gotowałam je przez 5 minut, po czym wyjęłam i lekko przestudziłam. Obrałam i ucięłam końcówki. W malutkim rondelku, takim by wszystkie szalotki leżały obok siebie na dnie i zajmowały całe dno, rozgrzałam masło, musztardę, melasę i sos sojowy. Wrzuciłam szalotki, posypałam rozmarynem i sezamem i często mieszając (poruszaniem rondelka, bez odkrywania pokrywki) dusiłam przez 5 minut. Potem smażyłam bez przykrycia (wciąż często mieszając, tym razem łyżką) jeszcze ok. 10 minut, aż sos zgęstniał i oblepił cebulki, które się przyrumieniły.

Źródło inspiracji: "Gotowe w 30 minut. 300 pysznych dań na każdą okazję" wydawnictwa Reader's Digest

Smacznego.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Chiński Nowy Rok ... Rok Bawoła.


Pisałam już kiedyś, że krówki to cukierki kojarzące mi się z dzieciństwem. Jadam je rzadko, ale zawsze gdy czuję ich mleczny, rozpuszczający się po języku i podniebieniu smak, zaklejający usta, oblepiający zęby czuję się jak mała dziewczynka, nagrodzona wspaniałym smakołykiem. Dzisiaj, wraz z nadejściem Chińskiego Nowego Roku, Roku Bawoła, znów powróciłam myślami do tych cudownych mordoklejek.


Leżę chora w łóżku, osłabiona dodatkowo zbyt szybką próbą wyjścia z domu, która dzisiaj sporo mnie kosztowała. Nie mam więc sił na żadne pracochłonne eksperymenty kulinarne, ale na szybkie, nie wymagające długiego pobytu poza łóżkiem ciastka, których późniejsze pałaszowanie przyjemnie pozwala mi na chwile zapomnienia, a które powstają prawie mimochodem, pomiędzy wstawaniem po herbatę czy łykiem syropu z cebuli.


Lekko słodkie, jasne i puszyste ciasto muffinkowe, trochę tylko kremowe, kryje w sobie cudowną niespodziankę, w postaci miękkiej i ciągnącej masy krówkowej. Jedząc te muffinki myślę o odzyskanym niedawno wspomnieniu, gdy jako dziecko jeździłam na rowerku wożona przez moją dziecięcą miłość. Podobno nadchodzący Chiński Nowy Rok ma sprzyjać zawieraniu małżeństw i spłodzeniu potomka ... mężatką już jestem, czy w takim razie w naszym domu pojawią się mali amatorzy słodkich wypieków ...

... zobaczymy co przyniesie Bykowi Rok Bawoła.

Muffinki krówkowe
(20 muffinek)

Składniki:
350 g mąki pszennej typ 550
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka masy krówkowej (mleko słodzone zagęszczone gotowane przez ok. 2 godziny, a następnie przestudzone przez ok. 1 1/2 godziny lub gotowa masa z puszki - tym razem użyłam gotowej) + 20 łyżeczek masy krówkowej (prawie cała, albo i cała puszka schodzi)
60 g cukru brązowego
125 ml oliwy
2 jajka
150 -175 ml mleka skondensowanego 4%
50 ml amaretto

Przygotowanie: Do dużej miski przesiałam mąkę, z proszkiem do pieczenia i sodą, dodałam sól. W drugiej misce zmiksowałam oliwę, masę krówkową, cukier, lekko rozkłócone jajka, mleko skondensowane 4% i amaretto. Do suchych składników wlałam mokre i zmiksowałam do połączenia składników (nie powinno być zbyt dużych grudek, a ciasto powinno być gęste, ale lejące). Wlałam ciasto do do 3/4 wysokości wyłożonej papilotkami formy na muffinki. Do napełnionych już foremek wkładałam po łyżeczce masy krówkowej (ważne żeby była płaska i zatopiona w cieście). Piekłam przez ok. 30 minut w 180 stopniach Celsiusa. Ostudziłam na kratce.

Ważne: Należy przestudzić muffinki, by gorąca i płynna masa krówkowa zatopiona w muffinkach nie poparzyła języka i podniebienia. Poza tym łatwiej zdejmuje się papilotki z ostudzonych ciastek.

Smacznego.






niedziela, 25 stycznia 2009

Weekendowa Piekarnia #16 - Chleb jajeczno-maślany na zakwasie z puree ziemniaczanym.


Tym razem w Weekendowej Piekarni, prowadzonej nam przez Atinkę, nie jeden ale dwa wypieki były zaproponowane. Grissini już popełnione i zjedzone, a teraz czas przyszedł na pyszny chlebek z puree ziemniaczanym. Jasny chlebek na zakwasie nasza Gospodyni wynalazła u Agnieszki. Mój bochenek był okrutnie lejący, prawdopodobnie przez zbytnie dodatnie płynów, z których jednak wolałam nie rezygnować, by w efekcie nie mieć suchego chleba. Nic strasznego się jednak nie stało.

Jak ostatnio zauważyłam pieczenie to pasja bardzo wyrozumiała i chleby, nawet gdy niezbyt wprawnie do nich podchodzimy, wiele nam potrafią wybaczyć czy zrozumieć nasze potrzeby. Upiekłam więc chlebek w keksówce i zupełnie tego nie żałuję. Wolę taką wygodną do krojenia postać, a do tego miąższ chlebka dzięki dużej ilości płynów oraz puree z ziemniaka jest pyszny, miękki, a nawet delikatnie kremowy. Gorąco polecam ten wyborny chleb i dziękuję naszej Gospodyni za jego zaproponowanie.


Chleb jajeczno - maślany na zakwasie z purée ziemniaczanym

Składniki:
3 kopiaste łyżki płatków ziemniaczanych (puree w proszku) lub puree z 1 średniego ugotowanego ziemniaka (ja dałam z puree z ziemniaka)
100 ml wody
150 ml mleka
150 g (około ½ szklanki) żytniego zakwasu
35 g (2 łyżki) masła, roztopionego
1 jajko, lekko roztrzepane
275 g mąki pszennej typ 650 (w tym ok. 50 g mąki pszennej typ 480, gdyż akurat tylko tyle pozostało mi po innych wypiekach)
250 g mąki pszennej typ 800 (ja dałam typ 750)
1 łyżeczka soli (moim zdaniem to trochę mało, następnym razem dałabym o 1/4 łyżeczki więcej)
1 2/3 łyżeczki drożdży (ja dałam 1 łyżeczkę)

Przygotowanie: Puree ziemniaczane wymieszałam z mlekiem i wodą i połączyłam z zakwasem. Wlałam do pojemnika maszyny do chleba. Dodałam jajko, masło i pozostałe suche składniki, ale mąki najpierw przesiałam. Włączyłam maszynę na program "Ciasto rosnące" ("Dough") i zostawiłam do końca programu na pierwsze rośnięcie. Po tym czasie ciasto powinno podwoić objętość. Wyjęłam je z maszyny, odgazowałam i przełożyłam do naoliwionej i wysypanej otrębami pszennymi keksówki. Odstawiłam do wyrośnięcia (można uformować okrągły bochenek i pozostawić do wyrośnięcia w koszyku lub durszlaku, gdy ktoś nie ma koszyka). Przykryty folią bochenek odstawiłam do podwojenia objętości (ok. 40-45 minut). W tym czasie nagrzewałam piekarnik do 240 stopni Celsiusa. Ciasto nacięłam, posmarowałam żółtkiem z mlekiem i włożyłam do nagrzanego piekarnika. Na sam spód piekarnika ustawiłam naczynie z wodą. Piekłam w temperaturze 240 stopni Celsiusa przez 10 minut, potem przez kolejne 10 minut w 220 stopniach Celsiusa i ostatnie 10-15 min w 200ºC. Ostatnie 10 minut piekłam bez formy, ale też bez naczynia z wodą. Wyjęłam bochenek i zostawiłam na kratce do ostygnięcia. Od razu po wyjęciu spryskałam go wodą, dzięki czemu ma ładną lśniącą skórkę.

Smacznego.

WeekendowaPiekarnia

sobota, 24 stycznia 2009

Bogate sakiewki.


Są takie przepisy do których podchodzę naukowo. Lubię je testować na różne sposoby, sprawdzać co i do jakiego momentu mogę zmienić, a co jest elementem koniecznym. Metodą prób i błędów zdobywać wiedzę o działaniu składników, o ich relacjach. Jednym z takich eksperymentatorskich dań są muffinki. Lubię je jeść, ale kiedyś były dla mnie zmorą. Kruche i suche, zbyt wytrawne lub zbyt słodkie - teraz to już przeszłość. Długo szukałam idealnego przepisu na te pyszne ciastka i gdy w końcu znalazłam zaczęłam przerabiać na różne sposoby, by uzyskać różne smaki, ale wciąż wilgotną i miękką, puszystą strukturę. Według mnie to właśnie struktura decyduje o sukcesie muffinek.


Mój idealny przepis-bazę znalazłam w jednym z programów Jamiego Olivera, gdy prezentował swoje muffinki dyniowe. Doskonale zrównoważony stosunek płynnych składników do suchych pozwolił mi eksperymentować ze smakami, tak bym zawsze otrzymała wilgotne, ciężkie choć jednocześnie puszyste ciastka. Kiedy jakiś czas temu przeczytałam o "Muffinkowej Sobocie" pomyślałam, że nadszedł czas na kolejne eksperymenty z moim ulubionym przepisem.

Jednak od tygodnia już leżałam chora w łóżku i myślałam, że okazja się nie trafi. Dzisiaj jednak nie pozwoliłam chorobie popsuć mi moich smacznych planów. Po tygodniu prawie bez pieczenia, bez słodkości, które poprawiałyby mi zepsuty przez chorobę nastrój, miałam ochotę na bogate w smaku, słodkie od czekolady i miodu, a jednocześnie chrupkie od orzechów i sezamu ciastka. Zabrałam się więc za przepis i tak po kilku modyfikacjach, zmianie tutaj, poprawieniu tam miałam wyborne muffinki, którym teraz z chęcią dzielę się z Wami. Zapraszam na moje bogato wypchane sakiewki, pełne dobroci.


Bogate sakiewki

Składniki:
160 g oleju z czerwonej palmy i canoli
230 g miodu
200 g cukru brązowego
3 jajka

360 g mąki pszennej (tym razem dałam typ. 480)
4 łyżki kakao (gorzkiego!)
3 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli

450-500 ml maślanki

75 g drobno posiekanych orzechów (dałam włoskie)
50 g rodzynek namoczonych w 2 łyżkach brandy
50 g suszonej żurawiny
100 g białej czekolady, posiekanej w drobne kawałeczki (mniej więcej wielkości rodzynek)
100 g gorzkiej czekolady, posiekanej j/w
3 kopiaste łyżki sezamu, uprażonego
opcjonalnie: można dodać jeszcze maksymalnie do 100 g innych bakalii, drobno posiekanych

Przygotowanie: Olej z cukrem i miodem dokładnie utarłam mikserem. Dodałam roztrzepane jajka. Mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sól i sodę przesiałam do oddzielnej miski i dodawałam naprzemiennie z maślanką. Ciasto powinno być gęste, ale również dosyć płynne. Miksowałam tylko do połączenia składników (nie należy zbyt długo miksować, gdyż do ciasta dostanie się zbyt dużo powietrza i muffinki mogą nam opaść). Na koniec dodałam wszystkie bakalie (rodzynki razem z brandy) i wymieszałam łyżką. Do nasmarowanej olejem formy wlewałam ciasto do 3/4 wysokości. Piekarnik nagrzałam do 180-190 stopni Celsiusa i piekłam muffinki ok. 35-50 minut. Należy sprawdzić patyczkiem stan wypieczenia.

Z podanej ilości wyszły mi 2 1/2 blachy po 12 muffinek.

Edit 25.01.2009:
Na drugi dzień muffinki są wciąż pysznie wilgotne, ale moim zdaniem jednak trochę zbyt słodkie, więc następnym razem raczej zmniejszę ilość cukru brązowego z 200g do 150 g.


A tutaj znajdziecie moje inne muffinkowe dzieła:

Muffinki pierniczkowe
Muffinki dyniowe
Muffinki kokosowe z orzechową nutą

Smacznego.




Weekendowa Piekarnia #16 - Grissini Rubata.


Mam w domu paluszkowego miłośnika. Mój mąż mógłby zjeść dowolną ilość paczek paluszków i wciąż by mu one smakowały i nie miałby ich dość. Kiedy więc zobaczyłam, że Atinka, gospodarująca nam w tym tygodniu Weekendową Piekarnią, przypomniała doskonały przepis Tatter na grissini nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Są doskonałe i o ile nie trzymamy ich zbyt długo w piekarniku (jak ja za pierwszy razem) są chrupkie, choć miękkie. Najbardziej pasują mi w wersji sezamowej lub naturalne, posypane jedynie solą. Piekąc je przyszedł mi też pomysł do głowy, że można by zrobić z nich apetyczne obwarzanki, może wtedy moje Świergotki nie musiały by tak pracowicie budować sobie gniazdka z tych włoskich paluszków.


Grissini Rubata

Składniki:
475 g białej pszennej maki chlebowej
1 1/2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1 1/4 łyżeczki drożdży instant
3 łyżki oliwy z oliwek
275 g wody
3 łyżki ziaren sezamu (u mnie podwójnie)
1 łyżka nasion kopru włoskiego (pominęłam)
2 łyżki płatków cebulowych (pominęłam)
1 łyżka soli w płatkach lub grubych kryształkach

Przygotowanie: Do miski wsypała mąkę, cukier, sól i drożdże, a następnie dodałam oliwę i wodę. Wymieszałam i wyrobiłam gładkie, elastyczne i miękkie, choć zwarte ciasto. Zostawiłam do wyrośnięcia na 1 godzinę. Następnie ciasto podzielić na 2 równe części. Pierwszą pozostawiłam zwykłą, drugą połączyłam z nasionami sezamu. Można też ciasto podzielić na 4 części i jedną pozostawić zwykłą, drugą połączyć z sezamem, trzecią z koprem, a czwartą z płatkami cebulowymi.
Zostawiłam ciasto na 10 minut pod przykryciem. Podzieliłam obie części ciasta na kulki o wadze ok. 25 g i z każdego formowałam cienkie wałeczki (ok. 25 cm długości). Ułożyłam je na naoliwionym papierze do pieczenia i zostawiłam do ponownego wyrośnięcia na 30-45 minut. Paluszki posmarowałam mlekiem, a te bez dodatków posypałam gruboziarnistą solą morską. Piekłam w nagrzanym do 200 stopni Celsiusa piekarniku przez ok. 20-25 minut, aż paluszki były złote, a ich wnętrze suche.

Smacznego.

WeekendowaPiekarnia

Sezamowe zaskoczenie.


Doskonałe, słodko-kwaśne, o imbirowym aromacie i chrupkie od sezamu ... ciasteczka, które mogą być zarówno miłą przegryzką do herbaty, jak i podstawą wykwintnych deserów po obiedzie czy kolacji. Robi się je bardzo łatwo, choć trzeba trochę czasu im poświęcić, gdy już lądują w piekarniku. W czasie ich nakładania na blachę możemy wymyślać różne kształty, a potem, gdy już wyjmujemy wciąż jeszcze elastyczne ciasteczka z pieca, możemy prawie dowolnie zmienić ich kształt - łódeczki, gniazdka, talerzyki czy miseczki, a jeśli chcemy małą jedynie przegryzkę uformujmy je w paluszki, małe okrągłe ciasteczka, które możemy przekładać różnymi masami albo nadajmy im fantazyjne kształty, by stanowiły śliczne zwieńczenie tortów, deserów lodowych czy galaretek.


Ale nie tylko ich kształty są tak pięknie zaskakujące. W smaku zapowiadają słodycz i lepkość, jednak gdy przegryzamy pierwszy kawałeczek przywołują raczej wspomnienie kwaskowatych lizaków, lekko ciągnących, gdy dłużej trzymamy je na języku lub chrupkich i kruchych, gdy od razu przegryzamy te pyszne sezamowe kształty. Najmilszym zaskoczeniem dla podniebienia jest cytrusowy smak, tak doskonale przełamujący słodycz karmelowych sezamków. Jak zwykle gdy korzystam z przepisów Anny Olson, mojej inspiracji do wszelkiej maści słodkości, dostałam wyborne, uniwersalne i zaskakujące w smaku ciasteczka.


Ciasteczka imbirowo-sezamowe

Składniki:
1½ szklanki cukru
1 szklanka ziarna sezamowego
¾ szklanki mąki uniwersalnej
1 łyżka świeżo startego imbiru
½ szklanki soku z cytryny (ja dałam pół na pół z sokiem pomarańczowym)
½ kostki stopionego masła (czyli ok. 100 g.)

Przygotowanie: Zmieszałam w misce wszystkie składniki (najpierw suche, potem płyny) i mieszałam łyżką aż się porządnie połączyły. Ciasto schłodziłam w lodówce (powinno być gęste, ale wciąż płynne). Piekarnik nagrzałam do 175 stopni Celsiusa. Naprzemiennie piekłam je na dwóch blachach wyłożonych papierem do pieczenia. Małą łyżeczką (czubatą) nakładałam masę na papier i rozsmarowywałam w kształt koła. Nie powinny być za grube i zbyt blisko siebie (przynajmniej 4 cm odległości), bo ciasto w czasie pieczenia się rozlewa i trochę rośnie. Piekłam po 4-6 minut (w zależności od wielkości), aż się zezłociły (szczególnie na brzegach) z jednej strony. Wyjmowałam na ok. 2 minuty, aż trochę przestygły i przekładałam je na drugą stronę. Piekłam jeszcze ok. 4 minut i wyjmowałam blachę, wkładając kolejną blachę do piekarnika. Mi wychodziło po 6 kółek na blachę, a blach powinno wyjść ok. 5-6, ale to zależy od wielkości ciasteczek. Po upieczeniu ciasteczek, pozostawiałam je na maksimum 2 minut i układałam albo na małych miseczkach, albo na kieliszkach do wódki postawionych do góry nogami, by uformować je w kształt miseczki. Część ułożyłam też na kieliszkach do wódki położonych poziomo, wtedy wyszły bardzo zgrabne łódeczki. Można też okręcić wokół rożka z tektury lub nadawać im prawie dowolne kształty. Jeśli pozostawi się je na płasko, wyjdą płaskie kółeczka, które później można przełożyć jakąś masą. Na uformowanych ciasteczkach można układać po kulce lodów, lub bitej śmietanie z owocami, albo dowolnym innym (byle dosyć gęstym) kremie.

Źródło: Anna Olson z programu Na słodko z Kuchnia.TV

Smacznego.



piątek, 23 stycznia 2009

Na chorobę.


Już od pewnego czasu chodził za mną chlebek orkiszowy. Prosty i szybki sposób na upieczenie własnego chlebka znalazłam u Liski. Szybkie wymieszanie składników zaczynu, a na drugi dzień wspomożenie się mikserem i nawet w chorobie można upiec ten pyszny chlebek. Ma delikatny miąższ, o ciekawym posmaku orzechów i pyszną chrupiącą skórkę. A co ważniejsze orkisz to bardzo zdrowe ziarno, a skoro ja leżę chora w łóżku, to czy może być lepsze lekarstwo niż kromka takiego chleba z masłem i miodem.


No chyba tylko, jeśli popijemy to syropem z cebuli. Obłędnie słodki, ale wyraźnie złagodzony sokiem z cytryny medykament poleciła mi ostatnio Kasia i choć z początku o nim zapomniałam, za bardzo zmęczona gorączką i kaszlem, to po dwóch dniach znów do mnie powrócił i tym razem nie pozwoliłam mu wymknąć się mojej pamięci. Drobno poszatkowaną cebulkę zasypałam cukrem i już po kilku godzinach miałam płynne złoto, które nawilża moje ochrypłe gardziołko i dodaje utraconych przez gorączkę witamin. Na chorobę gorąco polecam!

Chleb orkiszowy z miodem

Zaczyn:
50 g zakwasu żytniego
75 g mąki orkiszowej (użyłam mąki chlebowej, typ 1100)
100 g wody

Przygotowanie: Składniki zaczynu wymieszałam w misce i pod folią odstawiłam na 16 godzin (można odstawić na 12-24 godzin).

Ciasto właściwe:
cały w/w zaczyn
275 g wody
30 g miodu
500 g mąki orkiszowej (użyłam mąki chlebowej, typ 1100)
1 łyżeczka drożdży suszonych instant
1,5 łyżeczki (10 g) soli morskiej

Przygotowanie: Składniki zaczynu wymieszałam ze składnikami na ciasto. Można zagniatać ręcznie (10-15 minut) lub mikserem (6-7 minut). Ja zagniatałam mikserem, ale potem dopomogłam sobie trochę rękami, aż uzyskałam gładkie ciasto, które odstawiłam w misce przykrytej folią do podwojenia objętości (ok. 2-3 godzin). Keksówkę o długości 27 cm posmarowałam olejem i wysypałam otrębami żytnimi. Przełożyłam do niej wyrośnięte ciasto i znów przykryłam folią, by urosło aż do wypełnienia całej formy (ok. 1 1/2 godziny).
Można też zamiast pieczenia w keksówce, uformować okrągły bochenek i przełożyć go do wyrośnięcia do koszyczka wysypanego mąką. Przed włożeniem do piekarnika posmarowałam olejem i nacięłam poprzecznie żyletką. Piekłam przez 10 minut w 230 stopniach Celsiusa, potem zmniejszyłam temperaturę do 200 stopni Celsiusa i piekłam jeszcze ok. 30 minut. Upieczony chleb, popukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Przed krojeniem pozwoliłam bochenkowi ostygnąć na kratce.

Syrop z cebuli

Składniki:
4 średnie cebule
ok. 1/2 - 2/3 szklanki cukru
1 łyżka miodu
sok z 1/2 cytryny

Przygotowanie: W około litrowym słoiku (lub inne emaliowane naczynie) układałam poszatkowaną cebulę i co dwie trzy łyżki wsypywałam po 2-3 łyżki cukru, by ostatnią warstwą był cukier. Przykryłam papierowym ręcznikiem i odstawiłam w ciepłe miejsce na 3 godziny. Po tym czasie delikatnie ugniotłam, żeby wycisnąć więcej soku i zlałam płyn do innego naczynia, odsączając cebulę na sitku. Połączyłam z miodem i sokiem z cytryny i wlałam do małego słoiczka, który włożyłam do lodówki.
Wyszło mi z tych proporcji niecałe 200 ml płynu.

Pić 3 razy dziennie po 1 łyżce, po posiłkach.

Smacznego.

wtorek, 20 stycznia 2009

Kropka nad i.


Leżę chora w łóżku, moje kubki smakowe nie działają, mój nos wziął zwolnienie, ale żołądek domaga się smacznej, ciepłej potrawy, rozgrzewającej, ale i kojącej, dającej pocieszenie w gorączce i dreszczach. Błądzę myślami, gubię się w pomysłach, wstać po książkę kucharską nie mam sił. Zbyt długie wpatrywanie się w monitor sprawia, że przed oczami latają mi mroczki.

Przypomniałam sobie jednak o niegdyś wysłanym mi przez Anoushkę przepisie na mieszankę przypraw zwaną Massale. Aromatyczna przyprawa, o bardzo silnym smaku, raczej ostra, choć o mocno korzennych zapachach, doskonała okazała się z miodową białą kapustą, która jednak już kilka dni temu zniknęła tak szybko, że nawet nie zdążyłam jej sfotografować. Do czego mogłam jednak użyć tej ciekawej przyprawy? I znów pustka w głowie. Leżenie w łóżku z gorączką, atakami kaszlu i bólem w płucach nie sprzyja wymyślaniu potraw.

Poddałam się. Nie, nie w kwestii zjedzenia czegoś. Postanowiłam jednak nie szukać uparcie żadnego przepisu, a jedynie wyciągać zachomikowane po półkach i lodówce produkty, by stworzyć idealne lekarstwo na głód i chorobową chandrę. Przewodnikiem w tym był trwający już od pewnego czasu "Sezamowy Tydzień". Z zamrażalnika wyciągnęłam zmrożony bulion, rano rozmroziłam porcję kurczaka, trzymaną na czarną godzinę i idąc tropem sezamu sięgnęłam po azjatyckie smaki upchane w szafkach i lodówce.


Oczywiście na pierwszy ogień poszedł olej sezamowy, mocno aromatyczny, doskonały do doprawiania potraw. W azjatyckim połączeniu smaków sosu sojowego, mirinu, octu ryżowego, imbiru, limonki kafir i wielu jeszcze innych aromatów, sezam w postaci uprażonych jasnych i czarnych ziaren oraz oleju okazał się być silnym akcentem, tak potrzebnym w zimowy, chorobowy czas. Stał się przysłowiową kropką nad i.

Sezamowa zupa azjatycka z makaronem

Składniki:
500 ml warzywnego bulionu de lux
250 ml wody
2 trawy cytrynowe, zmiażdżone
4-5 cm kłącze imbiru, obrane i przekrojone na dwie części
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka wina ryżowego do gotowania, mirin
2 łyżki octu ryżowego
1/4 - 1/2 łyżeczki pasty chili (lub innego ostrego sosu)
1 łyżeczka startego, zamrożonego kłącza imbiru
1 łyżeczka Massale
2 duże ząbki czosnku
1 cała pierś kurczaka, oczyszczona i pokrojona w paski, lub twarde/wędzone tofu, pokrojone w duże kostki
1 łyżka oleju arachidowego
2 szklanki warzyw, pokrojonych w paski lub małe kostki (może być mrożonka chińskich warzyw)
1 dymka, biała i zielona część
3-4 liście limonki kafir
1 łyżeczka pasty z kolendry
1 łyżeczka pasty z trawy cytrynowej
2-3 łyżki oleju sezamowego
uprażony sezam jasny i czarny do posypania

chiński makaron jajeczny, w gniazdach

Przygotowanie: Kurczaka należy zamarynować w mieszaninie sosu sojowego, mirin, octu ryżowego, pasty chili, startego, zamrożonego kłącza imbiru, Massale, sprasowanego czosnku przez ok. 30 minut. Potem podsmażamy kurczaka na oleju arachidowym z całą marynatą. W tym czasie zagotowujemy bulion z wodą, trawą cytrynową, imbirem. Gdy kurczak jest obsmażony (zajmie to ok 2-3 minuty z każdej strony, zależnie od wielkości kawałków), przelewamy kurczaka z reztką marynaty do bulionu. Dodajemy warzywa, białą część dymki, liście limonki kafir, pastę z kolendry i pastę z trawy cytrynowej. Gotujemy na średnim ogniu przez ok. 15-20 minut, do miękkości warzyw i ugotowania kurczaka. Jeśli zamiast kurczaka używamy tofu, to zamarynowane w w/w w mieszaninie tofu i obsmażone przez ok. 4-5 minut, wrzucamy na sam koniec do zupy, tylko by dać zupie smak z marynaty. Zdejmujemy z ognia, wlewamy sos sojowy, wrzucamy zieloną dymkę i mieszamy. Nalewamy na ugotowany makaron, podajemy posypane uprażonym sezamem.

Sezamowy kurczak po azjatycku

Składniki:
200 ml warzywnego bulionu de lux
3-4 liście limonki kafir
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka wina ryżowego do gotowania, mirin
2 łyżki octu ryżowego
1/4 - 1/2 łyżeczki pasty chili (lub innego ostrego sosu)
1 łyżka startego, zamrożonego kłącza imbiru
1 łyżeczka Massale
2 duże ząbki czosnku
1 cała pierś kurczaka, oczyszczona i pokrojona w paski, lub twarde/wędzone tofu, pokrojone w duże kostki
1 łyżka oleju arachidowego
2 szklanki warzyw, pokrojonych w paski lub małe kostki (może być mrożonka chińskich warzyw)
1 dymka, biała i zielona część
1 łyżeczka pasty z kolendry
1 łyżeczka pasty z trawy cytrynowej
1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej
2-3 łyżki oleju sezamowego
uprażony sezam jasny i czarny do posypania

chiński makaron jajeczny, w gniazdach lub ryż

Przygotowanie: Zagotowujemy bulion z listkami limonki kafir. Odstawiamy do ostudzenia. Zamarynowanego (przez min. 30 minut, a lepiej przez 2-3 godziny) w sosie sojowym, mirinie, occie ryżowym, paście chili, świeżo startym, zmrożonym kłaczu imbiru, Massale i czosnku kurczaka obsmażamy na rogrzanym w woku oleju arachidowym przez 2-3 minut z każdej strony. Wrzucamy warzywa i smażymy przez ok. 8-10 minut (jeśli z mrożonki, należy sprawdzić czas podany przez producenta). W tym czasie mieszamy ostudzony bulion (bez listków limonki) ze skrobią ziemniaczaną, pastą z kolendry, pastą z trawy cytrynowej, olejem sezamowym. Gdy warzywa i kurczak są już gotowe, wlewamy mieszaninę bulionu i gotujemy chwilę, do czasu zgęstnienia sosu. Podajemy z ugotowanym makaronem lub ryżem.

Przyprawa Massalé z wyspy Reunion

Składniki:
10 łyżek ziaren kolendry
4 łyżki świeżo mielonego czarnego pieprzu
4 łyżki ziaren kuminu (kminu rzymskiego)
4 łyżki ziaren kardamonu
2 łyżki mielonej gałki muszkatołowej
2 łyżki goździków
2 łyżki mielonego cynamonu
2 łyżki mielonej, ostrej papryczki
1 łyżeczka ziaren kozieradki (fenegryki)

Przygotowanie: Na suchej patelni podpiec ziarna kuminu uważając, żeby go nie przypalić. Odstawić. Następnie tak samo postąpić z ziarnami kolendry. Wyłuskać ziarna kardamonu. Zmielić dokładnie wszystkie składniki. Przechowywać w szczelnie zamkniętym słoiczku.

Źródło: Anoushka, która odnalazła przepis na tej stronie.

Smacznego.

Zimowy Festiwal Zupy 10.01.2009 - 20.01.2009

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...