skip to main |
skip to sidebar
Mój Gdańsk to spacery. Choć parkujemy gdzieś na Targu Węglowym moje zwiedzanie musi zacząć się od ratusza. Stoję i wpatruję się w rokokowy portal z herbem miasta i już wiem, że zaczynam wypoczywać. Nie muszę zwiedzać wnętrz kamienic i muzeów. Te zostawiam sobie na inny czas, gdy moje kolano będzie już z ochotą pokonywać kolejne stopnie schodów. Na razie wędruję po uliczkach. Pod podeszwami butów czuję kamienie, a oczami chłonę widoki pięknych kamieniczek po obu stronach Drogi Królewskiej.
Już pierwszego dnia ulicą Długą i Długim Targiem przechadzamy się wiele razy. Od Złotej do Zielonej Bramy mam swoje miejsca, gdzie lubię stanąć i popatrzeć, ale też za każdym razem znajduję nowe, ciekawe widowiska, jak "teatr w oknie". Od Neptuna górującego ponad fontanną, zawsze zachwycający mnie Dwór Artusa i panienka z okienka, której wyglądam przy każdym spojrzeniu na Nowy Dom Ławy. Jest też niezwykłe drzewo na Targu Węglowym, Arsenał i Dwór Bractwa św. Jerzego. Wszystkie zachwycające, urzekające dawno minionymi czasami.
Tak wiem, to stałe punkty programu dla każdego turysty. Ale cóż poradzę, że ja lubię te oczywiste miejsca. Jednak nie tylko Droga Królewska zagościła w moim sercu. Przechadzamy się z mężem uliczkami, a ja wpatruję się w drzwi i bramy, uśmiecham się do rzygaczy, tych pięknych choć strasznych gargulców, patrzę na zabawne rynny na Ogarnej, w niezliczone okna duże i małe, kwadratowe i owalne, ale przede wszystkim nieskończoną liczbę detali - płaskorzeźb i fresków.
Nie byłabym wstanie pokazać Wam tutaj nawet małego ułamka uchwyconych w kadrze ścian i dachów, tych obrazów moich zachwytów, tak wiele ich jest. Gdy spacerujemy nad Motławą już nie tylko oczom daję ucztę. Targający włosy wiatr pieści skórę, drażni oczy i niesie zapachy morza i miasta. Wpatruję się w statki, wodne tramwaje i piracki galeon. Woda lekko chlupocze, a ja podpatruję bursztynowe dzieła wystawione w witrynach, by po chwili podnieść wzrok pełen podziwu na dumnie wypinającego swą pierś Żurawia. Nie zapominamy o Bramie Mariackiej i urokliwej jej uliczce, której czaru nie potrafię zamknąć w fotografii, pozostawiając jej magię sile moich wspomnień o niej.
Mój Gdańsk to nie tylko spacery po uliczkach. To również plaża, piasek przesypujący się między palcami, szukanie muszelek i uważanie na nierozważnie porzucane kawałki szkła, kapsle czy papierki. Morskie wybrzeże, fale i radość dzieci, a tamtego kwietnia również ludzie zazdroszczący ptakom szybowania. Choć piasek był jeszcze zimny, woda wręcz lodowata, a wiatr próbował dotrzeć w każdy zakamarek ciała spacer po plaży był koniecznym elementem naszego wypoczynku. Nasze własne powitanie morza.
Nie tylko morze witaliśmy. W wietrzny dzień, w samo południe szliśmy z mężem i siostrzenicą obok płotu, który zawsze rozbawia mnie głoszonym hasłem. A potem ... potem było spotkanie pod Neptunem. Król mórz i oceanów niedługo był jednak świadkiem mojego powitania z trzema babeczkami. Wraz z Majanką i jej synkiem, Kasią i Małgosią powolnym krokiem zmierzaliśmy do Cafe Ferber. Nowoczesne, czarno czerwone miejsce, którego największym atutem tamtego dnia był pełen słońca i pusty ogródek, gdzie mogliśmy napić się kawy i oczywiście ... pogadać. Dzieciaki biegały i bawiły się, a my popijając ciepłe napitki delektowaliśmy się swoim towarzystwem, wspominając o początkach naszych blogów, o miłości do domowego chleba, o poznawaniu innych w ich wirtualnych kuchniach. Czas minął nam tak szybko, jak można się było spodziewać, gdy spędzamy go w tak przemiłym towarzystwie. Pożegnanie, które nie chciało się skończyć pozostawiło w pamięci uśmiechnięte twarze, uściski dłoni i serdeczne pocałunki w policzki. Powtórzę więc teraz słowa, które i wtedy padały "Do zobaczenia znów".
Jeśli mam powiedzieć, co kojarzy mi się z tamtym kwietniem to powiedziałabym - wiatr. Choć słońce ostro przyświecało każdego dnia, przenikliwy wiatr towarzyszył nam podczas każdego spaceru. A skoro już mamy kilka dni w Gdańsku, jak moglibyśmy zapomnieć o pozostałych miastach Trójmiasta. W Sopocie krótki spacer po plaży zakończył się na molo. Było pusto, a stukot naszych butów nie przeszkadzał podziwianym przez nas łabędziom. W takie dni, poza sezonem, gdy wiatr wygnał wszystkich turystów mogliśmy chłonąć urok zarówno drewnianego pomostu, w dali widzianych statków czy równie co my zapalonych do spacerów par, których ślad ciągnął się za nimi w wilgotnym piasku.
Przed wiatrem ukryliśmy się dopiero w Gdyni, gdzie w oceanarium podziwialiśmy niezliczone gatunki ryb, czytaliśmy o dawno wymarłych gatunkach, podziwialiśmy szkielety czy tylko szkice najrozmaitszych morskich żyjątek. Najbardziej jednak zachwycił mnie ten niezwykły żółw jaszczurczy i oczywiście koniki wodne (jak widać jest we mnie sporo z małej dziewczynki zakochanej w syrenkach). Gorąco polecam to miejsce na wypad z dziećmi, choć od razu uprzedzić muszę, że w sezonie dostać się tam jest ogromnie trudno.
Zwierzęta można też podziwiać w oliwskim zoo. Wybraliśmy się tam na przejażdżkę wyglądającą jak ciuchcia pojazdem, z którego podziwialiśmy przeróżne kózki i kozły, lamy i wielbłądy, najróżniejsze ptaki, żółwie i foczki oraz moje ulubione kotowate. Niestety tutaj jednak zaciekła walka z wiatrem szybko przegnała nas z powrotem na Stare Miasto, do miejsca które odkryliśmy dzięki Małgosi.Restauracja "Kresowa" stała się naszym odkryciem tamtego kwietniowego wyjazdu. Kiedy tylko przechodziliśmy przez ulicę Ogarną patrząc w drzwi restauracji, podwoje przed nami otworzyła przemiła kelnerka w ludowym stroju. Jedzenie to bajka, magia i niebo w jednym. Aż nie wierzyłam, że w restauracji można tak dobrze zjeść. A obsługa ... brak mi słów zachwytu. Kelnerki przemiłe i uczynne, cały czas uśmiechnięte. Pani Tatiana, urocza właścicielka zdobyła nasze serca już od pierwszych słów. Spojrzeniem w nasze oczy oceniła, jakie dania byłyby dla nas najlepsze. Sprawdziło się powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Zjedliśmy tam wspaniałe kresowe specjały - zupy, dania główne i przystawki, desery również były smaczne, choć to nie one były największym atutem menu. Za to napoje - wina, kwas chlebowy i doskonała herbata z wyrabianą na miejscu konfiturą były idealnym dopełnieniem tego magicznego czasu.Teraz siedzę w domu, wyglądam przez okno na zalany słońcem balkon, patrzę na poruszane wiatrem listki drzew rosnących w ogródku i wspominam tamto śniadanie, gdy w sobotnie południe, zziębnięci po spacerze, poszliśmy wraz z Majanką rozgrzać się w tym pełnym magii miejscu. Znów ciągnie mnie na tamtą antresolę pełną kwiatów, do tego stołu o białym obrusie i miękkiej ławy, by posłuchać Szczepcia i Toncia lub kresowej muzyki śpiewanej na żywo, a przede wszystkim pozwolić się znów doskonale nakarmić i zabawić pani Tatianie.Pozostaje mi zakończyć moje wspominki i zaprosić Was do Gdańska ... mojego Gdańska.
Dwadzieścia pięć minut przed południem chłodny peron metra zamieniamy na zalane słońcem Pola Mokotowskie. Niespieszny spacer, pogaduszki o wakacyjnych wojażach a przed nami pierwsza Jaskinia Pełna Skarbów - Samira. Wchodzimy przez zastawioną stolikami knajpkę do sklepu, gdzie przemiły sprzedawca wita nas z uśmiechem. Dłonie same wyciągają się po paczki, torebki i kartoniki, pełne aromatycznych przypraw, egzotycznych składników, pociągających swą niezwykłą przyszłością - daniem jakim się staną.
Nie był to jednak koniec naszej wyprawy po skarby. Do bulguru, tandoori masalą , owczej fety czy małego krążka lokum miały dołączyć kolejne zdobycze. Gdyż nie tylko miejsca były ich pełne. Torba Ptasi również okazała się zaczarowaną sakwą pełną aromatycznych mieszanek z Włoch i intrygującą mieszanką Masala Tea. Wiem już, że najbliższa ryba pełna słońca Italii i orzeźwiająca herbata pełna indyjskiego smaku będzie przywoływać pełne radości wspomnienia o tym szczęśliwym dniu. Dzięki Ptasiu. Wielki Buziak dla Ciebie :*Pozostała nam jeszcze krótka podróż tramwajem, by zrobić krok w przeszłość. Zachowana jak w poprzedniej epoce uliczka Próżna jeszcze przez chwilę tylko czekała na nas, a tymczasem zaopatrywałyśmy się w kolejne skarby - koszerne smakowitości. Wędzone czarne oliwki - czy to z prowansalskich czy z greckich pól, zamknięte w słoikach tylko czekały aż zabierzemy je do domu, zastanawiając się jakie to specjały przyrządzimy dzięki nim. Była też chałka, choć zmrożona, w taki upał jak wczoraj szybko odtajała. Czy była tak doskonała jak się spodziewałyśmy? Bez rewelacji, ale z pewnością pobiła na głowę wszystkie kupne okazy jakie do tej pory próbowałyśmy.
Puchate ciasto chałki, lekko słodkie, jajeczno-maślane podjadałyśmy w zaczarowanym miejscu. Kamienice wprawdzie w ruinie, od lat podpierane przez rozleniwione rusztowania, z niemym błaganiem czekają na zlitowanie. W oknach opuszczonych domów wiszą zdjęcia dawnych mieszkańców, z dachów zwisają zielone gałęzie, dając nadzieję na odnowę. Czy nadejdzie? Nie wiadomo.
Rzeczywistość, choć smutna i ponura, na Próżnej wydaje się jaśnieć ukrytym blaskiem potencjału. Obdrapane balkony tylko z pozoru świadczą o stanie kamienic. W części wyraźnie zamieszkanej talerze telewizji satelitarnej odbijają promienie słońca, padające na przyzwoicie wyglądające okna. Te ożywione kamienice stoją niemalże na straży uliczki i swych uśpionych towarzyszek.
Choć o Próżnej możemy przeczytać, że czas jakby się tam zatrzymał w czasach drugiej wojny światowej, koszmarów getta i powstania, ja widziałam tam konsekwentnie trzymające się, prące do przodu życia ludzkie. Zakład produkujący sprężyny, sklepiki i kawiarenka. To ona właśnie urzekła nas swoim nastrojem i dbaniem zarówno o ogólny wizerunek, jak i urokliwe szczegóły. Stare meble, choć gdzieniegdzie obdrapane, zachowały swoje czarujące roślinne, wzorzyste detale. Wystrój dopełniały nowe, choć nie nowoczesne w wyrazie, raczej starające się wpasować w tło kanapy, na których przyjemnie siedziało się popijając sok świeżo wyciśnięty z grapefruitów.
Jednak to od sesji foto i kawowych smaków zaczęłyśmy swój odpoczynek w Cafe Próżna. Ja nad cappuccino, Ptasia nad mrożoną kawą dzieliłyśmy się swoimi spostrzeżeniami, wspomnieniami, ploteczkami i pomysłami. Pełen śmiechów to był czas, nawet mimo czasem strasznych tematów, jak szpitalne spotkania w dalekich krajach. Kulinarne rozważania nad rodzinnym gotowaniem, to jedna z licznych dyskusji tamtych gorących godzin częściowo spędzonych w słońcu uliczki, a częściowo w chłodzie wnętrza kawiarenki.Potem rozstanie i pożegnanie przed kolejnymi wakacyjnymi wojażami i pomysłami, ale wcale nie smutne, wprost przeciwnie radosne, gdyż w oczekiwaniu na następne spotkania, zdobywanie skarbów, odkrywanie nowych miejsc i smaków.Do zobaczenia i bezpiecznej podróży Ptasiu, pełnej nowych przeżyć i odpoczynku.
Ostatni chleb, jaki upiekłam w poprzednim mieszkaniu trwale zapadł mi w pamięć. Od czasu, gdy dzięki Kass zdobyłam koszyki do wyrastania bochenków, szczególną radość sprawia mi upieczenie chlebków właśnie dzięki nim. Podoba mi się ich wzorek, jaki odciskają poszczególne listewki leszczyny. Najbardziej jednak cieszy mnie doprowadzenie z początku mokrego i niezbyt współpracującego ciasta do konsystencji, jaka bez problemu utrzymuje kształt zarówno rosnąc w koszykach jak i w czasie pieczenia w piecu.
Taki właśnie był chlebek z prażonym owsem. Najpierw ziemisty zapach jaki roznosił się po domu, gdy prażyłam płatki, a potem zapach świeżego pieczywa wypełnił ostatnie godziny przed przeprowadzką. Za to ten ostatni dzień umilony był ogromnie przez ten niezbyt mokry, choć zupełnie nie suchy chlebek. Pełen smak miąższu gdzieniegdzie uzupełniany był przez chrupkie płatki owsiane, a gdy na takiej kanapce wylądował serek z niebieską pleśnią ochom i achom nie było końca.Choć był to ostatni chleb w poprzednim mieszkaniu, to z całą pewnością towarzyszyć nam już będzie bez końca.Chleb z prażonym owsemSkładniki: 450 g wody 120 g zakwasu żytniego razowego 500 g białej pszennej maki wysokoglutenowej (pow. 13 g białka) (użyłam Manitoby) 150 g pszennej maki razowej 10 g świeżych drożdży 2 łyżeczki golden syrup (miodu lub innego syropu cukrowego) (użyłam miodu) 1 łyżka soli 40 g płatków owsianych, uprażonych (ok. 8 minut w 200C) Przygotowanie: Wszystkie składniki za wyjątkiem soli i syropu dobrze wymieszałam w luźną masę. Wyłożyłam wszystko na stół i wyrobiłam metoda Bertineta. Po 7-8 minutach wyrabiania dodałam sol i ostudzone płatki. Wyrabiałam jeszcze 5 minut. Ciasto zostawiłam w cieple do wyrośnięcia na 2 godziny, w tym czasie złożyłam je raz, po godzinie. Wyrośnięte podzieliłam na dwie części i z każdej uformowałam bochenek, włożyłam do kosza i zostawiłam do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej na 11/2 godziny. Piec rozgrzałam do 250 stopni Celsjusza. Wyrośnięte bochenki nacięłam, posmarowałam glazurą z mleka z miodem i wsunęłam do naparowanego pieca. Temperaturę zmniejszyłam do 225 stopni Celsjusza i piekłam 25-30 minut. Studziłam na kratce.Źródło: Piekarnia TatterSmacznego.
Zanim jeszcze sen na dobre opuścił moje powieki, zanim na dobre pożegnałam się z sennymi zjawami, już siedziałam w samochodzie jadąc do kliniki medycznej, by okresowym badaniom zadośćuczynić. Jednak kiedy tylko igła pojawiła się na horyzoncie od razu jawa do mnie wróciła, a ja z zieloną twarzą siedziałam na krzesełku, udając odważną i ze wszystkich sił starając się utrzymać przytomność umysłu. Pocieszałam się, że po wszystkim czeka na mnie kubek gorącej czekolady.
"Nie było tak źle." Zawsze tak myślę ... po fakcie, ale jakoś nigdy w obliczu strzykawki nie potrafię się do tego przekonać. Wyniki badań za kilka godzin, a tymczasem zajadam śniadanie i znów wspominam majowe gotowanie. Tym razem chłodnik, taki prosty i szybki, a jednocześnie pełen smaku. Kwaskowaty, orzeźwiający, z nutką słodyczy i obłędnie wręcz aromatyczny dzięki koperkowi. Mój ulubiony, polski i całkiem tradycyjny chłodnik szczawiowy.Chłodnik szczawiowy
Składniki:15 dag szczawiu, zblanszowany i posiekany
1 duży burak (upieczony w folii i posiekany w kosteczkę) ew. 1 pęczek botwinki (liście zblanszowane i posiekane, a buraczki pokrojone w zapałkę) (ja zwykle dawałam botwinkę)
1 1/2 l. kefiru/maślanki/zsiadłego mleka (co kto lubi - ja robiłam z każdego i każdy był wyborny)2 ogórki, pokrojone w kosteczkę
1 duży pęczek rzodkiewek (kilkanaście sztuk), pokrojone w kosteczkę
1 pęczek cienkiego szczypiorku, drobno posiekany
1 pęczek koperku, drobno posiekanysól, pieprz cytrynowy
opcjonalnie śmietana (ja nie dałam)
po 1/2-1 jajku na osobę
Przygotowanie: Wszystkie składniki (w temperaturze pokojowej lub zimne) wymieszałam, doprawiłam solą i pieprzem. Włożyłam do lodówki na ok. godzinę dla przegryzienia się smaków. Podawałam z jajkiem.Źródło: "Rok w kuchni. Wiosna/Lato" Część 1. (Książka wydana przez miesięcznik "Kuchnia")Smacznego.
Otwieram oczy, pierwsze promienie słońca przebijają się przez żaluzje, choć krople deszczu bębnią w parapet. Z głową wciąż w oparach sennych zjaw idę do kuchni.
Wyciągam z lodówki kruche ciasto, które w swojej foliowej kołderce śniło o wspaniałych wypiekach jakie z niego powstaną. Papierówki w koszu na oknie wyglądały ciekawie, gdy zaspanymi wciąż dłońmi wyciskałam sok z soczystej cytryny. Blender tylko przez chwilę zakłócił ciszę poranka, gdy garść migdałów połączyła się w słodki proszek z kruchymi ciasteczkami i złociście brązowym cukrem. Szczypta cynamonu dopełniła całości, a kardamon dodał swego obezwładniającego aromatu.Potem przyszła pora na białka. Mocno schłodzone, prosto z lodówki, oprószone solą poddawały się ubijaczkom miksera. Pamiętałam jednak, by nie ubić ich za mocno, by swej struktury nie rozdarły zbyt łatwo w piekielnym żarze piekarnika. Cukier i mąka dodały im jeszcze sił i smaku, a zamknięte między warstwami wiórek ciasta zachowały swoją wilgotność.
Że ćwiczenie czyni mistrza, to pewne. Czy ja jestem już mistrzem ... zdecydowanie nie, ale mogę z całą przyjemnością powiedzieć, że ćwiczenia przyniosły niezwykle smakowity rezultat. Słodkawa beza, ciągnąca, lekko tylko chrupka, jabłka, które w mus się przemieniły, zachowując gdzieniegdzie twardsze kawałki, przesycone karmelowo-migdałowym smakiem i to ciasto, całkiem wytrawne, o jednej warstwie oprószonej gorzkawym, ziemistym kakao.
Tamtego dnia, deszczowego, zimnego dnia miałam przemiłego gościa. Wraz z Ptasią rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy, a słowa płynęły, same nie chcąc się zakończyć. I choć za oknem aura nie dodawała ciepła, nam było przytulnie i miło, gdyż zajadałyśmy nie tylko pleśniaka, ale i ptasine ciasto z agrestem. Miękki, wilgotny, słodki spód doskonale współgrał z kwaskowatymi owocami agrestu. Doskonale zgrane przeciwieństwa.Kawałek to jednego to drugiego ciasta oraz wspaniałe towarzystwo, a dzień choć deszczowy, stał się pełen słonecznych promyków. Dzięki Ptasiu i za przemiły dzień i za to ciasto, które jeszcze przez kilka następnych dni dodawało mi otuchy w walce z zakatarzonym noskiem :-)Pleśniak z jabłkamiSkładniki:Słodkie ciasto kruche z tego przepisu, ale powiększone o 1/2 szklanki mąki plus odrobina zimnej wody (do formy o średnicy 24-26 cm)białka albo przechowane w lodówce albo zamrożone i odmrożone w lodówce na dzień przed pieczeniem ciastaszczypta soliok. 1/2 szklanki cukru pudru (z cukru brązowego)2 łyżki mąki ziemniaczanej1 łyżeczka soku z cytryny1/2 łyżki kakaoJabłka (papierówki) obrane i pokrojone w grubsze plastry (średnie jabłka krojone były w 4-5 plastrów)sok z 1 cytryny3-4 kruche ciastkacynamon, kardamon2 garści migdałów (z lub bez skórek)2-3 łyżki brązowego cukruPrzygotowanie: Ciasto kruche po zagnieceniu podzieliłam na dwie części, zawinęłam w folię spożywczą i odłożyłam do lodówki na ok. godzinę (lub na kilka dni). Przed pieczeniem rozwałkowałam jedną połówkę i wyłożyłam nią spód tortownicy o średnicy 24. Jabłka obierałam, kroiłam w plastry i od razu zanurzałam w soku z cytryny, po czym przekładałam do dużej miski. Ciasteczka, cynamon, kardamon, migdały i brązowy cukier umieściłam w blenderze i zmiksowałam. W tej mieszaninie obtoczyłam krążki jabłek, które następnie układałam na spodzie ciasta. Resztę mieszaniny wysypałam na jabłka. Drugą część ciasta starłam na tarce o grubych oczkach. Połowę startego ciasta wysypałam równomiernie na jabłka, a potem posypałam ją ok. 1/2 łyżką kakao. Białka z ciasta ubiłam z solą na sztywno. Nie przestając ubijać dodałam cukier puder, a pod koniec mąkę i sok z cytryny. Białek nie ubijałam zbyt mocno, gdyż do pieczenia nie powinny być "przebite". Powinny być takie "ciut przed całkowitym ubiciem". Na posypaną kakao warstwę ciasta wyłożyłam ubite białka, które posypałam resztą startego ciasta. Piekłam w nagrzanym do 180 stopni piekarniku (grzanie góra dół) przez ok. 1 godzinę. Potem piekarnik wyłączyłam i otworzyłam, pozostawiając ciasto w nim do powolnego ostygnięcia. Beza nie opadła :)))Smacznego.
Niedzielny poranek ... leniwy czas pełen szczęścia, uśmiechów i radości ... śniadanie zrobione przez Niego ...
... po prostu jajecznica? Nie, to jajecznica pełna energii, bogata w składniki ... boczek, szalotki, szczypiorek w akompaniamencie koziego serka na pełnoziarnistych kanapeczkach ... potem już tylko kawa i można zaczynać dzień pełen szczęścia. Dziękuję Kochanie :*Smacznego i miłej niedzieli :-)
Minęły już trzy miesiące od czasu tamtej focacci, a ja wciąż wspominam ją z uśmiechem. Pomidorowy miąższ zamknięty w skórce, otoczony bazylią, przepojony wręcz jej smakiem i aromatem, a wszystko to zatopione w miękkim, puchatym wręcz cieście. Sama procedura jego wyrabiania, kilkukrotnego składania, tej ciągłej troski o ciasto i o rozwijające się w nim drożdże była wspaniała.
Chyba to właśnie najbardziej kocham w pieczeniu chlebów, bułek i wszelkiej maści pieczywa. Troska. Lubię się troszczyć o innych i widzieć rezultaty swoich działań. A w gotowaniu czy pieczeniu najłatwiej o zaspokojenie obu tych dążeń. Mieszam mąkę i wodę, dodaję inne składniki i choć z początku wszystko może wyglądać na sprawę przegraną, z czasem ciasto staje się coraz bardziej zwarte, elastyczne. Ten moment chyba najbardziej uwielbiam. A jeszcze później, gdy zaglądam przez folię i widzę zmieniające się ciasto, dusza we mnie rośnie. Jak tu nie lubić focacci, gdy tak przyjemne uczucia wyzwala?
O drugi chleb z dawno minionej piekarni troszczyć musiałam się zupełnie inaczej. Najpierw zaczyn powstawał późnym wieczorem, by przez noc całą pracować i rozmnażać dzikie drożdże. Uśmiech pojawia się mi zawsze na ustach, gdy z wymieszanej wieczorem mąki, wody i kilku łyżek zakwasu, na drugi dzień dostaję bąbelkującą masę, aż rwącą się do pracy. Potem choć ciasto nie wymagało ode mnie tyle pracy ile ciasto drożdżowe, cały proces i tak skupia na sobie uwagę.
Ciasto rośnie w keksówce, a ja chodzę wokół niego, zerkając co i rusz. Z początku leniwie ciasto wylegiwało się w blaszce, zbierając siły do swej przyszłej pracy. A kiedy rosnąć zaczęło, dech w piersiach zapiera magia tego zdarzenia. Powoli i mozolnie pnie się do góry, zdobywając swoje pierwsze szczyty, a w moich wyobrażeniach już niedługo stanie się pięknym, rumianym bochenkiem ... oto rezultat kuchennej troski.Focaccia z pomidorkami i bazyliąSkładniki:15 g świeżych drożdży1 łyżeczka cukru1 filiżanka ciepłej wody (200ml)3 1/4 filiżanki mąki pszennej (dałam typ 650)1 łyżeczka drobnej soli3 łyżki oliwy z oliwek extra verginepomidorki koktajlowebazyliaoliwa do posmarowaniaPrzygotowanie: Drożdże rozdrobniłam, rozpuściłam w wodzie, dodałam cukier i odstawiłam pod przykryciem na ok. 10-15 minut. W tym czasie do miski przesiałam mąkę z solą. Gdy drożdże zaczęły pracować dodałam je wraz z oliwą do mąki. Wyrobiłam ciasto ręcznie, aż stało się gładkie i sprężyste (ok. 10 minut). Uformowałam kulę, naoliwiłam ją i włożyłam do miski do wyrastania na 2 1/2 godziny. W między czasie 2 razy złożyłam ciasto. Po tym czasie wyjęłam ciasto, krótko wyrobiłam i uformowałam placek o grubości ok. 2 cm. Oprószyłam go mąką i odstawiłam do wyrośnięcia. Po 1/2 godziny palcami robiłam wgłębienia, w które wkładałam pomidorki zawinięte w liście bazylii. Posmarowałam oliwą i odstawiłam do podrośnięcia. Wstawiłam do nagrzanego do 200 stopni Celsjusza piekarnika i piekłam ok. 20 minut na blasze. Podałam z oliwą.Chleb razowy pszenno-żytni ze słonecznikiemWieczorem, w przeddzień pieczenia:100g zakwasu żytniego (najlepiej z mąki żytniej razowej)100g mąki pszennej razowej200g mąki żytniej razowejok. 130g letniej wodyPrzygotowanie zaczynu: Wszystkie składniki wymieszałam, dolewając wody, tyle by utworzyć miękką masę. Przykryłam i odstawiłam na ok. 12 godzin w temperaturze pokojowej.Na drugi dzień rano dodałam:180g mąki pszennej razowej200g mąki żytniej razowej1,5 łyżeczki soli1 łyżka kminku lekko roztłuczonego w moździerzu100g nasion słonecznikaletnia wodaPrzygotowanie: Wszystko razem dokładnie wymieszałam, wody dodając tyle, aby ciasto było miękkie, ale nie luźne. Pozostawiłam na 10 minut, aby odpoczęło i przełożyłam do naoliwionej długiej keksówki. Przykryłam naoliwioną folią i odstawiłam do podrośnięcia o 70%, co zajęło ok. 2 1/2 godziny. Posmarowałam wierzch oliwą i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 230 stopni Celsjusza (mój poprzedni piekarnik nie nagrzewał się do 250 stopni, jak zaleca przepis) i od razu zmniejszyłam temperaturę do 220 stopni Celsjusza. Powinnam piec ok. 1 godziny, ale ja się ciut zgapiłam i trochę za długo go trzymałam w piekarniku. Na szczęście poza lekko przypaloną skórką, nie stracił na wilgotności. Ostudziłam na kratce.Źródło: Smaki i aromaty u KassSmacznego.

Szybkie obiady, szybkie przekąski ...... fast food w przyjaznej formie ...... zapraszamy na pizze i zapiekanki!
Kiedy w lodówce czeka już na nas ciasto drożdżowe przygotowanie obiadu zajmuje ledwie chwil kilka. Wystarczy trochę fantazji, a przygotowywanie obiadu zamieni się w kolorową zabawę, gdzie jasny blat do pizzy zmienia się w paletę malarza, a papryki, pomidorki, pieczarki i wiele innych jeszcze składników staje się naszymi farbami. Nawet najmłodsi mogą uczestniczyć w tych kulinarnych szaleństwach albo układając produkty albo krojąc je w bardziej lub mniej wymyślne kształty.Pizzy jednak nie byłoby bez sosu. Pomidorowy, gdzie kwaskowatość i słodycz równoważą się wraz z aromatami czosnku i bazylii, wszystko połączone dzięki gładkiej, maślanej wręcz oliwie. Wypróbowałam rozmaite sosy - takie z koncentratem pomidorowym i bez, pełne dodatków smakowych z rozmaitych ziół i octów czy miodów, ale dopiero w tej najprostszej recepturze odnalazłam ten wyborny smak pomidorów, nie zagłuszony przez różne dumnie brzmiące dodatki, a jedynie podkręcony bazylią i czosnkiem.
Zdarzają się i takie chwile, gdy na nic nie mamy już sił, a w lodówce nie czeka na nas ślicznie puchate ciasto na pizzę. I na dodatek co ma zrobić Ona, gdy kolano boli, a ogólne osłabienie i zmęczenie nie pozwala podnieść się z łóżka. W takie dni gotuje On. Świeża bagietka, posmarowana sosem lub nie, ustrojona w półksiężyce pieczarek, patyczki z papryk, kosteczkę kiełbasy jałowcowej, wszystko to ułożone na startym serze i zapieczone w piekarniku pod grillem ... a co ważniejsze przyniesione do łóżeczka wraz z buziakiem w czółko i ciepłym uśmiechem. Od razu świat wygląda wspanialej, a taki fast food smakuje doskonale.Sos pomidorowy JamiegoSkładniki:oliwa4 ząbki czosnku, obrane i pokrojone na cienkie plasterkilistki bazylii z 1 pęczka3 puszki (po 400 g) pomidorów w całościsól morska i świeżo zmielony czarny pieprzPrzygotowanie: Oliwę (wg. Jamiego 8 łyżek - ja daję dużo mniej) rozgrzewam na patelni, wrzucam czosnek i podsmażam minutkę. Następnie wrzucam całe (ew. porwane) liście bazylii i pomidory, które rozgniatam drewnianą łyżką. Doprowadzam do wrzenia i gotuję wszystko kilka minut (w miedzy czasie można przecedzić przez sito lub zmiksować). Gotuję, aż sos będzie miał dobrą konsystencję do rozsmarowania na pizzy. Doprawiam solą i pieprzem.Ja do tej pory zwykle sos miksowałam albo pozostawiałam w takiej grudkowej postaci, choć wtedy drobno siekałam czosnek i darłam listki bazylii.Taki sos w lodówce wytrzyma ok. tygodnia, choć można go też zamrozić. Z tego przepisu uzyskamy ok. 500 ml sosu, choć to zależy jak bardzo go odparujemy.Źródło: Jamie Oliver "Jamie Oliver w domu. Przez gotowanie do lepszego życia"Ciasto również z przepisu Jamiego - przepis tutaj.Reszta przepisu to czysta wyobraźnia.Smacznego.
Młoda kapusta od zawsze kojarzyła mi się z ciężkim, pełnym masła daniem, jakie gotowała moja Babcia. I choć uwielbiałam właśnie taką wersję, to od czasu gdy przybyło mi stanowczo zbyt dużo kilogramów po operacji kolana, a tracenie ich było tak przykre i żmudne, z dużą ostrożnością traktuję to co kładę sobie na talerzu.Nie żebym nie grzeszyła od czasu do czasu, jednak na takie szaleństwa pozwalam sobie sporadycznie, a i wtedy w porcjach nie przekraczających rozsądnych granic. Jak tu jednak pogodzić moją miłość do młodej kapusty, którą najchętniej jadłabym prosto z garnka, z niechęcią do nadmiarowego ciałka? Z ratunkiem pospieszyła mi, nieświadoma swej roli Anoushka.
Jej "młoda kapusta, po prostu" stała się po prostu moim olśnieniem. Kiedy tylko na bazarze widziałam młode główki, a w ich pobliżu młodą marchewkę, cebulkę cukrową z pięknym szczypiorem i czerwieniejące pomidorki koktajlowe, czy pierwsze malinowe okazy, pozostawało mi tylko zajrzeć jeszcze na stragan z mięsem i zaopatrzona w piękne żeberka biegłam do domu, by przygotować gar smakowitości.
I tak najpierw sami z mężem w poprzednim mieszkaniu, a potem wraz z rodziną mojego brata w ich domku zajadaliśmy się młodą kapustą raz po raz delektując się jej delikatnym smakiem, miękkimi warzywami, niemalże słodyczą tych młodych darów natury. Raz w wersji mięsnej, innym razem wegetariańskiej, w każdej była wyborna ... doskonała kapusta na lekko.Młoda kapusta na lekko(na 5 l. garnek)Składniki:żeberka - ilość różna - można ugotować, tak by była porcja mięsa na głowę (po ok. 15-20 dag, lub dodać tylko kilka żeberek, dla smaku, można też pominąć ten element, choć wtedy dodawałam łyżkę masła lub oliwy)1 pęczek młodej marchewki (zwykle 3-5 sztuk), pokrojonej w plasterki1 pęczek młodej cebulki cukrowej ze szczypiorem, pokrojona w plasterki, a szczypior poszatkowany1-2 główki młodej kapusty, poszatkowana1 szklanka pomidorków koktajlowych w całości lub 1-2 pomidory, pokrojone w dużą kostkę1 pęczek koperku, poszatkowanysól i pieprzPrzygotowanie: Żeberka zalałam wodą i gotowałam do miękkości. Gdy już odchodziły od kości, wyjęłam, przestudziłam i oddzieliłam mięso od kości. Gdyby były zbyt duże kawałki mięsa, pokroić je na mniejsze. Do garnka z odrobiną wody wrzuciłam marchewkę, cebulkę (bez szczypioru), mięso i partiami dokładałam poszatkowaną kapustę. Gdy już całą kapustę włożyłam gotowałam, przykryłam pokrywką i dusiłam przez ok. 10 minut. Po tym czasie, zdjęłam pokrywkę i gotowałam na małym ogniu (ew. średnim, jeśli trzeba było wiecej płynu odparować) przez ok. 20 minut. Następnie wrzuciłam pomidorki, szczypior i koperek, doprawiłam solą i pieprzem i gotowałam jeszcze ok. 10 minut.Podawałam z ciemnych chlebem, czasem z młodymi ziemniakami, popijane zsiadłym mlekiem lub kefirem.Źródło: AnoushkaSmacznego.
------------------------Ostatnio strasznie zapominalskie zwierze jestem. Już miesiąc temu ciekawie spoglądająca zza krzaka Ptasia mnie ustrzeliła, a w ostatnich dniach Atinka wyróżniła Kreativ Blogger Award i Beautiful Blog Award. Dzięki dziewczyny i za miłe słowa i za zainteresowanie, ale przede wszystkim za to, że mogę gościć Was u siebie oraz wpadać do Was na smakowitości.Kiedyś już pisałam, że nie jestem w stanie wybrać tylko kilku blogów, które cenię najbardziej. Cenię wszystkie blogi, i te wymienione w pasku z boku i te które odnajduję z czasem. Tym razem jednak podoba mi się pewien element całej zabawy, a mianowicie poznawanie się, odkrywanie ciekawostek o innych. Dlatego złamię własne zasady - w końcu one są po to, aby je łamać - i dołączę się do tej zabawy.
Najpierw zasady:Zasady ustrzelenia: 1) Należy podać linka do osoby, która nas ustrzeliła2) Zacytować na swoim blogu reguły zabawy3) Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat4) "Strzelić" następnych 6 osób5) Uprzedzić ww. osoby pisząc post na ich bloguZasady KBA i BBA:1) Podziękować osobie, która Cię nominowała.2) Skopiować logo Kreativ Blogger Award i umieścić na blogu3) Zamieścić również link do osoby, która Cię nominowała4) Napisać o sobie 7 rzeczy, które mogą kogoś zainteresować5) Wybrać 7 blogów do nagrody6) Umieścić linki do nominowanych blogów7) Na każdym z nich umieścić komentarz, tak aby wiedzieli, że zostali wybrani.A teraz ciekawostki o mnie:1) Uwielbiam gotować dla bliskich, widzieć iskierki w ich oczach, słyszeć pomruki zadowolenia.2) Kocham momenty, gdy wyjmuję upieczony chleb, wącham jego skórkę, parzę sobie o niego palce.3) Lubię kawę, choć to pewna nieścisłość - szaleję za kawą, ale są też i takie momenty, gdy nie mogę na nią patrzeć - daje to razem "lubię".4) Podziwiam ekologiczny tryb życia i tych, którzy wiele jego elementów potrafią pogodzić w swoim życiu.5) Cenię spokojnie spędzany czas, ale jednocześnie czas bez aktywności to czas stracony. Jakiejkolwiek aktywności - jazda na rowerze, wyrabianie ciasta drożdżowego czy spacery - każda czynność, gdy krew szybciej krąży, a oddech zaczyna przyspieszać, sprawia że czuję sie uskrzydlona.6) Nie lubię fałszywej egzaltacji i egoizmu.7) Nienawidzę ... nienawidzić - rzadko przeżywam tak silną do czegokolwiek niechęć, ale jeśli już, to samego uczucia bardziej nie cierpię niż tego, co było jego chwilowym obiektem.A teraz siedem blogów i osób, o których zawsze fajnie byłoby się czegoś nowego dowiedzieć:1) Strawberries from Poland i Ania2) Makagigi i 55 pierników i Basia3) ... et si vous veniez manger chez nouns? i Anoushka4) Piniowe orzeszki i Pinos5) Waniliowo i Anna6) Kuba pichci i Kuba7) Olive and flour i MicoBawcie się dobrze :)
Tarty, quiche, placki ... na słodko i wytrawnie ... jednym słowem ciasto kruche. Długo męczyłam się ze znalezieniem idealnego dla mnie ciasta kruchego, póki nie trafiłam na nie w książce M. Roux "Jajka". I choć sprawdzam wciąż nowe innych pomysły, wiem, że kiedy mam sięgnąć po niezawodny przepis, sięgam po "Jajka".
Tym razem jednak postanowiłam trochę poeksperymentować. A jakby tak choć odrobinę zmniejszyć ilość masła, a dodać ziół czy parmezanu? Popatrzyłam na zgromadzone na blacie składniki nadzienia dwóch zaplanowanych tart i wiedziałam już, że niewielki dodatek parmezanu doda im ciekawego posmaku.Na pierwszy ogień poszła więc tarta z pomidorami. Kiedy rankiem wsiadam na rower i jadę na bazarek po warzywa i owoce, wiem że część koszyka przede mną wypakowana będzie właśnie pomidorami. Zajadam je same i na kanapkach, w sosach jako ich podstawa i tylko jako dodatek, oraz w nieśmiertelnych sałatkach - greckiej czy polskiej, każdej.
Dlaczego by nie zapiec ich w tarcie? O towarzystwo dla pomidorów nie musiałam się martwić. Szczypior musiał się w niej znaleźć, jako że doskonała, najbardziej polska z polskich sałatek, mieszanka pomidora, szczypioru, śmietany lub jogurtu, często gości w czasie mojej południowej przekąski. Jest jeszcze i niezapomniana caprese, ale tym razem miałam ochotę na bardziej wyrazisty ser. Feta, oczywiście! Jeszcze tylko bazylia i już mieliśmy doskonały obiad na stole.
Na tym jednak nie koniec zapiekankowych rewelacji. Skoro już zrobiłam ciasta kruchego jak na mały pułk wojska, trzeba było jeszcze jedną tartę popełnić. Jaką? Oczywiście polkową tartę z cukinią i koperkiem. Już "na papierze" spodobało mi się to połączenie smaków, a gdy dołączył się jeszcze słodkawy posmak pinioli, delikatny kozie brie, a wszystko zapieczone na kruchym spodzie, oblane mleczno-jajeczną masą, wiedziałam że to będzie wyborny obiad.
Z dwóch moich ceramicznych foremek na tarty, to właśnie na tą wersję wybrałam tą większą, byśmy nie tylko przez jeden obiad, ale dwa mogli cieszyć się smakiem cukinii, lekko przytłumionej, stanowiącej idealne wręcz tło dla koperku. Kozi brie tylko gdzieniegdzie pojawiał się ze swym delikatnym posmakiem na języku, ale gdy dochodziły do tego miękkie piniole rozgryzane od czasu do czasu, pomruki zadowolenia rodziły się w gardłach zadowolonych biesiadników.
I tak to się odbyły trzy uczty w dwóch kruchego ciasta odsłonach.Tarta z pomidorem, szczypiorkiem, bazylią i fetąSkładniki:ciasto kruche - 1/3 porcji z przepisu poniżej3 średnie pomidory, pokrojone w plastrycale liście bazylii z 1/2 pęczka (z małej doniczki)1/2 szczypioru wraz z młodą dymką, posiekany100 g fety, pokrojonej w plasterki1 szklanka mleka skondensowanego 4%2 jajkasól (niewiele, bo feta jest słona)pieprz cytrynowygałka muszkatołowa, świeżo zmielonaPrzygotowanie: Podpieczony spód wysypałam posiekanym szczypiorem (całe zielone i białe części), na tym ułożyłam plasterki pomidora, listki bazylii oraz fetę. W miseczce roztrzepałam mleko z jajkami i przyprawami i mieszaniną tą zalałam tartę. Piekłam przez ok. 30 minut, a przed podaniem przestudziłam i udekorowałam szczypiorem.Tarta z cukinią, koperkiem i kozim brieSkładniki:ciasto kruche - 2/3 porcji z przepisu poniżej3 cukinie, pokrojone na plasterki (jedną dałam żółtą)60 g pinioli, uprażonych1 duży pęczek koperku, drobno posiekany1 serek kozi brie, pokrojony w cienkie plasterki1 1/2 szklanki mleka skondensowanego 4%3 jajkasólpieprz cytrynowysuszony tymianekgałka muszkatołowa, świeżo zmielonaPrzygotowanie: Na podpieczonym spodzie ułożyłam podsmażoną wcześniej cukinię (nie należy smażyć jej dłużej niż 3 minut, by zanadto nie zmiękła), posypałam piniolami i koperkiem, a na wierzchu ułożyłam promieniście plasterki brie. Mleko roztrzepałam z jajkami, solą, pieprzem, tymiankiem i gałką, a mieszaniną tą zalałam tartę. Piekłam w 200 stopniach (grzanie góra dół) przez ok. 30-35 minut. Przed podaniem przestudziłam.Źródło inspiracji: Blog Polki "Around the kitchen table"Ciasto krucheSkładniki:600 g mąki pszennej typ 550 (można część zastąpić mielonymi orzechami)250 g masła2 łyżeczki soliszczypta cukruopcjonalne dodatki: garść parmezanu, trochę suszonych ziół,2 jajkazimna wodaPrzygotowanie: Do misy miksera wsypuję mąkę, sól, cukier i wrzucam pokrojone w kosteczkę masło. Siekam tą mieszaninę aż uzyskam konsystencję kaszy i pod koniec dorzucam jajka. Gdy składniki się połączą dolewam kilka łyżek zimnej wody. Wciąż sypkie ciasto przekładam na stolnicę/blat i szybko wyrabiam do połączenia składników. Dzielę na przewidywane porcje, zawijam w folię spożywczą i przynajmniej na godzinę (do kilku dni) wkładam do lodówki. Ja zwykle na formę o średnicy 32 cm biorę 2/3 ciasta, a pozostałe ciasto na formę o średnicy 26 cm.Przed pieczeniem nagrzewam piekarnik do 200 stopni (u mnie grzanie intensywne od dołu). Ciasto kruche rozwałkowuję do pożądanej grubości i wykładam nim formę. Nakłuwam ciasto widelcem, wykładam pergaminem i wysypuję obciążnikami (ja do tego używam ryżu, który później po ostudzeniu przechowuję w pojemniku i używam do kolejnych tart). Spód z obciążeniem piekę przez ok. 10-12 minut, a potem bez obciążenia przez 5 minut. Po tym czasie foremkę wyjmuję, lekko studzę i nakładam na nią składniki nadzienia.Smacznego.
Szaleństwa z Truskawkami tego lata już zapewne za mną, ale mi wciąż do nich tęskno. Dlaczego ja jednak aż tak kocham Truskawki? Czemu, gdy przynosiłam pełną ich torbę, zajadałam je z takim smakiem zupełnie same ... czasem z jogurtem, rzadko w jakimś placku, a w chwilach rozpusty zanurzone w miodzie? Czemu? Gdyż Truskawka to taki zaczarowany owoc, co jest i słodka i wytrawna jednocześnie. Jej zharmonizowanie smaków urzeka mnie z każdą sztuką na języku. Dlatego o wielu owocach można powiedzieć, że ich słodyczy jest dla nas zbyt wiele, albo też ich kwaskowatość razi nasze podniebienia, ale nigdy nie powiemy tak o Truskawce!
Właśnie dlatego tak bardzo lubię Truskawkowe Solo, czuć ich miąższ na języku, harmonię ich smaku na podniebieniu. Tego lata jednak pewien konkurent pojawił się do mego podniebienia. Wśród przeróżnych smaków lata, to właśnie kwaśność rabarbaru uwiodła moje podniebienie, nie dając mu o sobie zapomnieć. Były więc rabarbarowe crumble o przeróżnych kruszonkach, w towarzystwie lodów, był placek z rabarbarem popijany rabarbarowym bellinim, była nawet doskonała wręcz wieprzowina z rabarbarem. Ale to tylko pionki ... no może nie pionki, choć i tak pomniejsze figury.
Niekwestionowanym Królem i Królową smaków tamtych miesięcy był rabarbarowy kompot. Zawsze w innym wydaniu, zawsze z innymi aromatami i zawsze - nieodmiennie - doskonały. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz w kuchni Agnieszki nie wiedziałam jeszcze jak bardzo podbije on moje serce. Koniec kwietnia, cały maj i spory kawałek czerwca gotowałam ten kompot prawie codziennie i codziennie go przemieniałam.
Raz ubrany w swoje proste smaki, w połączeniu ze smakiem cytrusów, innym razem we wspaniałym połączeniu z truskawkami czy jabłkami, nawet czereśnie i agrest doskonale łączyły swoje smaki z rabarbarem, a borówka dodała mu niezwykłej barwy.Nie zapominałam o przeróżnych przyprawach i ziołach. I tak kardamon, cynamon i goździki doskonale sprawdziły się, tam gdzie rabarbar złączył swe smaki z jabłkami, a bazylia i tymianek doskonale dogadały się z truskawkowo-rabarbarowym mariażem. Ja jednak wciąż nie mogę zapomnieć o mięcie i jej ożywczym aromacie w złamanej przez miód leśny kwaskowatości czerwonych łodyg.
Żałuję wielce, że tylko dwa - choć to właśnie te najsmaczniejsze - połączenia udało mi się sfotografować. Ale pamięć o wszystkich pozostała i tutaj ją przelewam, by następną wiosną i latem znów cieszyć się ich niepowtarzalnymi smakami. A teraz pozwalam sobie jeszcze na ostatnie już tęskne do nich westchnienia.Kompot z Rabarbaru ...z cytrusami (same skórki) i trawą cytrynową, dosładzany grenadiną/sokiem z granatuz truskawkami i limonkąz truskawkami i ziołami (bazylia plus tymianek)z truskawkami i laską waniliiz jabłkami i przyprawami: kardamonem, goździkami, cynamonemz czereśniami i ekstraktem z waniliiz agrestem i miodem akacjowymz borówkami i syropem klonowymz miętą i miodem leśnymRabarbar obrałam i pokroiłam w większą lub mniejszą kostkę. Zalałam ok. 1 litrem wody na każde 1/2 kg. rabarbaru i słodziłam cukrem brązowym (ilość zależna od słodyczy pozostałych dodatków). Rabarbar doprowadzałam do wrzenia, gotowałam na małym ogniu przez ok. 1 minutę, wrzucałam przyprawy, pokrojone na cząstki inne owoce, zioła (całe łodyżki, by było łatwiej je później wyjąć). Przykrywałam i odstawiam z ognia na ok. 1 godzinę. Po tym czasie wyjmowałam wszystkie aromatyczne dodatki, zostawiając tylko owoce. Schładzałam w lodówce lub podawałam w temperaturze pokojowej.Owoce z takiego kompotu doskonale smakowały też z jogurtem bałkańskim.Smacznego.