Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bananowa_kuchnia_2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bananowa_kuchnia_2008. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2008

Bananowy chlebek.


Upieczenie bananowego chlebka okazało się wyzwaniem większym niż myślałam. Kilka dni temu spróbowałam upiec w moim nowym zwierzątku - maszynie do pieczenia chleba - chlebek z tego przepisu. Niestety, mimo że dwukrotnie postąpiłam krok w krok z recepturą, z maszyny wyjęłam zapadnięty, na wpół upieczony chlebek. Obraziłam się więc zarówno na przepis jak i na maszynę, ale nie poddałam się w próbie pieczenia chleba w ogóle, ani w próbie upieczenia chlebka w ramach akcji "Bananowa Kuchnia". Tym razem nie przeszukiwałam jednak internetu w poszukiwaniu ciekawego przepisu, ale przeszukałam mój ostatni nabytek książkowy "Chleb. Pieczemy w domu" autorki Beatrice Ojakangas.


Produkty czekały przygotowane na blacie, gdy przyjechała Oczko na swój pierwszy raz. Hirek z ptaszynkami, Faire i Tilio harcował w najlepsze, podczas gdy ręce Debiutantki mieszały, ugniatały i plotły w najlepsze. Zabawy z pieczeniem było co nie miara. Najpierw przyszło nam rozwikłać dylemat ilości drożdży. Choć książka ma wiele ciekawych przepisów, jednak w każdym z nich posługuje się miarą paczek suszonych drożdży granulowanych, których waga nie jest nigdzie sprecyzowana. Zdecydowałyśmy jednak, że damy ciut więcej niż gdybyśmy miały zastosować paczkę drożdży instant. I tak razem z wodą rozpuszczone zostało 30 g drożdży, którym dosypałyśmy jeszcze cukru, zapominając o nich na pewien czas.



Najwspanialszą zabawą okazało się jadnak zaplatanie warkoczy z sześciu (!) wałków. Dla nas, nowicjuszek w materii wypieku chleba, wymyślenie jak zapleść taki bochenek było nie lada wyzwaniem. Na całe szczęście z pomocą przyszła nam Margot, która niedawno znalazła wspaniały filmik z instruktarzem jak zapleść taką chałkę. Przez kilka minut w moim aneksie kuchennym słychać było tylko "Ten do góry, a ten na środek, a teraz znów do góry ten, a potem ten na środek ...", a potem nastąpiła chwila konsternacji i spojrzenie na siebie na wzajem z zagubionym wyrazem twarzy, gdy nasze bananowe zaplatanie trochę się rozjechało. Po krótkim naprawieniu i poprawnym ułożeniu wałków, znów mogłyśmy zaplatać nasze warkocze.


Hirek z ptaszynami dzielnie nam sekundowały w tych pracach. Nawet mąka nie przerażała Hirka, który dzielnie podpatrywał i pomagał swojej Pani w ugniataniu ciasta. A gdy później udało się mi z Oczko podpatrzyć ich ptasie zabawy, Hirkowi, który jak wiadomo jest ciekawym i dumnym ptaszyskiem od razu spodobał się oczkowy aparat. Ów gwiazdor szybko też domagał się tylko jemu przeznaczonej sesji zdjęciowej. I tak powstało monumentalne zdjęcie Hieronima Wielkiego, które możecie zobaczyć na dole strony.


Nasz bananowy wypiek pieczywa tak bardzo przypadł nam do gustu, że już na koniec dnia zaczęłyśmy myśleć nad kolejnym przepisem, który wspólnie mogłybyśmy stworzyć, a później za taką przyjemnością konsumować.


Bananowy chleb
(1 duży bochen lub 2 małe bochenki)

Składniki:
30 g drożdży świeżych
1 szklanka ciepłej wody (40-45 stopni)
1/4 szklanki brązowego cukru
1 1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka utartej gałki muszkatołowej
1/4 szklanki stopionego masła
2 jaja
2 szklanki rozgniecionych bardzo dojrzałych bananów
1/2 szklanki zarodków pszennych
3 szklanki mąki pełnoziarnistej
3 - 3 1/2 szklanki mąki pszennej chlebowej (lub zwykłej pszennej)

glazura:
1 jajko rozmącone z 2 łyżkami wody
zarodki pszenne do posypania bochenków

Przygotowanie: W dużej misce rozczyniłyśmy drożdże w ciepłej wodzie, dodałyśmy brązowy cukier i odstawiłyśmy na 5 minut, aż drożdże się spieniły. Potem po kolei dosypałyśmy: sól, gałkę, masło, jaja, banany, zarodki i pełnoziarnistą mąkę i to wszystko zostało wymieszane 50 razy, aż ciasto stało się gładkie. Potem stopniowo dodawałam mąkę chlebową (po 1 szklance), a Oczko mieszała by uzyskać gładkie ciasto. Gdy ciasto stało się sztywne, wyłożyła na oprószony mąką blat i zostawiłyśmy je na 15 minut by odpoczęło. Potem wyrabiała przez 10 minut, aż stało się gładkie i sprężyste. Umytą miskę, nasmarowałam tłuszczem i po przełożeniu do niego ciasta, obróciłyśmy je by było wysmarowane tłuszczem z każdej strony. Nakryłam miskę i odstawiłam do podwojenia objętości (od 1 - 1 1/2 godziny). Po tym czasie znów wyrobiłyśmy ciasto, wygniatając z niego pęcherzyki powietrza. Podzieliłam je na 12 części i uformowałyśmy 12 małych wałków. Każda z nas uplotła po bochenkowym warkoczu z 6 wałków (filmik instruktażowy znalazłyśmy tutaj). Posmarowałyśmy glazurą i oprószyłyśmy zarodkami, a ostrym nożem ponacinałyśmy poprzecznie. Odstawiłyśmy pod przykryciem na blasze wyłożonej pergaminem do wyrośnięcia, co zajęło ok 20-30 minut. Chlebki piekły się przez ok. 35-40 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni Celsiusa.

Jeśli ktoś chciałby zapleść jeden bochenek, to zgodnie z przepisem należałoby go zawinąć tworząc koło.

Źródło: Beatrice Ojakangas "Chleb. Pieczemy w domu"


Smacznego.



środa, 10 grudnia 2008

Uczta Pięciu Smaków.


Dziś znów była rybka. Po wczorajszym łososiu, tak mi się spodobało, że nie mogłam się powstrzymać i dziś znów pojechałam na targ kupić jakieś morskie żyjątko. Stałam w długaśnej kolejce, notabene pełnej staruszek i staruszków, którzy żywo rozmawiali o zaletach i wadach ryb prezentujących się bardzo smakowicie za lodówkową wystawą. Słuchałam tego uważnie, gdyż mimo mojej wielkiej miłości do ryb, nie mam jeszcze zbyt dużej wiedzy ani o rybach ani o najlepszych sposobach ich przygotowania, a takie zasłyszane rady i uwagi czasem wiele mogą nas nauczyć.

W ogóle właśnie dlatego lubię jeździć na bazar. Uczę się tam więcej niż z niejednej książki czy programu telewizyjnego. Zwykle starsze panie czy panowie, jako sprzedawcy czy kupujący chętnie dzielą się swoją wiedzą i spostrzeżeniami. Niestety czasem też można spotkać się z bezczelnością i arogancją idącego jak taran staruszka, który za nic ma wąskie alejki targu i wielu kupujących, a patrzy tylko na swoją wygodę i potrzeby.

Nie o targu jednak miała być mowa. Stojąc tak w kolejce usłyszałam wiele zachęcających opinii na temat karmazyna oraz miętusa. Przyznam się, że nigdy nie jadłam żadnej z tych rybek, postanowiłam więc spróbować ... obu. Co mnie jednak podkusiło żeby zamiast bezpiecznych filetów kupić tuszki miętusa, niestety nie wiem. Skończyło się to tym, ze zamiast oczyścić rybę, całkowicie i nieodwracalnie ją zniszczyłam.

Trudno, pomyślałam, nie będę płakać nad rozlanym mlekiem i z lodówki wyjęłam oczekujące filety karmazyna, w myślach notując moje przewidywania co do błędów jakie popełniłam. Natarłam karmazyna przygotowaną wcześniej azjatycką mieszanką, obłożyłam różnymi dobrociami i po 20 minutach mogłam wyjąć pięknie pachnącego, przyrządzonego w tajskim stylu fileta. A w czasie oczekiwania na niego powstał jeszcze bananowy kuskus i moje nowe odkrycie - kwaśna sałatka z persymony z sałatą karbowaną.

Obiad wyszedł bardzo ciekawie, gdyż jak nigdy udało mi sie połączyć wiele smaków w całym posiłku, komponując z nich uzupełniającą się całość. Delikatnie posolona ryba doprawiona została na ostro czerwoną pastą curry. Jednak ta pikantność stonowana została przez słodycz mleczka kokosowego i jednocześnie gorzkość szczypty cynamonu. Jako dodatki podałam słodko-pikantny kuskus oraz kwaśną sałatkę ze słodką persymoną. Prawdziwa uczta Pięciu Smaków.


Karmazyn po tajsku

Składniki:
2 filety z karmazyna, w całości, ze zdjętą skórą
4-5 łyżek mleczka kokosowego
1-2 łyżki czerwonej pasty curry (zwykle robię własnej roboty, ale dziś wyjątkowo użyłam kupnej)
sól (ja dałam kwiat solny, ale lepiej dać 1 łyżkę sosu sojowego)
pieprz zielony
1 limonka, pokrojona na cieniuteńkie płatki
2 dymki, pokrojone w pióra
2 ząbki czosnku, pokrojone w płatki
szczypta cynamonu

Przygotowanie: Filety nasmarowałam mieszaniną z mleczka kokosowego, czerwonej pasty curry, soli i pieprzu i włożyłam do torebki do pieczenia. Położyłam na nim plasterki limonki i posypałam dymką, czosnkiem i cynamonem. Zawiązałam torebkę zgodnie z instrukcją i włożyłam na 20 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsiusa.

Bananowy kuskus

Składniki:
2/3 szklanki kuskusu
tyle samo wody co kuskusu
połowa sosu stąd (ok 2 łyżek)

Przygotowanie: Kuskus zalać wrzątkiem i odstawić pod przykryciem na 5 minut. Po tym czasie wymieszać z pikantnym sosem bananowym.


Kwaśna sałatka z persymony

Składniki:
1/2 sałaty karbowanej
1/2 persymony
sok z 1/2 cytryny
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka miodu
sól i pieprz

Przygotowanie: Sałatę podarłam, persymonę pokroiłam na kawałki wielkości kęsa. Do słoiczka wlać sok z cytryny, oliwę, miód, sól i pieprz. Zakręcić i energicznie wstrząsnąć, by uzyskać konsystencję emulsji. Spróbować, czy nie za kwaśne lub oleiste i zmienić ewentualnie proporcje, w zależności od tego ile soku z cytryny udało się wycisnąć. Połączyć z sałatką tuż przed podaniem.

Smacznego.

wtorek, 9 grudnia 2008

Bananowe odkrycie.


Nie lubię bananów. Jadem je rzadko, głównie w lato, jako zagęstnik mlecznych koktajli, które robię sobie na drugie śniadanie. Mój mąż za to wprost przeciwnie. Banany to w praktyce jedyny owoc, do którego jedzenia nie trzeba go namawiać. Jak tutaj pogodzić dwie takie przeciwności? Chodziłam po bazarze łącząc w głowie smaki, zastanawiając się nad tym jak wykorzystać smak i konsystencję tych owoców, a jednocześnie zjeść obiad z przyjemnością.

Oczywiście mogłam w ramach "Bananowej kuchni" upiec muffinki lub inne ciasto, w którym smak i przede wszystkim konsystencja bananów nie będzie mi przeszkadzać. Na fali jednak moich piernikowych wypieków, przesłodziłam swoje kubki smakowe na tyle, że pierwszy raz od dawna poczułam potrzebę odwyku od słodyczy. Koniecznie więc chciałam wymyślić jakiś obiad z udziałem tego kontrowersyjnego owocu.

Przechodząc koło straganu z rybami dojrzałam piękne filety z łososia. Pomyślałam "banany czy nie, ale tego łososia muszę zjeść". Po drodze w siatce wylądowały jeszcze limonki, dymka i oczywiście persymona, gdyż tak pięknie wdzięczyła się do mnie ze straganu. I wtedy przyszło olśnienie. Dlaczego nie zrobić sosu do ryby zagęszczonego właśnie bananem. Skoro sprawdza się w koktajlach, to czemu nie tutaj. Do torby więc wskoczyło jeszcze czerwone chilli, by dodać ostrości i przełamać trochę mdławy smak banana.

Wracając do domu w mojej głowie już powstawał obiad. Marynata i trochę czasu dla siebie. Akurat mogłam poczytać ulubione blogi i już po pół godzinie zaczęłam szykować sos i karmelizowane owoce na sałatkę. Kiedy łosoś oświadczył, że ma dosyć smażenia go na patelni grillowej, sos czekał już w sosjerce, a degustatorzy mojego eksperymentu siedzieli przy stole.

Zarówno mojemu mężowi jak i mojej mamie, która wpadła na ten nowy obiadek bardzo zasmakowało, a mi ... zjadłam później jeszcze ten sos, rozsmarowując go na kromce chleba, tak bardzo mi zasmakował. Jak widać czasem warto przełamać swoje przekonania i spróbować przekonać się do smaków uważanych za nie do zniesienia.


Łosoś w bananowym sosie
(3 porcje)

Składniki:
3 porcje filetu z łososia (ja miałam 60 dag)
sok z 2 limonek (bez 1 łyżeczki, patrz niżej)
1 łyżeczka sosu rybnego
1 łyżeczka przyprawy "pięć smaków"
2 łyżki oliwy
1 chilli
1 żabek czosnku

sos bananowy:
1 łyżka oliwy
1 czerwone chilli
3 cm. kłącza imbiru
3 dymki
1,5 banany
1/4 persymony
1 łyżeczka brązowego cukru
50-80 ml. śmietany

karmelizowana sałatka:
reszta banana
reszta persymony
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka wody
1 łyżeczka soku z limonki

Przygotowanie: Łososia najpierw zamarynowałam w soku z limonek, sosie rybnym (on soli rybę, więc ani soli ani sosu sojowego nie potrzeba) oraz w przyprawie "pięć smaków" przez 30 minut. W tym czasie zaromatyzowałam oliwę chilli i czosnkiem. Na małym ogniu podgrzewałam oliwę w rondelku z chilli i ząbkiem czosnku, a potem odstawiłam do przegryzienia (uwaga by nie przypalić czosnku, gdyż wtedy gorzknieje). Kiedy minął czas marynowania, na rozgrzaną patelnię grillową, wlałam zaromatyzowaną oliwę i na niej usmażyłam łososia, odsączonego z marynaty. W tym czasie w rondelku podsmażyłam, lekko rumieniąc dymki z chilli i imbirem. Dorzuciłam pokrojony banan i persymonę wraz z cukrem i odrobinę skarmelizowałam wszystko (tak by nabrało jasno brązowych akcentów, które przyciemniły sos). Na koniec wlałam śmietanę, podgrzałam i - jakby to powiedziała pewna Oczko - wyżyrafinowałam, czyli zmiksowałam blenderem na gładko. Powinien mieć konsystencję luźnej pasty. W tym czasie na suchej patelni podgrzałam pokrojony w talarki banan i na plasterki persymonę, lekko posypane cukrem brązowym i skropione 1 łyżką wody i skropione sokiem z limonki. Takie skarmelizowane owoce, były doskonałą dekoracją i stanowiły również rodzaj sałatki. Następnym razem dodam jeszcze do nich jakieś cytrusy.

Uwaga: Ten sos stworzyłam pierwszy raz i pewnie jeszcze nad nim trochę poeksperymentuję, ale już w tej prostej wersji jest bardzo smaczny i godny polecenia. Jak napisałam powyżej sosik ten nadaje się również jako pasta na kanapki.

Smacznego.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...