Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia żydowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia żydowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

Żydowska penicylina inaczej, czyli żydowskiego gotowania początek.


Pod koniec maja w jednym z piękniejszych polskich miast, Wrocławiu, zaczyna się
Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA. Kiedy dowiedziałam się o nim, od razu powstało pragnienie, by się tam udać, spróbować żydowskich smaków, posłuchać muzyki, poznać bliżej tę kulturę. Niestety maj to dla mnie zawsze bardzo napięty czas i rzadko udaje mi się wyrwać wtedy z Warszawy. Jed
nak już sama lektura strony Festiwalu i korespondencja z Organizatorami, była smakowitą inspiracją, której nie mogłam się oprzeć. Wiedziałam więc, że w najbliższych tygodniach moja kuchnia znów będzie gościć i te bardziej i te mniej tradycyjne potrawy żydowskie. Przecież od kiedy zaczęłam gotować to właśnie dania tej kuchni były tymi, które ogromnie mnie przyciągały.


Wcale nie dlatego, że metody do ich gotowania są szczególnie nowatorskie czy stanowiące wyzwanie, wcale nie dlatego, że to najsmaczniejsze czy najbardziej oryginalne smaki, choć smaku i ciekawych doznań nie można im odmówić. Za to jest w niej to coś, co porusza struny mojej duszy. Rodzinność, ciepło, rozsądek i mądrość ... tradycja. Wiem, że zabrzmiało to jak tani cytat ze "Skrzypka na dachu", ale to właśnie tradycja sprawia, że więzi rodzinne są silne i trwałe, że nawet w czasie burz, jakie rodzinę mogą nawiedzić, jej członkowie mają poczucie pewności i bezpieczeństwa, gdy przed nimi na stole pojawi się czulent czy kugiel, a przede wszystkim "żydowska penicylina" - rosół z kury.


Jak pisze Clarissa Hyman, której książka stale towarzyszy mi w czasie kulinarnych inspiracji, zupa ta "jednoczy cały żydowski świat". I nie można się temu dziwić. Złocisty, pełen smaku płyn nie tylko dobroczynnie wpływa na zdrowie, ale podnosi na duchu niezależnie czy za oknem pada śnieg, czy niebo zasnuły ciemne chmury, czy wręcz przeciwnie - słońce praży, a na twarzy czujemy lekki wiaterek. Kiedy usłyszałam o Festiwalu, od razu zapragnęłam kubka tej niezwykłej zupy w moich rękach. Nic więc dziwnego, że od razu powędrowałam po przepis Clarissy.


Jednak kiedy zaczęłam czytać ją od początku do końca, kilka stron za rosołem z kury, zobaczyłam inną jego wersję. Rosół Curaçao z kurczaka od razu mi się spodobał. Tradycyjny żydowski rosół, to przede wszystkim drobiowo-wołowy smak, z niewielkim dodatkiem warzyw i przypraw. Mój ulubiony rosół to wersja bardzo zbliżona do tej, jaką kiedyś Poleczka pokazała na swoim Stoliku, a
którą ja przemieniłam swego czasu w azjatycką wersję.


Za to rosół, który powstał w Curaçao, to można by powiedzieć kompromis między tymi daniami. Dodatek limonek i kukurydzy, oraz sporej ilości pomidorów na początku sprawił, że byłam pewna że uzyskam smaczną pomidorówkę, a nie zupę o głębokim smaku. Nic jednak bardziej mylnego. Zamiana kurczaka na bażanta, również nie była ogromnym wystąpieniem wbrew zasadom kuchni żydowskiej, gdyż jak podaje Clarissa Hyman, bażanty mogą być używane w koszernej kuchni, a skoro dwie tuszki leżały sobie w lodówce i czekały na spożycie, wiedziałam że nie mogę pozwolić im się zmarnować. Wszak w kuchni żydowskiej rozsądne gospodarzenie produktami jest jedną z głównych jej idei.


Czytając o tworzeniu się społeczności żydowskiej na tej pięknej wyspie Antyli Holenderskich, dowiedziałam się jak ważne pomimo oddzielenia były ich związki z macierzystą gminą w Amsterdamie. Miejsce, które stało się od 1634 roku dla nich domem i schronieniem przed inkwizycją, było małym światem tolerancji i współistnienia wielu kultur i ras. Tego właśnie obrazem jest ten rosół. Tam, gdzie limonki i kukurydza są powszechne, musiały pojawić się w daniu, tak ważnym, scalającym żydowskie rodziny. W tej najstarszej gminie żydowskiej w Nowym Świecie, kuchnia odmieniła swoje oblicze, ale pozostała też wierna tradycyjnym smakom.

Właśnie to przywiązanie do korzeni, szacunek dla tradycji w połączeniu z tolerancyjnym uwzględnieniem nowego miejsca w świecie, sprawił, że na naszym stole pojawił się ten rosół. Słodkawy od marchewek i kukurydzy, lekko kwaskowaty dzięki pomidorom, ale przede wszystkim mięsny i esencjonalny dzięki bulionowi ugotowanemu na kościach i dodatkowi bażanta rozpieścił nasze podniebienia. Jego piękna pomarańczowa barwa prawie jak zachodzące słońce jednoczyła się z zielenią dymki i papryki, jasnobrązową barwą bażanta i niewinną bielą plasterków ziemniaków. Plasterki marchewki niczym dukaty przynoszące pomyślność dopełniały wszystko zarówno swym kolorem jak i słodkawym smakiem, dając poczucie szczęśliwego posiłku, a mnie dopingując do kolejnych smakowitych spotkać z kuchnią żydowską. Co teraz pojawi się na naszym stole?



Rosół Curaçao z kurczaka (u mnie z bażanta)

Składniki:

1 kurczak (ok. 1,2 kg) (u mnie 2 bażanty o wadze ok. 0,7 kg)
2-3 świeże limonki

3 łodygi selera naciowego, pokrojone w kosteczkę

2 zielone papryki, pokrojone w cienkie paseczki

1 mała cebula, drobno posiekana

1 ząbek czosnku, drobno posiekany
3 marchewki, pokrojone w cienkie talarki

2 dymki, drobno pokrojone (biała i zielona część)

2 pomidory, drobno pokrojone (u mnie w półplasterki, ale myślę, że następnym razem lepiej dodać sparzonego pomidora, pokrojonego w drobną kostkę)

2 łyżki przecieru pomidorowego
450 g kości na zupę (nie dałam, gdyż zamiast wody dałam esencjonalny bulion z kurczaka, ugotowany na korpusach i resztek z pieczonego całego ptaka)
3 kostki rosołowe (nie używam kostek, dałam bulion zamiast wody)
1 kaczan młodej kukurydzy, ziarna odcięte (ja dałam kukurydzę z puszki, ale w sezonie lepiej użyć świeżej)
4-5 ziemniaków, pokrojonych w plasterki
ok. 100 g wermiszelu (albo więcej według uznania - ja nie dałam)

sos worcester (według uznania)
sól, pieprz

liść laurowy


Przygotowanie:
Bażanty natarłam sokiem z limonek i ułożyłam na warstwie pokrojonych warzyw: marchewki, selera naciowego, pomidorów, cebuli, białej części dymki, papryki, czosnku (jeśli nie używacie bulionu, to teraz też należy dodać kości na zupę). Dodałam przecier i zalałam bulionem z kurczaka. Dodałam pokruszony liść laurowy. Zagotowałam, odszumowałam, zmniejszyłam ogień i gotowałam ok. 25-30 minut. Po tym czasie wyjęłam bażanta, by lekko przestygł, a potem oddzieliłam mięso od kości i pokroiłam na kawałki. W tym czasie do garnka wrzuciłam ziemniaki, doprawiłam do smaku i gotowałam do miękkości ziemniaków. Potem dodałam kukurydzę (gdybym używała świeżej, dodałabym ziarna tuż przed ziemniakami - dlatego, że ziemniaki pokroiłam naprawdę cienko).

Według oryginalnego przepisu po wyjęciu kurczaków/bażanta z rosołu, należało wyrzucić wszystkie warzywa oraz kości poza marchewką, dodać kostki rosołowe. Ponieważ już wcześniej zamiast wody użyłam bulionu ugotowanego na korpusach kurczaków i warzywach, pominęłam ten etap, a z warzyw pozbyłam się tylko resztek pomidorów. Papryka zachowała całkiem przyzwoicie swój kształt, więc dostała ułaskawienie i została w zupie. Podobnie cebula i seler.


Po ugotowaniu ziemniaków i ew. kukurydzy do miękkości, można dorzucić wermiszel, ale ja pominęłam już dodatek makaronu i gdy ziemniaki były gotowe, doprawiłam solą, pieprzem, sosem worcester i wyłączyłam ogień.

Do garnka powędrowały kawałki mięsa bażanta, a cały rosół poczekał na drugi dzień, by smaki się ze sobą przegryzły. Można jednak jeść już od razu, ja jednak lubię jak większość dań duszonych czy zup, przegryzie się, tak by smaki się połączyły, tworząc spójną całość. Dlatego zwykle takie dania szykuję dzień wcześniej, wieczorem, a podaję na obiad na drugi dzień, po lekkim podgrzaniu. Wtedy też należałoby dodać makaron, gdyby go użyć, ponieważ stygnąć z zupie tylko by się rozgotował.


Źródło: Clarissa Hyman "Kuchnia żydowska. Przepisy i opowieści z całego świata"

Smacznego.

czwartek, 31 marca 2011

Klubik Pierogowy otwarty.


I znów spotkało się kulinarne towarzystwo na smakowitej zabawie. Tym razem w moim Szczęściu pojawiły się znów warszawskie Babeczki: Poleczka, Agatka, Kasia, Lo, Kornik i jeden Rodzynek, Mich. Zaopatrzeni w wałki, na stołach stały już przygotowane miseczki i miarki, waga i mąki, by Klubik Pierogowy oficjalnie rozpocząć. Mój Ukochany w rolę fotografa wszedł, upamiętniając nasze szczęśliwe spotkanie.

Zaczęło się oczywiście już dzień wcześniej, gdy spotkałam się na Dworcu Centralnym z Moniką i Karoliną, które przybyły, by nasze warszawskie zabawy wzmocnić swoją krakowską niezłomnością w poszukiwaniu doskonałego jedzenia. Już w piątkowy wieczór siedziałyśmy nad karteczkami z przepisami podjadając krakowskie precle, popijając domowym Malibu i wybierając smaki oraz rodzaje pierogów, jakie następnego dnia chciałyśmy nie tylko lepić, ale i degustować.


W sobotnie południe, gdy słońce pięknie świeciło energia do kulinarnych zabaw osiągnęła szczyt. Rozmowy i śmiechy rozbrzmiewały i w kuchni i w salonie, gdzie farsze powstawały. Wzmacniając się cudowną atmosferą, wybornym chlebem Szkutnika i naleweczkami własnej roboty powoli zapełniałyśmy miseczki i rondelki najróżniejszymi smakołykami. Nawet maszynka do mielenia mięsa nie przeszkodziła Agatce wzmacniać się jeszcze dodatkowo krótką drzemką, która dodała jej sił do późniejszych szaleństw z wałkiem, pod okiem naszej falbankowej nauczycielki, Kasi.

Wałkowanie nie ominęło nikogo, nawet nasz Rodzynek, Mich za wałek się złapał, by ciasto na krucho-drożdżowe pierożki wygładzić, a Polcia tytuł "Pierwszej Zmywarki" odebrała nieobecnej jeszcze Oczko, ratując nas przed zalewem brudnych miseczek, łyżek i garnków, za co ode mnie ciepłego buziaka dostała.


I tak farsze w miseczkach czekały już na stole, ciasta rozwałkowane, za lepienie można się było zabrać. W tym momencie prym wiodła nasza Gospodarna Kasia, której piękne falbanki już przy jej sambuskach wszystkich zachwycały, a ciekawość nasza nie pozwoliła nam tej pięknej sztuki nie zgłębiać. Niezależnie od ciasta, czy to z jogurtem, czy kruche czy wreszcie krucho-drożdżowe, żadne z nich nie umknęło przed naszymi palcami. Miejscami się zamienialiśmy, by każdy naukę mógł pobrać u naszej Pierogowej Mistrzyni i urocze wykończenie wybornych pierożków uczynić.

Z tej radosnej i pouczającej zabawy powstała ogromna ilość wybornych pierożków. Gotowane i pieczone, wegetariańskie i mięsne, z dużą lub małą ilością przypraw, każde z nich zachwycało swoim smakiem.

* na obu kolażach ze zdjęć trzech rodzajów pierogów pierwsze to krucho-drożdżowe, drugie jogurtowe, a trzecie to sambuski.

I tak na stole pojawiły się kasine sambuski*, które piekłyśmy by zgłębić tajemnicę ich pękania. Ich obłędny smak, maślane ciasto kryjące w sobie serowo-ziołowe nadzienie sprawił, że wszelkie rozważania odeszły na bok. Gdy zasiedliśmy przy stole rozmowy ucichły, śmiechów nie było słychać, za to skupienie na twarzach, miny pełne zadowolenia zaczęły się pojawiać, gdy dzieła naszych rąk zajadaliśmy.

Gotowane pierożki z ciasta jogurtowego, były moim absolutnym zwycięzcą. Delikatne ciasto stało się doskonałym tłem dla pełnego smaku jagnięcego farszu, w którym zioła i skórka pomarańczowa współgrały z przyprawami i bakaliami, czyniąc je bardzo odświętnymi. Z płatkami masła rozłożonymi na gorących pierogach i płatkami soli Maldon, upstrzone tu i tam listkami natki nie tylko prezentowały się obłędnie, ale i smakowały tak, że cisza przy stole znów zapadła, a po wyrazach naszych twarzy można było dojrzeć prawdę w rozważaniach Brillat-Savarin na temat smakoszy.


Jeśli uzbeckie pierogi z jagnięciną były moich hitem, największym powodzeniem w naszym smakoszowskim gronie cieszyły się krucho-drożdżowe pierożki pieczone z farszem gryczano-serowym. Muszę przyznać, że i mnie ten miętowy akcent uwodził, a kasza gryczana z serem przyjemnie pieściła podniebienie.

Tamtego dnia jeszcze jedne pierogi miały powstać. Empanady z wołowiną i serem nęciły mnie ogromnie. Przepis z książki Roux znalazłam u Usagi w ostatnim jej pierogowym wyzwaniu. Pomyślałam, że to idealna okazja, by je poczynić. Niestety farsz okazał sie kapryśny i powiedziałabym, że nawet odrobinę leniwy. Otóż pomimo trzymania się grzecznie przepisu, w miseczce miałyśmy raczej sos do makaronu czy ryżu, niż farsz do kruchych pierogów. Nic to, powiedzieliśmy sobie, w końcu i tak nie mieliśmy już miejsca w żołądkach na kolejną porcję, a o obżarstwo nie chcieliśmy być posądzeni. Uduszone nadzienie powędrowało więc do lodówki i ...


... dwa dni później do makaronu chciałam go użyć, a tutaj czekała niespodzianka. Farsz pięknie się zestalił, a smakował tak wybornie, że nie mogłam się mu oprzeć. Urządziłam więc sobie powtórkę z falbankowej lekcji i po godzinie trzy talerze rewelacyjnych empanad powstały, które nie tylko obiad nam uprzyjemniały, ale i w pudełeczku na drugie śniadanie się pojawiały, by dzień w pracy umilać pracusiom.


Naleweczki i kieliszki wypełnione winem dodawały nam animuszu, a nasze towarzystwo powiększyło się jeszcze w czasie obiadu, gdy Oczko, Ola i Ania (Jswm) przybyły, zapewne przyciągnięte cudownym aromatem naszych smakowitych starań. Później jeszcze Fellunia w naszym towarzystwie się pojawiła i tak przy stole byliśmy w komplecie, ciesząc się swoim towarzystwem.

Oczywiście trzeba było jeszcze pomyśleć o jakimś słodkim smakołyku. W końcu nie tylko moja agrestówka i cytrynówka Moniki mogły zaspokoić nasze apetyty. Za krem karmelowy się wzięliśmy, który tematem najróżniejszych kontrowersji został, dzięki dociekliwościom Ani. A do tego biszkopt Poleczka kręciła, by jego kromeczki smarowane słonym karmelem zachwyciły nasze podniebienia. Humory były już tak dobre, że nawet Oczku się dostało, gdy nasze towarzystwo wieczorem chciała opuścić, by w ramiona swego Pana R się wtulić. Kajdanki nie były potrzebne, by zatrzymać tą roześmianą Babeczkę i tak późny wieczór, a nawet wczesna noc stała się świadkiem naszych pogaduszek. Rozważaniom nie tylko kulinarnym czy ogrodniczym nie byłoby końca, gdyby nie zmęczenie po dniu pełnym szczęśliwej pracy, ale na te tematy spuszczę już zasłonę milczenia :-)

Dzień zakończył się wspaniale, a sny miałam bardzo kolorowe i tak z prawdziwą przyjemnością obudziłam się w niedzielny poranek na wyborne śniadanie ... o tym jednak już później.

Dzięki Babeczki i Rodzynku za wspaniałą zabawę :-)
I Tobie, Mój Ukochany dziękuję za uwiecznianie naszych zabaw i
za cierpliwość dla Twojej Zwariowanej Żony :*


Uzbeckie pierogi

Składniki:
250 g mielonej jagnięciny
2 ząbki czosnku
1 cebula
1 łyżeczka prażonego kminu rzymskiego
2 liście laurowe
1 łyżka ziaren sezamu
½ łyżeczki skórki cytrynowej
1 łyżka rodzynków
1 łyżka migdałów
świeża kolendra
świeża natka pietruszki
świeża mięta
oliwa

Ciasto:
2 filiżanki mąki
1 filiżanka jogurtu naturalnego
sól

Przygotowanie: Wyrabiamy ciasto, mieszając mąkę z jogurtem. Odstawiamy na pół godziny. W garnku rozgrzewamy oliwę. Wrzucamy czosnek i cebulę. Dodajemy zmielony, prażony kmin rzymski, świeże liście laurowe, sól, pieprz i ziarna sezamu. Wkładamy jagnięcinę, natkę pietruszki, świeżą kolendrę, miętę, skórkę otartą z cytryny oraz posiekane rodzynki i migdały. Smażymy, aż wszystkie składniki połączą się ze sobą. Następnie farsz studzimy i wstawiamy do lodówki. Wałkujemy ciasto, kroimy je na kilka kawałków, wycinamy fragmenty o kształcie koła. Na krążkach z ciasta kładziemy farsz. Brzegi smarujemy wodą i zlepiamy. Gotowe pierogi wrzucamy do wrzącej wody. Pierogi polewamy jogurtem i maślanym sosem, przyrządzonym z masła roztopionego na patelni, wymieszanego ze świeżą natką pietruszki, migdałami i rodzynkami.

Źródło: Kuchnia.tv

Sambusek
(Pierogi pieczone z serem)

Ciasto: 250 g mąki
4 g soli
85 g lodowatej wody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
115 g masła
2 łyżki (27 g) oleju

Przygotowanie: Sól rozpuszczamy w wodzie. Mąkę mieszamy z proszkiem, dodajemy do nich masło i rozcieramy, aż całość zacznie przypominać okruchy. Wlewamy wodę i olei i zagniatamy ciasto. Ciasto jest miękkie i lepkie. Przykrywamy je folią i pozwalamy mu odpocząć czas jakiś. jeśli jest zbyt ciepło wstawiamy do lodówki.

Nadzienie serowe:
120 g sera twarogowe przepuszczonego przez praske
1 jajko
1 łyżka mąki
sól
garść posiekanych natki, szczypioru i mięty
sezam do posypania
ew, jajko do posmarowania

Przygotowanie: Wszystkie składniki nadzienia mieszamy na gładką pastę. Ciasto rozwałkowujemy na grubość 3-4 mm i wycinamy z niego 8-10 cm kółka. Na środku każdego układamy łyżeczkę nadzienia i zlepiamy pieroga. Ponoć falbanka jest w tym wypadku nieodzowna, w książce jest nawet stosowna instrukcja ale jej oszczędzę mieszkańcom ojczyzny pierogów. Pierogi układamy na blasze, smarujemy jajkiem i posypujemy sezamem, nakłuwamy widelcem. Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 20-25 minut. Jemy na ciepło lub zimno. Można je też zamrozić, czego nie lubię, ale czasem jestem zmuszona.

Źródło: Gospodarna Narzeczona na Jej Kruchym Spodzie (a ona od M.Glezer)

Krucho - drożdżowe pierogi z kaszą gryczaną

Składniki na ciasto:
200 g mąki pszennej chlebowej (lub zwykłej mąki pszennej)
200 g mąki orkiszowej (lub zwykłej mąki pszennej)
100 g masła
1 jajko
180 ml mleka
1,5 łyżeczki suszonych drożdży
1 łyżka cukru
szczypta soli
1 łyżka kwaśnej śmietany
1 łyżeczka ziaren kminku roztartych w moździerzu
1/4 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu

Składniki na farsz:
250 g kaszy gryczanej
350 g twarogu
2 cebule
1 jajko
2 łyżki masła
1 łyżeczka posiekanej mięty (opcjonalnie)
pieprz i sól

Przygotowanie: Kaszę gryczaną ugotować na sypko. Przestudzić. Drożdże rozmieszać z ciepłym mlekiem, cukrem, łyżką mąki (zaczyn) i odstawić na pół godziny, aż zaczyn podwoi objętość. Obie mąki przesiać do dużej miski, dodać pieprz i kminek, wyrośnięty zaczyn, jajo, śmietanę, sól i wyrobić ciasto, aż będzie miękkie, gładkie i lśniące. Pod koniec wyrabiania ciasto powinno mieć konsystencję miękkiej plasteliny. Z ciasta uformować kulę, włożyć do lekko naoliwionej miski, przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia, aż podwoi objętość. Po tym czasie ciasto przebić pięścią (odgazować) i włożyć na 15 minut do lodówki. Twaróg zemleć lub przecisnąć przez praskę i wymieszać z kaszą. Cebulę pokroić na drobno i zeszklić na maśle. Do farszu dodać cebulę, jajko, przyprawy i drobno posiekaną miętę (ewentualnie) i wszystko dokładnie wymieszać.
Na dużym kawałku pergaminu do pieczenia cienko rozwałkować schłodzone ciasto (maksymalnie 5mm) i za pomocą szklanki lub okrągłej foremki do wycinania ciastek wykrawać krążki. Każdy krążek rozciągnąć lekko na dłoni, napełnić farszem i zlepić, bardzo mocno dociskając brzegi. Gotowe pierożki układać partiami na blaszce do pieczenia, posmarować mlekiem roztrzepanym z jajkiem i piec do zrumienienia w temperaturze 180°C. Przed końcem pieczenia posmarować pierogi jeszcze raz - będą ładnie błyszczały. Studzić na kratce. Podawać ze śmietaną.

Źródło: Pierogarnia u Usagi, ale na ciasto przepis jest od Poleczki, a na farsz z książki: "Kuchnia polska: dania na każdą okazję", Reader's Digest

Empanadas z wołowiną i serem

Składniki na ciasto (ok. 30 pierożków):
500 g mąki pszennej
250 g masła pokrojonego w kostkę, lekko zmiękczonego
2 jajka
2 łyżeczki drobnego cukru
1 łyżeczka drobnoziarnistej soli
80 ml zimnej wody

Składniki na farsz:
450 g chudej wołowiny, zmielonej
300 g cebuli, drobno posiekanej
6 ząbków czosnku, drobno posiekanych
300 g pomidorów, obranych ze skórki, bez gniazd nasiennych, grubo pokrojonych
600 ml wywaru wołowego lub cielęcego (może być z kostki)
300 g tartego sera cheddar lub cantal
150 g serka wiejskiego
1 łyżka drobnej soli
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
1/2 łyżeczki zmielonej czarnuszki
1/2 łyżeczki suszonego oregano
1/2 łyżeczki słodkiej papryki
150 ml oleju arachidowego
2 białka, lekko ubite
50 g natki pietruszki usmażonej w oleju arachidowym (niekoniecznie)

Przygotowanie: Usypać wzgórek z mąki, zrobić w nim wgłębienie. Włożyć w nie masło, wsypać sol, cukier i wbić jajka i rozcierać palcami do uzyskania konsystencji zacierek. Wtedy zagnieść na gładkie ciasto stopniowo dodając wodę. Z ciasta uformować kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i odłożyć do lodówki na około godzinę. W tym czasie na patelni rozgrzać połowę oleju, wrzucić mięso mielone i podsmażyć na średnim ogniu, aż zbrązowieje. Przełożyć do cedzaka i odsączyć z nadmiaru tłuszczu. Pozostały olej rozgrzać w płytkim rondlu, wrzucić cebulę i dusić około 5 minut, następnie dodać czosnek i pomidory. Gotować na małym ogniu przez 20 minut. Dodać mięso, czarnuszkę, oregano, paprykę, wlać wywar, doprawić solą i pieprzem. Gotować na małym ogniu przez 30 minut. Na koniec dorzucić cheddar i serek wiejski, gotować jeszcze 2-3 minuty. Przełożyć do ostygnięcia. Wyjąć ciasto z lodówki i rozwałkować na grubość 1,5 -2 mm. Szklanką lub wykrawaczką wycinać kręgi o średnicy 9 cm, na każdym ułożyć czubatą (ok. 20 g) łyżkę nadzienia i posmarować brzegi białkiem. Złożyć ciasto tak, by powstały pierożki, a następnie uformować ozdobny brzeżek. Gotowe pierożki wstawić do lodówki na co najmniej 20 minut. Piekarnik nagrzać do temperatury 180°C. Empanadas ułożyć na blasze do pieczenia i piec przez 12-15 minut na złoto. Gotowe posypać usmażoną natka pietruszki. Podawać gorące.

Moje uwagi: farszu jest na przynajmniej potrójną porcję ciasta, więc albo należy zrobić mniej farszu, albo dużo więcej ciasta. Do tego farsz jest bardzo płynny w dniu jego przygotowania, więc najlepiej zrobić go dzień wcześniej, by zestalił się w lodówce, lub znacznie zmniejszyć ilość bulionu.

Źródło: Pierogarnia u Usagi, a przepis jest z książki M. Roux: Ciasta pikantne i słodkie

Smacznego.

środa, 25 listopada 2009

Inspiracja i smakowity bodziec.


Lubię książki kucharskie. Nigdy nie mam ich za wiele. Wszystko jedno jakie by nie były, z obrazkami czy bez, dobre i złe, zawsze stanowią dla mnie inspirację. Czasem po prostu patrzę na ich grzbiety, a w mojej głowie tworzy się przepis, pomysł, czy tylko idea. Tak powstała myśl o indyjskim gotowaniu. Siedziałam na podłodze, z podwiniętymi nogami i wpatrywałam się w książki. Kilka wyjęłam, kilka przełożyłam z miejsca na miejsce, niektóre pogłaskałam opuszkami palców, z pamięci wyciągając ich strony, aż w moich rękach została jedna.


"Kuchnia Żydowska. (...)" Clarissy Hyman, to zgodnie z jej tytułem nie tylko przepisy, ale i opowieści. Nie, wcale nie z tych zapierających dech w piersiach, wcale nie z tych, co to urzekają swoim językiem, za to z tych, które brzmią autentycznie i prawdziwie, jakby autorka siedziała tuż za moimi plecami i opowiadała mi je swoim spokojnym, rzeczowym głosem, w tym samym czasie obierając ziemniaki lub w moździerzu trąc przyprawy.

W kuchni mam jedną półkę, gdzie trzymam obowiązkowe, choć nie stricte kulinarne niezbędniki. Jest tam malutka mp4'ka, do której za szafkami ciągną się kabelki od głośniczków, by umilać mi czas w kuchni muzyką bardziej lub mniej ambitną. Jest tam też pudełko z uroczymi obrazkami szczurka z kreskówki "Ratatuj". Utalentowany szczurek pilnuje moich przepisów, które czekają w kolejce na wypróbowanie. Tam też sięgam, gdy potrzebuję przypomnienia sobie jakiś wiadomości, które zgromadziłam ucząc się o pieczeniu chlebów, bułeczek i wszelkiej maści pieczywa. Na półce zaraz obok pudełka są zwykle trzy koszulki, w których trzymam przepisy do szybkiego wypróbowania - jedna z daniami obiadowymi, druga z deserami i trzecia z chlebami. Czasem dochodzi do nich czwarta, tematyczna, jak ostatnio z kuchnią indyjską. Niepozorny, choć najważniejszy z tego wszystkiego jest mój "kuchcik", mały zeszyt w kratkę w którym zapisuję najważniejsze rzeczy, czasem przepis, czasem różne informacje, czasem myśli i pomysły mniej lub bardziej kulinarne. O nim jednak może kiedy indziej.

Dziś jest o ostatniej pozycji na mojej podręcznej półeczce. Zawsze, a raczej prawie zawsze jest tam też jakaś książka, czasem gazeta, która szczególnie mnie w danym momencie inspiruje. Od tych kilku miesięcy, gdy mieszkamy w nowym domku plejada najróżniejszych książek zmieniała się tam jak w kalejdoskopie. Jednak ta jedna, szczególna książka ma tam swoje niemalże stałe miejsce. Sięgam po nią tak często, choćby tylko po to, aby była w pobliżu, że zwykle odkładam ją w najbliższym moim otoczeniu. Lubię jej zdjęcia, oblizuję się ze smakiem, gdy w wyobraźni powstają dania w niej przedstawione. I do tego te opowieści ... no, po prostu je lubię.


Gdy przeczytałam opowiastkę o Żydach w Indiach, poprzedzającą przepis na curry z zieloną masalą, zapragnęłam poznać te mało mi znane smaki kuchni dalekich Indii. Zapragnęłam też spróbować dania, którego autorka musi robić je wciąż i wciąż, gdy przyjeżdża do swoich synów. Dania, którego smaki mnie uwiodły zanim jeszcze skończyłam pierwszą miseczkę. Korzenne zapachy roznosiły się w kuchni w czasie gotowania. Nie był to jednak koniec. Długo jeszcze moja skóra i włosy pachniały niezwykłą mieszanką cynamonu, kardamonu i goździków, najsilniej wybijających się aromatów dania. Posmak kurkumy, pieprzu i ziemistego kopru oraz obowiązkowej kolendry i imbiru niezwykle wzmagał apetyt, a z każdym widelcem zmierzającym do ust, dostawałam kolejną porcję wybornych smaków. Ostro i korzennie, z łagodzącym mleczkiem kokosowym zaczęłam poznawanie indyjskich smaków.

A książka ... znów jest na półeczce i pewnie nie raz jeszcze będzie moją inspiracją i smakowitym bodźcem.

Curry z kurczaka z zieloną masalą

Składniki:
3 łyżki oleju (ja dałam 2 łyżki oliwy)
1 duża cebula, drobno pokrojona
1 duży pomidor
500 g kurczaka bez skóry i kości
sól
mała puszka mleka kokosowego (ok. 140 ml)

Masala:
25 g liści kolendry
2 1/2 cm kawałek imbiru, starty
5 ząbków czosnku
6-8 małych zielonych papryczek chilli (ja dałam 1 dużą)
1 łyżeczka nasion kopru włoskiego
2,5 cm kawałek kory cynamonu
nasiona z 1 strączka kardamonu
2 goździki
8 ziaren pieprzu
1/2 łyżeczki kurkumy

Przygotowanie: Cebulę przesmażyłam na oliwie na złoty kolor. Dodałam pomidora i podsmażałam do odparowania płynu i utworzenia swoistego rodzaju pasty. Składniki masali zmiksowałam w blenderze, najpierw miksując na proszek wszystkie suche składniki, a potem dodając kolendrę, czosnek, imbir oraz papryczkę chilli. Masalę dodałam do pasty cebulowo-pomidorowej i gotowałam, aż kolor zmienił się z jasnego na ciemnozielony, a olej zaczął się oddzielać. Dodałam pokrojonego kurczaka, posoliłam do smaku i gotowałam na średnim ogniu przez 20 minut, mieszając od czasu do czasu. Gdy kurczak się ugotował, wlałam mleko kokosowe i po 1 minucie zdjęłam z ognia. Podałam z białym ryżem.

Ważne: Danie można odgrzewać, ale należy uważać by mleko się nie zwarzyło.

Źródło: Clarissa Hyman "Kuchnia Żydowska. Przepisy i opowieści z całego świata"

Smacznego.



wtorek, 3 listopada 2009

Zupiarze w darze ... cztery pory roku.


Mamy dzisiaj szczególne święto. Mianowicie nasza eks-Zupiara obchodzi dziś swoje urodziny*, a ja na tę okazję kolekcję zup przechowałam i teraz w darze owej Zupiarze wysyłam wraz z życzeniami smakowitego szczęścia i tego w głębi porcelany i tego w głębi własnej duszy :*

No to lu, Panienki** ...


Na początek lekka zupka, o pięknym kolorze, korzennych aromatach, wciąż jednak letnich, niemalże ulotnych. Połączenie słodyczy nektarynek i śliwek z kwaskowatością wiśni, dało nie tylko niezwykły śliwkowy kolor, złamany burgundem, ale przede wszystkim kompilację smaków lata ... pełni lata, po brzegi wypełnionego słońcem, zapachem kwiatów, sokiem owoców spływających po brodach, zapachem ziół z zielonych łąk, czasem radosnego, niemalże dziecięcego szczęścia.


Zajadana z pierogami, po brzegi wypełnionymi jagodami, okraszona kluseczkami z jogurtu, udekorowana zielonym listkiem mięty, z ciepłem słonecznych promieni na twarzy jest płynną kwintesencją lata.


Zielonym, wiosennym akcentem na dzisiejszym zupowym przedstawieniu jest danie jakie najwspanialej szykuje się właśnie w tym radosnym okresie powstawania życia z okowów bieli zimy. Trochę tego, ciut tamtego, szczypta tu, garstka tam ... taka jest ta zielona zupa. Weźcie co Wam smakuje, a co zielony kolor ma, doprawcie pozostawioną w zamrażalniku piętką z parmezanu i otrzymacie ...


... zieloną zupkę pełną wiosny, niezależnie od pory roku jaka towarzyszy nam za oknem. Był więc bób, był i seler naciowy, był szczypior, było i bazyliowe pesto. Wszystko razem gotowało się do miękkości, by potem w krem się przeobrazić. Lekko igrająca na języku ostrość szczypioru z łagodzącym, choć słonym i wyrazistym parmezanem, a wszystko to chojnie okraszone bazyliowym pesto, zaokrąglającym, łączącym w całość wszystkie smaki.


Sery w zupach mają istotną rolę. Dodają kremowej konsystencji, podkręcają smak, czasem łagodzą, czasem wyostrzają doznania. W kolejnej zupie, z lata przechodzącej w jesień, ser ma zasadniczą rolę. Ziemisty brokuł pozostawiony sam na sam z bulionem stanowiłby nudne towarzystwo w talerzu. Jednak kiedy dodamy wyrazistego sera pleśniowego, uzyskamy ciekawe towarzystwo, w sam raz nawet dla wyrafinowanych kubków smakowych.


Jeszcze nie? Dobrze więc. Już biorę gruszki. Chwila z nożykiem, dłuższa chwila z masłem, aż karmelizowany cukier w owocach zacznie pięknie zmieniać kolor jasnego miąższu. Niemalże jak jesienny liść stając się złota, nasza gruszka zatopi się w głębi zieleni. Proste, a jakże piękne. Podajmy jeszcze w małych miseczkach, udekorowane bladymi płatkami migdałów, a na stole przed olśnionymi biesiadnikami pojawi się smakowita przekąska.


Ale, ale. Smakowite przekąski, wiosenne zupki na oko, letnie owocowe chłodniki ... na dzisiaj to przeszłość już. Chociaż smakowite to wspomnienia, to na progu zimy wracamy do domu zziębnięci, wiatr hula a opadłe liście wirują wokół nóg, stanowiąc niemą zapowiedź zbliżającej się zimy. I gdy biały puch pokryje ziemię, my w cieple babcinej kuchni ogrzewamy dłonie na miseczkach pełnych parującej zupy. Dmuchając na gorący płyn, wdychamy ciepło dania i domowej atmosfery.


Taka jest właśnie moja Babcina Pieczarkowa. Dar serca dla serca, ciepło wlane tam gdzie tego potrzeba. Pełne smaku, i choć ciężkie od śmietany i niemożebnie wręcz okraszone pietruszką, to najwspanialsze, najsmaczniejsze, naj ... no, po prostu naj. Ta zupka jest tym bardziej szczególna, że powstała dzięki darowi naszych przyjaciół A i E*** jakim była torba maluteńkich pieczarek, przywiezionych prosto z pieczarkarni. Kiedy kilka dni temu w zimnych dłoniach trzymałam miseczkę, łokcie opierałam o serwetkę od Babci, a w talerzu widziałam pływające malutkie pieczarki, w duszy i sercu miałam tak wiele ciepła, że żadna zima, żadna chmurna myśl nie była mi groźna.

Teraz dzielę się tym ciepłem, a w głębię porcelany wlewam zupkę ... którą sobie życzycie? Przed Wami Lato, Wiosna, Jesień i Zima, niezmienna zmienność.

* kolejne osiemnaste, jak by się kto pytał ;p
** tekst z filmu Disney'a "Herkules"
*** Dziękuję Wam Kochani :*

Barszczyk z owoców letnich

Składniki:
500 g śliwek, przepołowionych i wydrylowanych
300 g wydrylowanych wiśni
300 g nektarynek, przepołowionych i wydrylowanych
1 łyżka cukru (ilość zależna od słodkości owoców)
2 łyżki soku z cytryny (ilość zależna od słodkości owoców)
skórka z cytryny, obrana obieraczką do warzyw, by łatwo można było ją wyłowić
szczypta soli
1 laska cynamonu
4 całe goździki
300 ml. czerwonego wina
300 ml. wody
1 łyżeczka mąki kukurydzianej
śmietana do dekoracji (ja dałam jogurt bałkański)
plasterki cytryny lub listki mięty do dekoracji

Przygotowanie: Wszystkie składniki włożyłam do garnka i zalałam płynami. Zagotowałam na dużym ogniu, mieszając od czasu do czasu. Zmniejszyłam ogień, przykryłam garnek pokrywką i gotowałam przez ok. 10 minut (do czasu miękkości owoców). Wyjęłam skórkę, laskę cynamonu i goździki, a zupę przetarłam przez sito. Przecier wlałam z powrotem do garnka. Mąkę kukurydzianą rozprowadziłam dwiema łyżkami zupy, a następnie powoli domieszałam do całości. Zagotowałam na dużym ogniu, stale mieszając. Zmniejszyłam gaz i gotowałam aż zgęstniało. Spróbowałam czy nie trzeba było doprawić cukrem lub sokiem z cytryny. Wlałam do salaterki, przestudziłam i schłodziłam w lodówce (min. przez 2-3 godziny). Podałam udekorowane jogurtem i listkami mięty.

Źródło: Clarissa Hyman "Kuchnia Żydowska. Przepisy i opowieści z całego świata"

Zielona zupa (na oko)

Składniki:
Dobry bulion - tyle by była to zupa a nie papka
Kapka wermutu
Świeży bób - mniej więcej jedna torebka
Seler naciowy - ile kto lubi, ja lubię, więc dałam dużo
Cebulka ze szczypiorem
Pesto z bazylii (takie jak tutaj)
Kawałek piętki z parmezanu

Przygotowanie: Bób zblanszowałam we wrzątku, obrałam. Większość wrzuciłam do garnka z bulionem, garść odłożyłam do dekoracji. Szczypior odłożyłam do dekoracji, a cebulkę posiekałam. Tak samo posiekałam seler. Cebulkę i seler wrzuciłam do garnka wraz z piętką parmezanu. Gdy wszystko było już miękkie, zmiksowałam, doprawiłam pesto, solą i pieprzem oraz wermutem, dla lekkości (można też sokiem z cytryny). W miseczkach udekorowałam odłożonym bobem i posiekanym szczypiorem.

Zupa brokułowa z pleśniowym serem i karmelizowanymi gruszkami

Składniki:
2 duże główki brokułów (ok. 1 kg)
800 ml. bulionu (ja musiałam dać dużo więcej, bo zupa była jak papka)
100 g sera stilton, pokruszonego (ja dałam gorgonzolę)
2 twarde, dojrzałe gruszki (u mnie było więcej, bo wyszło więcej porcji)
25 g masła (u mnie po 1 łyżeczce na gruszkę)
płatki migdałowe do przybrania
(sól i pieprz)

Przygotowanie: Brokuły podzieliłam na różyczki. Końcówki tez obrałam i pokroiłam. W dużym garnku zagotowałam bulion. Wrzuciłam brokuły, przykryłam i gotowałam ok. 4 minut, aż stały się miękke, ale nie straciły koloru. Zmiksowałam po dodaniu ok. 2/3 sera. Na tym etapie musiałam podgrzać drugie tyle bulionu i dodać go, bo zupa mi wyszła gęsta jak papka. Doprawiłam solą i pieprzem.
Na patelni rozgrzałam masło. Obrane i oczyszczone z gniazd nasiennych gruszki, przekrojone na pół usmażyłam na maśle, aż się lekko zrumieniły. Potem osączyłam z nadmiaru masła. Podałam z zupą, pokruszonym serem i posypane płatkami migdałowymi.

Źródło: "Szef kuchni po godzinach" Gordona Ramsay'a

Pieczarkowa Babci

Składniki:
Pieczarki (u mnie było ich ok. 1 kg), pokrojone w plasterki, przyrumienione na maśle razem z cebulką
dobry bulion lub włoszczyzna, listek laurowy, ziele i pieprz ziarnisty
jeśli na bulionie czystym to dodatkowo 1 duża marchewka i 1 duża pietruszka, obie pokrojone w kostkę
ziemniaki, pokrojone w kostkę (u mnie było ich ok. 5 większych sztuk)
sól, pieprz
koniecznie (!) śmietana 30%

Przygotowanie: W bulionie gotuję do miękkości marchewkę i pietruszkę, lub w świeżo ugotowanym bulionie właśnie te warzywa (lub wszystkie, ale raczej bez pora) zostawiam, kroję je tylko w kostkę. Ziemniaki gotuję do miękkości w bulionie. Podsmażone na maśle (!) pieczarki wrzucam do zupy. Wszystko razem gotuję przez ... tyle ile potrzeba, by smaki się przegryzły. 30 minut wystarczy, ale lepsza jest godzina. Na koniec doprawiam solą, pieprzem i śmietaną.

Smacznego.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jabłka, agrest i podziękowania dla Ptasi.


Otwieram oczy, pierwsze promienie słońca przebijają się przez żaluzje, choć krople deszczu bębnią w parapet. Z głową wciąż w oparach sennych zjaw idę do kuchni.



Wyciągam z lodówki kruche ciasto, które w swojej foliowej kołderce śniło o wspaniałych wypiekach jakie z niego powstaną. Papierówki w koszu na oknie wyglądały ciekawie, gdy zaspanymi wciąż dłońmi wyciskałam sok z soczystej cytryny. Blender tylko przez chwilę zakłócił ciszę poranka, gdy garść migdałów połączyła się w słodki proszek z kruchymi ciasteczkami i złociście brązowym cukrem. Szczypta cynamonu dopełniła całości, a kardamon dodał swego obezwładniającego aromatu.

Potem przyszła pora na białka. Mocno schłodzone, prosto z lodówki, oprószone solą poddawały się ubijaczkom miksera. Pamiętałam jednak, by nie ubić ich za mocno, by swej struktury nie rozdarły zbyt łatwo w piekielnym żarze piekarnika. Cukier i mąka dodały im jeszcze sił i smaku, a zamknięte między warstwami wiórek ciasta zachowały swoją wilgotność.


Że ćwiczenie czyni mistrza, to pewne. Czy ja jestem już mistrzem ... zdecydowanie nie, ale mogę z całą przyjemnością powiedzieć, że ćwiczenia przyniosły niezwykle smakowity rezultat. Słodkawa beza, ciągnąca, lekko tylko chrupka, jabłka, które w mus się przemieniły, zachowując gdzieniegdzie twardsze kawałki, przesycone karmelowo-migdałowym smakiem i to ciasto, całkiem wytrawne, o jednej warstwie oprószonej gorzkawym, ziemistym kakao.


Tamtego dnia, deszczowego, zimnego dnia miałam przemiłego gościa. Wraz z Ptasią rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy, a słowa płynęły, same nie chcąc się zakończyć. I choć za oknem aura nie dodawała ciepła, nam było przytulnie i miło, gdyż zajadałyśmy nie tylko pleśniaka, ale i ptasine ciasto z agrestem. Miękki, wilgotny, słodki spód doskonale współgrał z kwaskowatymi owocami agrestu. Doskonale zgrane przeciwieństwa.

Kawałek to jednego to drugiego ciasta oraz wspaniałe towarzystwo, a dzień choć deszczowy, stał się pełen słonecznych promyków. Dzięki Ptasiu i za przemiły dzień i za to ciasto, które jeszcze przez kilka następnych dni dodawało mi otuchy w walce z zakatarzonym noskiem :-)

Pleśniak z jabłkami

Składniki:
Słodkie ciasto kruche z tego przepisu, ale powiększone o 1/2 szklanki mąki plus odrobina zimnej wody (do formy o średnicy 24-26 cm)
białka albo przechowane w lodówce albo zamrożone i odmrożone w lodówce na dzień przed pieczeniem ciasta
szczypta soli
ok. 1/2 szklanki cukru pudru (z cukru brązowego)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka soku z cytryny

1/2 łyżki kakao

Jabłka (papierówki) obrane i pokrojone w grubsze plastry (średnie jabłka krojone były w 4-5 plastrów)
sok z 1 cytryny
3-4 kruche ciastka
cynamon, kardamon
2 garści migdałów (z lub bez skórek)
2-3 łyżki brązowego cukru

Przygotowanie: Ciasto kruche po zagnieceniu podzieliłam na dwie części, zawinęłam w folię spożywczą i odłożyłam do lodówki na ok. godzinę (lub na kilka dni). Przed pieczeniem rozwałkowałam jedną połówkę i wyłożyłam nią spód tortownicy o średnicy 24. Jabłka obierałam, kroiłam w plastry i od razu zanurzałam w soku z cytryny, po czym przekładałam do dużej miski. Ciasteczka, cynamon, kardamon, migdały i brązowy cukier umieściłam w blenderze i zmiksowałam. W tej mieszaninie obtoczyłam krążki jabłek, które następnie układałam na spodzie ciasta. Resztę mieszaniny wysypałam na jabłka. Drugą część ciasta starłam na tarce o grubych oczkach. Połowę startego ciasta wysypałam równomiernie na jabłka, a potem posypałam ją ok. 1/2 łyżką kakao. Białka z ciasta ubiłam z solą na sztywno. Nie przestając ubijać dodałam cukier puder, a pod koniec mąkę i sok z cytryny. Białek nie ubijałam zbyt mocno, gdyż do pieczenia nie powinny być "przebite". Powinny być takie "ciut przed całkowitym ubiciem". Na posypaną kakao warstwę ciasta wyłożyłam ubite białka, które posypałam resztą startego ciasta. Piekłam w nagrzanym do 180 stopni piekarniku (grzanie góra dół) przez ok. 1 godzinę. Potem piekarnik wyłączyłam i otworzyłam, pozostawiając ciasto w nim do powolnego ostygnięcia. Beza nie opadła :)))

Smacznego.

środa, 11 marca 2009

Spotkanie bliskiego z dalekim ...


... wschodem nastąpiło, gdy dwie kuchareczki spotkały się na kolejnych szaleństwach kulinarnych. Miało być sushi, ale zakupowe przeszkody spowodowały, że trzeba było przestawić się na inną azjatycką zabawę. A jaką może być zabawa z Zupiarą, przynającą się do zupoholizmu i miłości do ryb?


Powiedzielibyście pewnie zupa rybna. I wiele byście się nie pomylili. Zupa miso, bogata w witaminy i minerały, dodatkowo wzmocniona została proszkiem dashi, czyli ekstraktem z ryby bonito, inaczej zwanego tuńczykiem pasiastym. Ale dosyć tych mądrości. Nie na lekcje spotkały się dwie kuchareczki, tylko na smakołyków próbowanie, warzenie zupki, pichcenie, klejenie i lepienie. Zupka okazała się doskonała jako przystawka, a nawet pełne danie, gdy wraz z tofu i bok choy podgrzała się w garnuszku, a już w miseczkach kiełkami została posypana. Jeszcze tylko pałeczki ... no dobra, to tylko dla największych twardzieli - my zaopatrzyłyśmy się w łyżki i zupkę ze smakiem spałaszowałyśmy.


Po zupce, co to nas do pięknej Japonii zabrała, na kontynent skoczyłyśmy, do chińskiej prowincji Syczuan (a tak w ogóle czy ktoś wie, czy pieprzy seczuański to ma coś wspólnego z Syczuanem w Chinach) na rybkę w sosie słodko-kwaśnym z delikatnym makaronem somen. Lekko pikantny płetwal, pływał w słodkawym sosie o kwaskowatym posmaku, wraz z chrupkimi warzywami. A wszystkie te dobroci ginęły w objęciach makaronu, lekkiego, pszennego, tak niezwykle delikatnego, że jego struktura aż mile podniebienie łechtała. Tym razem jednak nie urągałyśmy tradycji i grzecznie pałeczkami śliski makaron zajadałyśmy, nawet przez chwilę nie próbując powstrzymać śmiechu, gdy kolejna nitka kogoś w nos uderzyła.


Tym smacznym obiadem pożegnałyśmy daleki wschód, na znacznie bliższy teren się przenosząc. Skoro wczoraj Purim, czyli "żydowski karnawał" się odbywał trzeba było uczcić jakoś to wspaniałe spotkanie i święto (a nawet trzy). Więc zimne, oczkowe palce wyrabiały ciasto drożdżowe, ugniatając i uderzając, nie dając mu chwili wytchnienia, by narzucić mu swoją wolę, by gładkie i jędrne ciasto uzyskać. Ja w tym czasie głównie leniuchowałam, przygotowując tylko kolejne składniki słodkiej i zniewalająco pachnącej masy ...


... A co takiego szykowały dwie kuchareczki? Pewnie wszyscy już wiedzą, że to hamantasze powstawały, słodkie kapelusze Hamana, ciasteczka drożdżowe wypełnione słodkim makiem, rumiane i mięciutkie. Zanim jednak te smakołyki jeść można było, najpierw ugniatanie się odbywało, potem spokojne ciasta rośnięcie, by na koniec brutalnie je wałkiem potraktować i krążki równiutkie wykrawać. Jak tu z koła trójkącik ma powstać, zastanawiały się dwie kuchareczki, głupiutkie skojarzenia mając o kółkach i trójkącikach ;-p


A gdy już wszystkie trójkątne kapelusiki leżały na blasze, Hirek z Ptaszynami próbowali nam podjadać słodki mak, pachnący miodem i kwiatem pomarańczy, dopełniony bakaliami, a dłonie nasze, wciąż jeszcze pachnące orientalnymi zapachami kwiatów pomarańczy uwieczniały te ptasze zabawy wśród słodkich ciasteczek, cykając coraz to zabawniejsze fotki.


Konsumpcja tych słodkości to dopiero była zabawa. Miękkie ciasto, lekko tylko słodkie, tworzyło łóżeczko dla słodyczy oblepiającego mak miodu, dla upajających zapachów wody z kwiatu pomarańczy. Popijane białą kawą z "ptasich" kubeczków, coraz to nowe pomysły na ujęcia powodowały. I tak powstało najbardziej "nieprzyzwoite" oczkowe zdjęcie, które na przekór Dnia Mężczyzny kobiece elementy dostrzegło w kapeluszach Hamana. No bo spójrzcie na trzecie zdjęcie powyżej akapitu i powiedzcie czy żadnych seksownych myśli nie macie? ... No właśnie, a nie mówiłam ;-p


Sesje zdjęciowe i ciasteczek i orzeszków na zakończenie wieczoru się dobywały. Jasna lampa świeciła w sufit, z pokoju obok dobiegał nas stuk klawiatury, gdzie mój małżonek przy okazji przelewania swojej tajemnej wiedzy w komputerek, konsumował dobrocie zrobione przez nas, a my urządziłyśmy sobie lekcję fotografii. Ujęcie za ujęciem, kadr za kadrem ... oj daleko mi jeszcze do doskonałości, ale tyle radości przyniosło nie tylko pałaszowanie naszych smakołyków, ale i ich uwiecznianie oraz już nie tylko wirtualne rozmowy o nich.


Ach i zapomniałabym. Wszak choć to dzień wschodu był, to zaczął się bardzo francuskim akcentem. A mianowicie pyszną tartą cytrynową, która w ciągu dnia, po kawałeczku znikała, znikała ... aż w końcu zniknęła całkowicie. A tak doskonała była, że gdy rankiem wyjęłam ją z lodówki kicia nasza z prędkością małej błyskawicy znalazła się przy moich nogach. Zdradzę Wam sekret ... Briczolla jest ogromną miłośniczką wszystkich lodów, a że tarta i zimna i pachnąca i słodka była, to i nasze kocie nie mogło jej przepuścić. Dostała wprawdzie tylko okruszki, ale i one zadowoliły naszego łasucha, który potem w sen zapadł na cieplutkim kaloryferze.

I taki to był dzionek - zabawny, owocny, smaczny ... bliski i daleki, bo choć w pamięci pozostanie żywy, coraz odleglejszy w czasie będzie ... aż do następnego razu.

Buziaki Oczko :*

Zupa Miso z tofu i bok choy
(4-5 porcji)

Składniki:
1 1/2 l. bulionu warzywnego
5-6 suszonych grzybków mun
ok. 1/4 szklanki suszonych kwiatów lily
1 cm. kawałek imbiru, pokrojony w cienkie słupki
1/2 łyżeczki pasty z natki kolendry (lub 2-3 łyżki posiekanych korzeni i łodyżek natki kolendry)
1/2 łyżeczki pasty z galangalu (lub 1 łyżka startego galangalu)
1/2 łyżeczki pasty z trawy cytrynowej (lub 2 łodygi trawy cytrynowej, zgniecione)
1 listek limonki kafir (lepiej dać 2-3)
3-5 saszetek pasty miso (każda po 18 g., ale należy dawać do smaku)
1-3 łyżek dashi (do smaku)
1-2 bok choy
300 g tofu
kiełki fasoli mung

Przygotowanie: W bulionie namoczyłam kwiaty Lily i grzyby przez 30 minut. Po tym czasie zagotowałam bulion i gotowałam do miękkości grzybów i kwiatów. Kwiaty były miękkie wcześniej, więc wyjęłam je i pokroiłam (a raczej Oczko pokroiła ;) podobnie jak tofu i bok choy). Pokrojony w drobne słupki imbir wrzuciłam do gotującego się na małym ogniu bulionu razem z pastami (bez miso) oraz listkiem limonki kafir i gotowałam do miękkości grzybów (gotowanie grzybów zajęło ok. 30 minut). Gdy grzyby były miękkie, zostały pokrojone w cienkie wstążeczki oczkowymi rączkami. W tym czasie do bulionu dodałam pastę miso i rozmieszałam dokładnie. Na ostatnie 5 minut gotowania wrzuciłam pokrojoną bok choy, tofu i grzyby oraz kwiaty Lily. Podałam z garścią kiełków fasoli mung dla chrupkości.

Ryba po syczuańsku w sosie słodko-kwaśnym z makaronem somen
(5-6 porcji)

Składniki:
50 dag filetow ryby o białym mięsie (np. sola)
1 łyżka oleju z orzeszków ziemnych/oliwy
1 łyżka sosu sojowego
sok z 1/2 cytryny
1 łyżeczka syropu klonowego/miodu
pieprz seczuański

Sos słodko kwaśny:
400 g passaty pomidorowej
30 ml. octu ryżowego
2 łyżki cukru trzcinowego

40-50 dag pokrojonych w cienkie słupki warzyw (może być mieszanka chińska z mrożonki, ale bez sosu)
40 dag makaronu somen, ugotowanego według instrukcji na opakowaniu

Przygotowanie: Rybę zamarynowałam w sosie sojowym, soku z cytryny, syropie klonowym i pierzu przez 30 minut, a następnie razem z marynatą upiekłam w rękawie przez 15 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza. W tym czasie zagrzałam w garnku passatę z octem i cukrem (sprawdziłam do smaku, by uzyskać słodko-kwaśny smak - ja ze względu na różne żołądkowe problemy raczej uzyskuję bardziej słodki, a mniej kwaśny smak, ale najlepiej to gdy oba smaki byłyby zrównoważone). Gotowałam sos przez 5 minut, a po tym czasie dodałam warzywa (z mrożonki) i dotowałam w sosie przez ok. 12 minut. W tym czasie ugotowałam też makaron, odcedziłam i zachartowałam pod zimną wodą. Wymieszałam go z warzywami w sosie. Rybę po upieczeniu wyjęłam z rękawa, zachowując ok. 3 łyżki płynu, który wylałam na dno foremki do zapiekania. Ułożyłam na dnie podzieloną na kawałki wielkości kęsa rybę i przykryłam wszystko makaronem z warzywami w sosie. Przykryłam folią i piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 5 minut, do połączenia się smaków. Podałam udekorowane kolendrą.

Kapelusze Hamana

Składniki:
100 ml mleka
1 jajko
250 g mąki
25 g cukru pudru
szczypta soli (1/4 łyżeczki)
25 g topionego i ostudzonego masła (ja dałam margarynę Flora, bez konieczności topienia jej)
1 łyżeczka drożdży instant

Nadzienie: 50 g mielonego maku (może być też niemielony, ale mielony lepiej się sprawdza)
30 g masła (ja dałam margarynę Flora)
25 g mielonych migdałów
2 łyżki miodu (ja dałam gryczany)
1 łyżka miękkiej skórki pomarańczowej, cytrynowej lub mieszanej (pominęłam)
1 łyżka miękkich bakalii (ja dałam 2 łyżki żurawiny)
2 łyżki orzechów włoskich
1 łyżka wody z kwiatu pomarańczy

jajko rozbełtane+łyżeczka wody do posmarowania

Przygotowanie: Mleko połączyłyśmy z jajkiem, dodałyśmy drożdże, następnie mąkę, cukier, sól, a na końcu masło. Ciasto wyrobiłyśmy ręcznie aż było gładkie i elastyczne. Odstawiłyśmy do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. W tym czasie przygotowałyśmy masę makową. W garnuszku połączyłyśmy wszystkie składniki poza makiem i zagotowałyśmy. Dodałyśmy mak i na małym ogniu gotowałyśmy stale mieszając przez 5 minut. Ostudziłyśmy.
Po wyrośnięciu ciasta, wyjęłyśmy je na omączony blat, rozwałkowałyśmy na 1/2 cm. grubość i wykrawałyśmy kółka średnicy 8 cm. Na środku każdego placuszka kładłyśmy masę makową i zlepiałyśmy z trzech stron, tak by powstał trójką. Gdyby ciasto się nie kleiło można zwilżać palce wodą. U nas kleiło się idealnie, tylko trzeba było pilnować by placuszki leżały na omączonym blacie, by nie przyklejały się do niego. Kapelusze ułożyłyśmy na blasze wyłożonej pergaminem w odstępach 3-4 cm.. Odstawiłyśmy do wyrośnięcia na 30 minut. Przed pieczeniem posmarowałyśmy ciasto jajkiem rozkłóconym z wodą. Piekłyśmy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 15 minut (do 18 minut).

Źródło: Blog Liski "White Plate"

Smacznego.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...