Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Kicia i Kocia Ciocia.


Dziś będzie o mojej kici, Briczolli. Ja wiem, że to blog kulinarny i od razu wszystkich uspokajam - pasztetu z niej nie zrobiłam :-D, za to towarzyszkę - kuchenną i nie tylko - mam z niej wspaniałą.


Zwykle leży na poduszce na parapecie lub na krzesełku pod stołem, a gdy smakowite zapachy do niej dobiegają nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, jest przy nogach, ociera się i mruczy. Kiedy na balkonie kadry łapię, ona to podgryzie jakiś zwisający frędzel, to wespnie się powąchać co tam ciekawego jest na stołeczku i tym sposobem obok niezliczonych już zdjęć jedzenia, mam pokaźną kolekcję kocich kadrów. Taką atencję jednak do niedawna wykazywała tylko względem mnie lub jej PANA*.


Ostatnio jednak, gdy przychodzi Ciocia Oczko, Briczolla popatruje ciekawie co tym razem szalonej ciotce do głowy skoczy. Czy w paparazzi się będzie bawić, czy pomizia po futerku czy może jakimiś smakołykami nakarmi? Nie muszę mówić, że ta ostatnia opcja jest ulubiona, ale i pierwsza wywołuje coraz żywsze zainteresowanie. Początkowo kicia ignorowała całkowicie wszelkie próby zrobienia jej zdjęcia, skutkiem czego można było jej cyknąć dobrą setkę zdjęć ... tej samej pozycji. Z czasem jednak zaczęła coraz bardziej interesować się co to czarne pudełko robi, tym bardziej że Kocia Ciocia najróżniejsze, czasem wręcz karkołomne pozycje przybiera, aby te fotki zrobić.


I tak kilka dni temu razem z Oczko obfotografowałyśmy nasz obiadek, a Briczka siedziała to na parapecie, to w kącie balkonu, popatrując na nas z miną pełną pobłażliwego zaciekawienia**. Aż zastanawiałam się co jej w główce siedzi. Czy myśli nad tym co te dwie szalone, dwunożne i łyse (łyse z punktu widzenia kota, of kors) baby robią nad tą miseczką smakowicie pachnącej rybki, zamiast ją zjeść? Czy też może wszystko rozumie i tylko w pełnej zwątpienia co do naszych zdrowych umysłów pozie, czeka aż wyszalejemy się cykając dziesiątki zdjęć?


Tak czy siak, potem przychodzi czas obiadu. Mój Ukochany wraca z pracy, ja nakładam ryż i rybę na talerze, wszyscy zanosimy talerze i kubki z herbatą na stół. Kilka pierwszych kęsów, kilka pierwszych słów i ... i dzieje się rzecz niesłychana. Kicia, która jeszcze nigdy nikomu poza nami nie dała się wziąć na kolana, sama wskakuje na kolana Oczka. Czy to ta rybka taką ją skusiła? Być może. Niezwykle aromatyczna, lekko kwaskowata dzięki tamaryndowcowi i pomidorom, uzupełniana słodyczą zeszklonej i uduszonej cebuli oraz z wyraźnym, lekko gorzkawym smakiem kozieradki. Ryba w tym gęstym, oblepiającym sosie smakowałaby równie doskonale zawinięta w pitę, z porcją chrupkich warzyw, przegryzana na pikniku.

A Briczolla? Nie, nie dostała nic z talerza***, za to głaskaniom i mizianiom nie było końca. Tak to może zaskoczyć i wywołać wiele śmiechu koci domownik, gdy w kimś znajdzie sobie Kocią Ciocię ;-)


* Mój Ukochany jest niezaprzeczalnie najukochańszym PANEM przez same duże litery, a to dlatego że bezustannie wykazuje się niezachwianym uwielbieniem, wręcz ubóstwieniem dla kici :-) Znacie ten kawał ... Myśli sobie pies "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszą być bogami", myśli sobie kot "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszę być bogiem" :-D
** kto ma kota ten wie jak to kot potrafi patrzeć się na innych z charakterystyczną, kocią wyższością :-), a kto nie ma niech poogląda o kocie Simona.
*** poza kupowaną u weterynarza specjalną karmą niestety nie może nic innego jeść.


Łosoś ala po keralsku

Składniki:
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka nasion gorczycy
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 łyżka drobno posiekanego czosnku
2 małe cebule, posiekane w piórka
10 liści curry (suszone)
szczypta płatków chilli
szczypta kurkumy
1 strączek czarnego tamaryndowca
1 puszka pomidorów, zmiksowanych
duża szczypta mielonych nasion kozieradki
750 g dzwonków łososia (może być inna ryba, najlepiej bez skóry i ości)
sól do smaku

Przygotowanie: Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam gorczycę, przykryłam pokrywką i smażyłam 20-30 sekund, aż zaczęłam strzelać. Dodałam imbir, czosnek, cebulę i liście curry, i smażyłam 2-3 minuty, stale mieszając, aż czosnek i cebula się zrumieniły. Zmniejszyłam ogień, dodać chilli i kurkumę. Dokładnie wymieszałam i smażyłam, aż przyprawy zaczęły pachnieć. Wlałam zmiksowane pomidory, wsypałam kozieradkę, wrzuciłam strączek tamaryndowca, wymieszałam i włożyłam ryby, przykrywając je sosem. Patelnię przykryłam pokrywką i dusiłam na malutkim ogniu ok. 10-15 minut (zależnie od wielkości, u mnie 15 bo dzwonka były duże). Po tym czasie wyjęłam dzwonka z sosu, zdjęłam z nich skórę, wyjęłam ości i podzieliłam na duże kawałki. Łososia włożyłam do sosu, wyłączyłam gaz i zostawiłam pod przykryciem na ok. 1 godzinę (jeśli sos jest zbyt płynny, należy go odparować przed włożeniem do niego znów ryby). Po tym czasie ryba powinna przejść już mocno smakiem sosu. Można ją delikatnie podgrzewać, ale nie za gwałtownie by ryba nie stała się sucha. Podałam z ryżem basmati.

Oryginalny przepis nie zawiera pomidorów, ma inne proporcje składników i inny sposób przygotowania od momentu dodania ryby. Link poniżej.

Źródło inspiracji: Program na kuchni.tv: Łatwa kuchnia indyjska 2

Smacznego.

sobota, 10 kwietnia 2010

...


Już po publikacji poprzedniego posta dowiedziałam się o tragedii w Smoleńsku ...

Brak mi słów,
Nie ma słów,
Zamilknę ...

wtorek, 26 stycznia 2010

Zlot Dziewiątki, czyli jak to się wszystko zaczęło ...



Zaczęło się niewinnie ... komentarz tu czy tam, kilka słów tam i siam, uśmiech na wirtualnym papierze, a w głowie już pomysły i idee, w sercach chęci wielkie ... spotkajmy się. Potem niewinnie już nie było, oj nie. Maili setki, słów tysiące, pomysłów nieskończoność, a najważniejsze oczkowe projekty, które podziwiać możecie powyżej. Rozmowy Dziewiątki (Poleczki, Basieńki, Truskaweczki i Warszawianek) - "zawsze chciałam, żeby ktoś mnie witał z czarnym flamastrem". Konspiracja Warszawianek (Oczko, Ptasi, Karolci, Kasi, Felluni i moja) - "transparent musi być i czarny flamaster of kors", "znalazłam już kłosy, a co z czerwonym dywanem?", "skąd wziąć truskawki w styczniu, no i co do nich?" ...


We wtorkowy ranek Oczko przybyło do domku mojego. Ciepła herbata i już za przygotowania się zabrałyśmy. Szykowanie nastało Wielkiego Zlotu Dziewięciu Bloggerek, maniaczek dobrego jedzenia, twórczyń domowych nalewek, miłośniczek mile spędzanego czasu, pełnego śmiechu, gotowania, zdjęć robienia. Z aktywnym kocim udziałem i z oczkowym talentem truskawki z brystolu były wycinane, by nasze główki przyozdobić, gdy nasza Truskaweczka do Stolicy zawita, patriotyczny transparent powstał, by drogę do mojego Szczęścia Poleczka znalazła i oczywiście krepinowa spódniczka łowicka, by basine życzenie spełnić i kłosami zbóż naszą Buru witać. Nawet czerwony dywanik kulinarnie się wpisał, gdy w sklepiku czerwono-białą ceratę w takież kwiatki wynalazłam.


Wszystko co zażyczone zostało, spełnione być musiało. Wprawdzie chleby na blasze rozlały się okrutnie, ale i to na dobre wyszło. Wszak to babiniec miał się zacząć to i chleby na powitanie w zabawne, babińcowe kształty się przyoblekły, dodając miejsca i na pieprzne powitanie. Płatki róż z łodyżek obrywane nie były, w obawie by nas ochrona lotniska nie pogoniła za zaśmiecanie, więc z czerwoną wstążką w bukiecik się przemieniły, a i do truskawek na głowach dołączyła jeszcze bąbelków pełna buteleczka szampana, gdy w sobotni, mroźny ranek Truskaweczkę witałyśmy.


Potem już była prezentów moc, pięknych, słodkich, czasem ręcznie robionych, czasem ogromnie egzotycznych drobiazgów, które długo będą nam te wspaniałe chwile przypominać. Było i ucztowanie, przy świecach i nie tylko, tematycznie, ale i z luzem, smakowite to były spotkania. Bab coraz więcej, między nogami miaucząca kotka i jeden rodzynek, mąż mój Ukochany co to kawy nam doskonałe parzył, sam w tym doborowym towarzystwie bawiąc się doskonale. I oczywiście nalewek było w bród, wino lało się do kieliszków, nawet i bardziej wyskokowe procenty się pojawiały, choć te to zwykle późną nocą dopiero, gdy na dębowym blacie towarzystwo się zbierało - między innymi balsamowanie Dżordża oglądać.


Były i śniadania. Cytrynowe placuszki z ricotty, kanapeczki z pasztetem sojowym czy dyniowo-pomarańczowym dżemikiem, chlebków moich kilka, serki kozie i żółte, ale nade wszystko pieczywowy hit. Chlebek z oliwkami jaki Kasi mąż przekazał, byśmy z sił nie opadały, a i smaczne kromeczki z niego podjadły. Skórka chrupka, bosko wprost nacięta, idealny miąższ przesiąknięty śródziemnomorskim smakiem i wszystko razem doskonałe zupełnie solo lub z masłem samym tylko pałaszowane było. Za szybko się skończyło, za szybko - wszystkie zgodnie taki sąd wydałyśmy, a Lechowi pięknie dziękujemy :-)


O jednym jeszcze nie wspomniałam. O jedzeniu, o piciu, o śmiechu i pogaduszkach było, o prezentach też, a nawet o kici mojej. O jednym jeszcze nie wspomniałam. O czym, zapytacie?

Jakżeż mogłoby nie być sesji zdjęciowych, skoro food-bloggerki w jednym miejscu się zebrały? Wyginanie się nad stołami, nad blatem i garnkami, talerzy przesuwanie, miny skoncentrowane, ale i całe minuty* śmiechu, nawet kotka jako modelka występowała, a mój Ukochany Pierwszym Operatorem Światła został okrzyknięty, gdy nam halogenowe światło przy suficie trzymał, o jasne tło je rozpraszając. Aparat w aparat, ramię w ramię i tylko cyk cyk słychać było, by na koniec dziesiątkami zdjęć się powymieniać, by smakowicie wspominać, by świadectwo dobrej zabawy uczynić.


Za chwil kilka do mego wirtualnego stołu Was wszystkich zaproszę. Będzie o dniu Comfort Food'u, o egzotycznym curry, o francuskim klasyku i oczywiście o Dżordżu, będzie o deserach pałaszowanych, będzie o tym co w kieliszki było lane, będzie i o wspólnym pichceniu i makaroników tworzeniu, będzie o zabawie prawdziwie karnawałowej. Teraz jednak tylko uczestników tej Kulinarnej Sztuki przedstawiam, naszą marszrutę zapowiadam i ... wspominam, smakowicie wspominam ...

* byłyby godziny, ale zapachy nie pozwalały nam na zbyt długie czekanie, by za te smakowitości się zabrać, a i nie ma to jednak jak ciepły obiad :D

CDN ...

czwartek, 7 stycznia 2010

Cenniejsze niż złoto ...


Zima upomniała się o swoje królestwo. Biały puch spowija drzewa i ziemię, śpiące pączki bzu czekają na wiosnę, śniąc swoje pachnące sny, czarno-białe sroki zostawiają ślady pazurków na balkonie oprószonym bielą. Wychodzę na spacer, a zimno szczypie w nos i policzki. Słyszę chrzęst śniegu, czasem z trudem łapię równowagę, a czasem jakbym miała skrzydła idę przez zaspy. Wracam do domu, gotuję, sprzątam, uczę się, czytam ... żyję. Patrzę na kalendarz, a kolejne dni jak płatki śniegu przemijają, podczas gdy ja nadziwić się nie mogę ile ostatni rok dał mi ciepła, ile szczęścia, ile wolności. Tę zimę czuję, odczuwam, nie zapomnę o niej, grubymi literami wpisała się w moim sercu, zapisuję ją tutaj dla przyszłych wspomnień ...


Wchodzę do kuchni. W jednym ręku kubek gorącej kawy, a w drugiej ciasteczko. Znów wspominam ... przyszły w paczuszce przed świętami. Podjadam je po jednym, by delektować się nimi, by jak najbardziej przedłużyć wspaniałe chwile, które zamienią się we słodkie wspomnienia. Zęby przegryzają ciemne ciasteczko, wyraziste i silne, tak jak jego Twórczyni. Ten smak nie daje o sobie zapomnieć, wpisał się we mnie, w moją pamięć, w moją duszę. Daje się poznać, poznaje mnie, odkrywa przede mną inny świat.


Siadam na fotelu, kawa paruje obok mnie na stole, ja opieram się o miękką poduszkę i biorę książkę. Czytam bajki, czytam biografie, czytam przepisy, czytam historie, czytam ... cokolwiek bym nie czytała wzrok raz za razem biegnie do fioletowej wstążeczki przywiązanej do atramentowo czarnej zakładki. Uśmiecham się, gdy wspominam ten pomarańczowo-goździkowy zapach jaki owiał mnie zaraz po przerwaniu koperty. Kilka słów, ciepłych, serdecznych, skreślonych na kartce ręką energicznej, szalonej Karolci od magicznego koralika. Osóbki, która uczy mnie czegoś dla mnie nowego ... pisać listy.


To sztuka nie łatwa. Pierwszy w "życiu" napisany list na Wyspę poleciał. Niewprawny, słowa nie oddawały tego co w nich zawrzeć chciałam. Teraz wspominam go. Wspominam też bajkowe wiersze piszącą, zwariowaną i stanowczą Poleczkę, która w Mikołajkę się zabawiła. Chusteczka w choineczki ukrywała w sobie pierniczka. Nie byle jakiego pierniczka, nie pierwszego z brzegu. To był Mikołaj, piernikowy, pachnący ... pewnie chrupiący, gdybym tylko odważyła się odgryźć mu głowę*. A żeby jeszcze do kompletu magicznych wspomnień worek zapełnić różowa wróżka już zapowiada słodkie ciasteczka jakie będzie wykrawać.


Ta zima pozostawiła ślady. Ślady kotów w ogródku, ślady sroczek na balkonie, ślady mojej zabawy w śniegową wróżkę, ale przede wszystkim ślady szczęścia z poznanych Niezwykłych i Kochanych Osób. Pisałam o nich czasem więcej, czasem mniej, ale wszystkie te bliskie mi osóbki teraz chcę uściskać, trochę mojego szczęścia im przekazać, podziękować za to że są, że pojawiły się na mojej drodze życia.

Listów nie napisałam, czas przedświąteczny był dziwny i trudny, przemieniał moje życie, nadawał mu nowy tor. Byłyście jednak w moich myślach, w moim sercu. Sięgałam do wspomnień po kulinarne i nie tylko rozmowy, zachwycające wspólne gotowanie czy delektowanie się smakowitościami z Ptasią, po humor Oczka i jej niezwykłe spojrzenie na życie, po wspaniałe nastroje u Truskaweczki okraszone piękną jak poezja prozą, po pierwsze nieśmiałe przełamywanie lodów ze słoiczkiem w ręku z Kasią czy po słodkie nauki, czas pełen śmiechu lub nabożnego wręcz skupienia pod okiem Mistrzyni.

Stary rok zakończył się ... miał swoje dobre i złe chwile. Były i łzami opłakiwane katastrofy, były i zapierające dech w piersiach wzloty, ale co ważniejsze były te Osóbki, które wniosły w moje życie trwałe ślady, wspomnienia cenniejsze niż złoto.

Dziękuję, że jesteście :-*


* zawsze jak jem jakieś ciasteczka przypominające ludzika zaczynam od głowy :D

piątek, 6 listopada 2009

Na pomoc kotom!


Tym razem zupełnie nie kulinarnie.
Tym razem krótko i zwięźle.
Tym razem to prośba o pomoc ...

... dla kotków bez domu, bez jedzenia i ciepła, pozostawionych samych sobie.

Przeczytajcie u Ori, przeczytajcie petycję (http://pkdt.wordpress.com/koty-ze-stoczni/) zastanówcie się w głębi swych serc co możecie zrobić i pomóżcie. By i dla tamtych bezdomnych istotek, znalazło się choć trochę szczęścia jakie mają nasi koci domownicy.


Piszę tego posta z moją Briczollą śpiącą na krzesełku obok, z tysiącem wspaniałych wspomnień w głowie, jakie dzięki niej mam ...

gdy broiła zrzucając kwiatki czy zwijając sushi ze stołu
gdy grzała mnie w czasie choroby
gdy przychodziła otrzeć moje łzy, gdy było mi smutno
gdy budziła się z donośnym miaukiem domagając się pieszczoty za uszkiem
gdy była zdrowa i chora
...

ale zawsze kochająca, mała istotka wzięta z dworu, kuleczka pełna puchu, nie większa niż ludzka dłoń, dziś duża i kochana. I nie wyobrażam sobie życia bez niej, nawet mimo alergii na jej sierść. Pomóżcie innym takim znajdkom, a odpłacą Wam miłością i ciepłem, nawet jeśli stłuką nie jeden wazon przy tym :-)

A za poinformowanie o problemie, dziękuję Wspaniałej Kobiecie, Jagódce :*


poniedziałek, 1 czerwca 2009

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...