Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia indyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia indyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 września 2010

Hej ho! Hej ho! Do pracy by się szło!


Praca, praca, praca ... pojawiła się ostatnio i sporo czasu oraz myśli zajmuje. Nie o niej jednak pisać tutaj chciałam, a o tym, co z mego ukochanego dębowego blatu na sosnowe* biurko zanoszę. A to pudełko**, a to torebka, a to puszka ... jednym słowem lunch.



Tak też teraz konstruuję nasze menu, by wciąż było smacznie, zdrowo i ładnie, ale również „wyjściowo”. Bo praktyczność to przydatna cecha, gdy czas się skraca, a tak wiele przyjemności lub obowiązków czeka. Doskonale jest, więc gdy można lunch z obiadem połączyć, albo i jako przekąskę na spacer po pracy zabrać.


Nie zapominam także o weekendach, a wtedy o zakupach na targu, gdyż to właśnie tam najwięcej inspiracji powstaje. A to ratatuja z makaronem, a to pesto dopełnione strączkami, a to zadziwiające sałatki czy przepękla. Co? zapytacie. Tak, przepękla. Zadziwiające warzywo, w środku wypełnione błoniastą strukturą i pestkami, o miąższu miękkim i soczystym, a do tego niezwykle gorzkim. Nie udało się nam kulinarnie zaprzyjaźnić z tym wynalazkiem, choć wygląd ogromnie nam do gustu przypadł.


Takie i jeszcze wiele innych zadziwiających warzyw można kupić u mojego Pana Sałatki czy też Pana Ziółko na sobotnio-niedzielnych targach na tzw. Dołku**. Rewelacyjny zestaw sałatek, jakim ostatnio delektowaliśmy się z rybnymi dukatami i frytkami właśnie od niego pochodził – liście chryzantemy (smakujące jak marchewka!), rzeżuchowej pietruszki, musztardowca i rukoli oraz jeszcze inne, których już nie spamiętam, wymieszane po prostu z odrobiną oliwy i octu balsamicznego stanowiły smakołyk sam w sobie.


A kiedy jeszcze doda się takiej sałatki do pudełka z wytrawnym keksem, doprawionym na indyjską modłę, zagwarantowaną mamy chwilę rozkoszy w czasie przerwy w pracy. Sam keks też najróżniejsze ingrediencje może w sobie skrywać. A to kurczak tikka masala, upieczony dzień wcześniej dopełniony strączkowymi warzywami i drobną kosteczką marchewki, aromatyzowany kolendrą, gorczycą, kurkumą i sezamem, albo i ser kozi z podduszoną na maśle cukinią, hojną garścią koperku i miękkich, słodziutkich pinioli.

Nie wystarczy tego? Dobrze, a co powiedzie na włoskie smaki – pomidorki suszone, mozzarella i parmezan, a do tego oregano i bazylia. Jeszcze więcej potrzeba? Proszę bardzo, oto prowansalska wersja z serem brie, oliwkami i ziołami prowansalskimi, czyli tymiankiem, cząbrem, bazylią, szałwią, oregano, rozmarynem i majerankiem.

Możliwości jest wiele i wiele więcej jeszcze zapewne poznam w czasie kolejnych dni i lunchy przed ekranem monitora, a tymczasem zapraszam na kolejny smakowity pomysł na Gospodarnym Szczęściu – rolowane kanapki, bułeczki z nadzieniem, chleby o wyrazistym smaku.


* nie, nie mam tyle szczęścia, by mieć sosnowe biurko, ale kolor właśnie takie drewno ma przypominać :-)

** o makaronach zamkniętych w pudełku napiszę jeszcze w przyszłości
*** potoczna nazwa dla bazarku „Na Dołku” na rogu Al. KEN i ul. Płaskowickiej, który początkowo mieścił się w zagłębieniu placu. Teraz w tym zagłębieniu stoi wieżowiec, a bazarek jest tuż obok. Nazwa jednak pozostała :-)



Kurczak Tikka Masala II


Składniki:

2 piersi kurczaka

olej z canoli, tylko odrobina do posmarowania naczynia do zapiekania

sól


Marynata:
150 ml greckiego jogurtu
1 łyżka oleju z canoli
2,5 cm korzenia świeżego imbiru, drobno startego
1 ząbek czosnku, posiekany
1 łyżeczka garam masala
szczypta płatków chilli

1 łyżeczka utartych ziaren zielonego i czarnego kardamonu

1 1/2 łyżki soku z cytryny


Przygotowanie:
Wszystkie składniki marynaty wymieszałam w misce. Piersi kurczaka po umyciu i oczyszczeniu, dokładnie osuszyłam i włożyłam do marynaty. Odstawiłam do lodówki na noc (lub min. 1-2 godziny). Przed pieczeniem nagrzałam piekarnik do 230 stopni Celsjusza. Naczynie do zapiekania wysmarowałam cienko olejem. Piersi z kurczaka wyjęłam z marynaty i z grubsza je z niej oczyściłam. Posoliłam z obu stron, ułożyłam w naczyniu do zapiekania i wbiłam termometr w najgrubsze miejsce. Wstawiłam do piekarnika na 10 minut, po tym czasie zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni Celsjusza i piekłam do uzyskania ok. 77-78 stopni.
Po tym czasie wyjęłam, odstawiłam na 5 minut, pokroiłam w plastry. Podałam z ryżem, sosem pomidorowo-śmietanowym i sałatką. Resztki użyłam do wytrawnego keksu.

Inny lunchowy pomysł, z oryginalnego przepisu, to zawinięcie takiego kurczaka pokrojonego na paski w tortille razem z zielonym chutney'em i warzywami.

Źródło:
Łatwa kuchnia indyjska


Wytrawny keks


Składniki:

200-250 g niesurowego mięsa lub sera (może być każdy od pleśniowych, przez żółte, od miękkich po twarde)

100-150 g suszonych pomidorów i oliwek lub pokrojonych w małe kawałeczki twardych warzyw (jak marchewka, fasolka, groszek – ten ostatni nie jest krojony)


4 jajka
100 ml wermutu
100 ml oliwy

250 g mąki (zwykle daję mieszankę jasnej lub chlebowej z pełnoziarnistą lub orkiszową)

2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
ziół i przypraw ile dusza zapragnie i jak nam podniebienie podpowie lub innych przypraw w zależności, jakie daję dodatki (orientalnie lub prowansalsko, albo tak swojsko po prostu z koperkiem)

nasiona do posypania po wierzchu (u mnie zwykle sezam jasny lub czarny albo słonecznik)


Przygotowanie: W jednej misce mieszam jajka, wermut i oliwę. W drugiej mąki z proszkiem do pieczenia, solą i przyprawami. Do sypkich dodaję dodatki jak ser/mięso, warzywa/oliwki czy pomidory suszone i mieszam. Suche dodaję do mokrych. Krótko mieszam i wlewam do wyłożonej pergaminem średniej keksówki. Piekę przez 15 minut w 220 stopniach Celsjusza, a potem przez 20-30 minut w 160 stopniach Celsjusza (do suchego patyczka). Z keksówki wyjmuję po jakiś 10 minutach. Studzę na kratce, choć zdarza mi się go podawać jeszcze ciepłego.

Wypróbowane połączenia:

- kurczak tikka masala z marchewką, zieloną fasolką i groszkiem, doprawiony kolendrą, gorczycą, sezamem i kurkumą;
- ser brie z oliwkami i ziołami prowansalskimi;
- mozzarella i parmezan z suszonymi pomidorami doprawione suszoną bazylią i oregano;

- ser kozi z podduszoną cukinią, koperkiem i piniolami


Źródło:
For the body and soul


Na wyjściowy lunchyk doskonałe są także kromeczki z tego
keksu, czy takie burgery (tylko sałatka osobno, bo wszystko rozmaże) :-)


Smacznego.

sobota, 1 maja 2010

Nic nie jest niemożliwe!


Spotkanie Indii i Rumunii ... niemożliwe? Spotkanie osób, które normalnie nigdy by się nie poznały ... niemożliwe? Nic nie jest niemożliwe!


Takie właśnie niezwykłe spotkanie odbyło się kilka dni temu. Trzy gotujące babeczki - ja, Oczko i Lo, trzy aparaty i już wkrótce każda z nas odczuła jak to ogromnie zaraźliwe jest fotografowanie. Opowiadając o sobie, o wycieczkach tych kulinarnych i nie tylko, o wspaniałych przyprawach i książkach z pasją oddawałyśmy się fotografowaniu*, nasze żołądki uciszając, gdy wspaniałe aromaty drażniły je niemiłosiernie, a czekać trzeba było jeszcze na wygrzewający się w piekarniku udziec.


Nie ma bardziej udanych spotkań, jak te które wiążą się z biesiadą przy stole. Większa czy mniejsza, na słodko czy wytrawnie, z winem lub herbatą ... dowolnie, byle by wyborne smakołyki upiększały stół. Tym razem indyjskie klimaty, tak przeze mnie ostatnio ukochane zdominowały nasze talerze. Udziec jagnięcy zamarynowany w intensywnej marynacie, najsilniej kolendrą, imbirem i czosnkiem pachniał, dopełniając się słodyczą miodu i migdałów ukrytych w jogurtowej zalewie, z której powstała smakowita skorupka. Soczyste i aromatyczne mięso wraz z bukietem własnoręcznie dobranych sałat i zielenin, polanych kardamonowym winegretem uzupełnione zostało korzennym i kwiatowym w smakach i aromatach pilawem oraz ... rumuńskim wytrawnym winem.

To było podniebienne zaskoczenie. Rumunia do niedawna była zupełnie nieatrakcyjnym w moich wyobrażeniach krajem, a już na pewno nie kojarzącym się z wyśmienitym trunkiem. Teraz nie tylko myślę o wakacjach tam, ale i z rozmarzeniem wspominam to wyraziste, wytrawne wino o niezwykłym smaku i przepięknej etykiecie (zdjęcie wina by Oczko).


Aż nadeszła pora deseru. Wraz z kubkiem kawy usiedliśmy do pucharków pełnych szafranowych aromatów. Tym razem było jednak mniej intensywnie, a do tego jeszcze dołączył się kardamon i miód, by stworzyć bazę dla lekko zmrożonych kostek mango i posiekanych pistacji. Siedzieliśmy przy stole, podjadając, popijając, mile rozmawiając, a czas zleciał nam stanowczo zbyt szybko. Dość powiedzieć, że pożegnać się nie mogliśmy.

I jak tu uznać, że coś jest niemożliwe :-)
Dzięki Dziewczynki za przemiłe spotkanie :-*


* zdjęcia z pierwszego kolarzu zrobione przez Oczko i Lo. Dzięki :)


Udziec po indyjsku w miodowo-migdałowej skorupce

Składniki:
1 sprawiony udziec jagnięcy o wadze ok. 2,2 kg (u mnie 1,7 kg)

Marynata:
2 łyżki oleju roślinnego
5 łyżki soku z cytryny
15 g świeżego imbiru, obranego i z grubsza posiekanego
6 dużych ząbków czosnku, obranych i z grubsza posiekanych (u mnie 3, bo miałam bardzo ostry)
1 łyżki mielonego kminu
1 łyżki mielonej kolendry
¼ łyżeczki sproszkowanego chilli
sól do smaku
1 łyżka garam masala
½ łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
2 łyżki wody

Miodowa skorupka:
100 g migdałów w płatkach
100 ml greckiego jogurtu
1 1/2 łyżki miodu

Przygotowanie: Zmiksować wszystkie składniki marynaty. Głęboko ponacinać mięso ostrym nożem i starannie natrzeć marynatą, aby wniknęła w nacięcia. Włożyć udziec do plastikowej torebki i schować do lodówki minimum na 6-8 godzin, a najlepiej na całą dobę.
Zmiksować 70g migdałów, jogurt i połowę miodu. Polać udziec tą mieszanką, przykryć i ponownie wstawić do lodówki na 30 minut, a najlepiej na dwie godziny (ja pominęłam ten etap). Przed pieczeniem wyjąć mięso na tyle wcześnie (min. 30 minut), aby zdążyło osiągnąć temperaturę pokojową. Nagrzać piekarnik do 225 stopni Celsjusza, umieścić udziec na ruszcie, a pod spód wstawić blachę (ja położyłam go na grubych krążkach z cebuli, ułożonych w brytfance i podlałam tam ciut wody, by się wszystko nie przypaliło od spodu). Piec 20 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 180 stopni Celsjusza i piec jeszcze 1 godzinę i 40 minut, aż nakłute mięso zacznie puszczać różowy sok (lub stosując przelicznik 12 min na 450 g mięsa dla krwistego lub 15 min na 450 g mięsa dla średnio wypieczonego). Jeżeli będzie piekło się za szybko, można je przykryć folią aluminiową. Można też co pół godziny pędzlować udziec sosem, który spłynie do podstawionej blachy (ale to popsuje skorupkę, więc nie polecam tego).
Na 10 minut przed końcem pieczenia posypać udziec pozostałymi migdałami i polać resztą miodu (ja tym razem zapomniałam). Wyjąć udziec z piekarnika, przykryć folią aluminiową i odstawić na 15 minut. Następnie pokroić i podawać.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska

Pilaw kaszmirski

Składniki:
4 łyżek oleju roślinnego
3/4 łyżeczki nasion kminu
7 1/2 cm kory cynamonu
3 goździki
3 strączki zielonego kardamonu
1 liść laurowy
1 cebula, pokrojona w plastry (u mnie w kosteczkę)
1 łyżka posiekanych zblanszowanych migdałów (u mnie płatki)
2 łyżeczki rodzynek
200 g ryżu basmati, dokładnie umytego i osączonego
400 ml wody
szczypta szafranu, namoczona w 2 łyżkach gorącej wody
2 posiekane suszone figi
sól i świeżo zmielony czarny pieprz
1 łyżka posiekanych pistacji

Przygotowanie: Rozgrzać w rondlu olej. Dodać kmin, cynamon, goździki, kardamon i liść laurowy, i smażyć 20-30 sekund, aż przyprawy zaczną pachnieć. Dodać cebulę i smażyć 3-4 minuty, aż się lekko zrumieni. Dodać migdały i rodzynki i smażyć jeszcze 2-3 minuty. Dodać ryż i dokładnie wymieszać. Wlać zwykłą wodę, wodę z szafranem, dodać połowę fig (ja nie dodałam) i doprawić solą i pieprzem. Doprowadzić do wrzenia i gotować 2-3 minuty. Zmniejszyć ogień i przykryć rondel pokrywką. Gotować 7-8 minut, aż ryż będzie al dente. Dodać resztę fig (u mnie wszystkie figi) i pistacje, i wymieszać. Odstawić na 4-5 minut, aby ryż wchłonął resztę wody. Podawać.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska 2

Shrikhand według Anjun

Składniki:
500ml gęstego greckiego jogurtu (u mnie bałkański lekki)
2 łyżeczki ciepłego mleka
½ łyżeczki nitek szafranu
6-8 łyżek cukru pudru (u mnie miód wielokwiatowy)
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu

Do posypania:
2 łyżki posiekanych niesolonych pistacji
2 łyżki migdałów w płatkach
pestki granatu (u mnie mango pokrojone w kostkę i lekko zmrożone)

Przygotowanie: Wyłożyć sito gazą, podstawić pod spód miskę i wlać jogurt. Wstawić do lodówki na minimum 5-6 godzin (najlepiej na całą noc), aby dobrze osączyć jogurt. Ja pomijam ten efekt, gdyż jogurt bałkański jest wystarczająco gęsty, poza tym by zaoszczędzić trochę na czasie. Jeśli zastosuje się tą metodę, ma się z pewnością gęstszy deser. Podgrzać mleko i dodać szafran. Odstawić na 10 minut do naciągnięcia. Wyjąć jogurt z lodówki, wylać zebrany w misce płyn. Do masy jogurtowej przesiać cukier puder (ja dodaję miód), następnie dodać mleko z szafranem i kardamon, wymieszać. Przykryć i schłodzić. Przed podaniem posypać deser pistacjami, migdałami i pestkami granatu (lub jak u mnie kostkami mango).

Inna wersja tego deseru była już u mnie - można znaleźć ją tutaj.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska

Smacznego.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Pierwsze kroki ... siedmiomilowe.


To było miłe popołudnie kilka tygodni temu. Pisałam już nie raz, że najbardziej ze wszystkiego lubię się uczyć. Tak wiem, że brzmi to dziwnie, ale kiedy staję przed czymś dla mnie nowym, a w całym ciele czuję to uczucie oczekiwania, te motylki w brzuchu, wiem że zaraz wydarzy się coś ciekawego. I zwykle się dzieje.


Tamtego dnia z lodówki wyjęłam całego sandacza, dzień wcześniej "wyłowionego" w sklepie. Oczyszczony już wprawdzie, ale wciąż cały czekał na moje pierwsze w życiu filetowanie. Nóż naostrzony, deska przygotowana, ja uzbrojona w wiedzę z najróżniejszych filmików - można było zaczynać. I ... i myślałam, że będzie to trudniejsze. Prawdą jest, że sandacz ma, jak to na drapieżnika przystało, twardą skórę, ale nie był to problem z którym porządnie naostrzony nóż by sobie nie poradził. Za to przyjemność ze zrobienia czegoś po raz pierwszy była bezcenna.


Od tamtego czasu nie kupuję już prawie filetów, znacznie wyżej ceniąc sobie całą rybę, tym bardziej że z tego co zostanie mogę ugotować wyśmienity bulion, a potem choćby smakowitą bouillabaise. A co ważniejsze, zawsze wiem że kupuję świeżą rybę. Po filecie nie zawsze pozna się na pierwszy rzut oka kiedy jeszcze rybka pływała w wodzie, a gdy widzę całą rybę, jej czerwone skrzela, niewielką ilość śluzu na skórze i jasne, wypukłe oczy, wiem, że kupuję świeżą sztukę.

A potem? Potem już tylko trzeba smakowicie ją przyrządzić. Tamtego dnia sandacz skąpał się w sosie kokosowym, aromatycznym, choć delikatnym by nie przytłumić całkowicie smaku ryby. Delikatny ryż basmati, kilka kropel soku z cytryny, garstka liści kolendry i już jedliśmy wyborny, lekko korzenny obiad, który przeniósł nas do ciepłych, tak urozmaiconych kulinarnie Indii. Takie to były moje pierwsze kroki, które okazały się siedmiomilowymi.


Ryba w mleku kokosowym

Składniki:
1 (do 2) łyżek oleju arachidowego (lub innego)
1/2 łyżeczki nasion gorczycy
4 goździki
6 strączków zielonego kardamonu, lekko zmiażdżonych
1 duży kawałek kory cynamonu
1 mała cebula, drobno posiekana
5 cm kawałek świeżego imbiru, obrany i grubo pokrojony
2 duże ząbki czosnku
1 łyżeczka mielonej kolendry
300 ml mleka kokosowego
2-4 zielone papryczki chilli, w całości (ja dałam szczyptę płatków suszonego chilli)
100 ml wody (nie dałam, było wystarczająco dużo sosu)
500 g filetów białej ryby o zwartym mięsie, pokrojonych w duże kawałki
10 liści curry
3/4 łyżeczki garam masala
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Do podania:
2-3 łyżeczki soku z cytryny
50 g posiekanej świeżej kolendry

Przygotowanie: Rozgrzać na patelni olej arachidowy, włożyć gorczycę, goździki, strączki kardamonu i cynamon i smażyć, mieszając, przez 20 sekund. Dodać połowę cebuli i smażyć 4-5 minut, aż zmięknie. Tymczasem umieścić resztę cebuli, imbir, czosnek i mieloną kolendrę w blenderze, wlać 100 ml mleka kokosowego i zmiksować na gładką pastę. Przełożyć pastę do przypraw z cebulą, dodać papryczki, posolić i zamieszać. Przykryć pokrywką i gotować na małym ogniu 12-15 minut, od czasu do czasu potrząsając rondlem. Dodać resztę mleka kokosowego, wodę, liście curry, garam masalę i kawałki ryby, doprawić pieprzem i podgrzewać 3-5 minut, aż ryba będzie ugotowana. Przed podaniem dodać sok z cytryny i świeżą kolendrę, wymieszać. Podawać z cytrynowym ryżem - ja podałam po prostu z basmati, doprawionym nutą kardamonu.

Źródło: Program na kuchni.tv. "Łatwa kuchnia indyjska"

Smacznego.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Kicia i Kocia Ciocia.


Dziś będzie o mojej kici, Briczolli. Ja wiem, że to blog kulinarny i od razu wszystkich uspokajam - pasztetu z niej nie zrobiłam :-D, za to towarzyszkę - kuchenną i nie tylko - mam z niej wspaniałą.


Zwykle leży na poduszce na parapecie lub na krzesełku pod stołem, a gdy smakowite zapachy do niej dobiegają nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, jest przy nogach, ociera się i mruczy. Kiedy na balkonie kadry łapię, ona to podgryzie jakiś zwisający frędzel, to wespnie się powąchać co tam ciekawego jest na stołeczku i tym sposobem obok niezliczonych już zdjęć jedzenia, mam pokaźną kolekcję kocich kadrów. Taką atencję jednak do niedawna wykazywała tylko względem mnie lub jej PANA*.


Ostatnio jednak, gdy przychodzi Ciocia Oczko, Briczolla popatruje ciekawie co tym razem szalonej ciotce do głowy skoczy. Czy w paparazzi się będzie bawić, czy pomizia po futerku czy może jakimiś smakołykami nakarmi? Nie muszę mówić, że ta ostatnia opcja jest ulubiona, ale i pierwsza wywołuje coraz żywsze zainteresowanie. Początkowo kicia ignorowała całkowicie wszelkie próby zrobienia jej zdjęcia, skutkiem czego można było jej cyknąć dobrą setkę zdjęć ... tej samej pozycji. Z czasem jednak zaczęła coraz bardziej interesować się co to czarne pudełko robi, tym bardziej że Kocia Ciocia najróżniejsze, czasem wręcz karkołomne pozycje przybiera, aby te fotki zrobić.


I tak kilka dni temu razem z Oczko obfotografowałyśmy nasz obiadek, a Briczka siedziała to na parapecie, to w kącie balkonu, popatrując na nas z miną pełną pobłażliwego zaciekawienia**. Aż zastanawiałam się co jej w główce siedzi. Czy myśli nad tym co te dwie szalone, dwunożne i łyse (łyse z punktu widzenia kota, of kors) baby robią nad tą miseczką smakowicie pachnącej rybki, zamiast ją zjeść? Czy też może wszystko rozumie i tylko w pełnej zwątpienia co do naszych zdrowych umysłów pozie, czeka aż wyszalejemy się cykając dziesiątki zdjęć?


Tak czy siak, potem przychodzi czas obiadu. Mój Ukochany wraca z pracy, ja nakładam ryż i rybę na talerze, wszyscy zanosimy talerze i kubki z herbatą na stół. Kilka pierwszych kęsów, kilka pierwszych słów i ... i dzieje się rzecz niesłychana. Kicia, która jeszcze nigdy nikomu poza nami nie dała się wziąć na kolana, sama wskakuje na kolana Oczka. Czy to ta rybka taką ją skusiła? Być może. Niezwykle aromatyczna, lekko kwaskowata dzięki tamaryndowcowi i pomidorom, uzupełniana słodyczą zeszklonej i uduszonej cebuli oraz z wyraźnym, lekko gorzkawym smakiem kozieradki. Ryba w tym gęstym, oblepiającym sosie smakowałaby równie doskonale zawinięta w pitę, z porcją chrupkich warzyw, przegryzana na pikniku.

A Briczolla? Nie, nie dostała nic z talerza***, za to głaskaniom i mizianiom nie było końca. Tak to może zaskoczyć i wywołać wiele śmiechu koci domownik, gdy w kimś znajdzie sobie Kocią Ciocię ;-)


* Mój Ukochany jest niezaprzeczalnie najukochańszym PANEM przez same duże litery, a to dlatego że bezustannie wykazuje się niezachwianym uwielbieniem, wręcz ubóstwieniem dla kici :-) Znacie ten kawał ... Myśli sobie pies "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszą być bogami", myśli sobie kot "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszę być bogiem" :-D
** kto ma kota ten wie jak to kot potrafi patrzeć się na innych z charakterystyczną, kocią wyższością :-), a kto nie ma niech poogląda o kocie Simona.
*** poza kupowaną u weterynarza specjalną karmą niestety nie może nic innego jeść.


Łosoś ala po keralsku

Składniki:
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka nasion gorczycy
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 łyżka drobno posiekanego czosnku
2 małe cebule, posiekane w piórka
10 liści curry (suszone)
szczypta płatków chilli
szczypta kurkumy
1 strączek czarnego tamaryndowca
1 puszka pomidorów, zmiksowanych
duża szczypta mielonych nasion kozieradki
750 g dzwonków łososia (może być inna ryba, najlepiej bez skóry i ości)
sól do smaku

Przygotowanie: Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam gorczycę, przykryłam pokrywką i smażyłam 20-30 sekund, aż zaczęłam strzelać. Dodałam imbir, czosnek, cebulę i liście curry, i smażyłam 2-3 minuty, stale mieszając, aż czosnek i cebula się zrumieniły. Zmniejszyłam ogień, dodać chilli i kurkumę. Dokładnie wymieszałam i smażyłam, aż przyprawy zaczęły pachnieć. Wlałam zmiksowane pomidory, wsypałam kozieradkę, wrzuciłam strączek tamaryndowca, wymieszałam i włożyłam ryby, przykrywając je sosem. Patelnię przykryłam pokrywką i dusiłam na malutkim ogniu ok. 10-15 minut (zależnie od wielkości, u mnie 15 bo dzwonka były duże). Po tym czasie wyjęłam dzwonka z sosu, zdjęłam z nich skórę, wyjęłam ości i podzieliłam na duże kawałki. Łososia włożyłam do sosu, wyłączyłam gaz i zostawiłam pod przykryciem na ok. 1 godzinę (jeśli sos jest zbyt płynny, należy go odparować przed włożeniem do niego znów ryby). Po tym czasie ryba powinna przejść już mocno smakiem sosu. Można ją delikatnie podgrzewać, ale nie za gwałtownie by ryba nie stała się sucha. Podałam z ryżem basmati.

Oryginalny przepis nie zawiera pomidorów, ma inne proporcje składników i inny sposób przygotowania od momentu dodania ryby. Link poniżej.

Źródło inspiracji: Program na kuchni.tv: Łatwa kuchnia indyjska 2

Smacznego.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Zupny cykl.


Niedawno obiecałam Wam mały zupny cykl. Obiecałam, ale najróżniejsze zdarzenia życiowe uniemożliwiły mi napisanie tych kilku postów. Nie chcę jednak stracić wspomnień o smakowitych miseczkach, pełnych parującej (lub nie) zupy. Zabieram się więc za zbiorcze wspominki.


Na pierwszy ogień idzie najprostsza z najprostszych zup. Tylko dobry warzywny bulion, kilka ziemniaków, sól i pieprz i to coś co sprawi, że smak kartoflanki będzie miał ten mały przekręt. U mnie była to późnojesienna francuska pietruszka. Piękne, drobniutkie listki, delikatny smak, lekko gorzkawy. Zielone liście pietruszki zwykle służą jaką przyprawa lub dekoracja, tutaj jednak jej drobniutka odmiana - trybula wybija się na pierwszy plan. Popijana z kubeczka, zagryzana grzanką z serem i wspaniały, jesienny lunch gotowy*.


A kiedy zima na dobre zagościła już za oknami, kiedy potrzeba czegoś wyrazistego i sycącego, sięgam do szafki po jedną z licznych odmian soczewicy. Tym razem na blacie pojawiła się soczewica pomarańczowa i zapuszkowane pomidory, w garnuszku czekał już bulion. Jakby tu jednak dodać zupie smaku? zastanawiałam się. Może dodać wędzonki lub jakiś ziół? W głowie przeszukiwałam smaczne połączenia - kuchnia francuska, angielska, niemiecka, polska ... zaraz, zaraz, a może coś egzotycznego. A jak egzotycznie to musi być moja ukochana kuchnia indyjska! Garam masala sama wpadła mi w łapki, potem już tylko mała patelnia i typowa dla kuchni dalekich Indii tarka czekała, by przyozdobić i dodać smaku wlewanej do miseczek pomidorowej z soczewicą. Ostrość, ziemistości i słodycz tarki, wraz z gorzkawym i słonym smakiem zupy. Tego dnia na deser był shrikhand.


Dni mijają, ale zima wciąż mocno trzyma świat w swoich okowach. Zapragnęłam słońca, zapragnęłam lekkiej bryzy na twarzy, szumu drzew i zacienionego tarasu na którym jadłabym chłodną pappa pomodoro. Ale zimą nie ugotuję przecież tej zupy. Brak bazylii, zapuszkowanym pomidorom, choć smacznym, brakuje słońca. Czemu jednak nie zaprzęgnąć odrobiny wyobraźni. Na dworze choć zimno sprawia, że odsłonięte palce grabieją, a nos czerwieni się od chłodu, jasne promienie słońca wesoło igrają na balkonie. Zróbmy więc zimową pappa pomodoro, a potem gdy wiosłując łyżką po talerzu będziemy jeść, przyprawmy danie szczyptą wyobraźni ... i już po chwili jesteśmy w Toskanii. Gwarantuję, że będą powtórki.


Wielkanoc, wiosna budzi się do życia na całego, w lodówce został nadmiar śmietany do paschy i zbyt mocno ukiszone ogórki, z których nie powstał sos tatarski. Mnie znów uziemiła choroba ... tym razem angina. Leżę w łóżku, gruźliczy kaszel zabiera mi siły i oddech. Odechciewa się wszystkiego, nawet jeść. Ale jeść trzeba. Wstaję z łóżka, patrzę na zegarek. Za kilka godzin wróci mój Ukochany i zrobi mi obiad, ale już teraz zjadłabym coś ciepłego. Z zamrażalnika wyjęłam bulion z pieczonego niedawno kurczaka, a z lodówki ogórki i podgotowane dzień wcześniej ziemniaki, teraz tylko zetrzeć ogórki i wszystko połączyć, na nic więcej nie mam siły ... no może poza sięgnięciem do szafki po czarnuszkę. Czarne aromatyczne nasionka i kojarząca się z nimi książka "Zupa z granatów", takich smakowitych skojarzeń było mi potrzeba by odegnać pesymistyczne myśli o moim zdrowiu, a zacząć rozważać co już niedługo upichcę ...

... siedząc w łóżku, wiosłowałam łyżką w miseczce, zajadając ogórkową, a w myślach układałam sobie kolejne posiłki. Od razu było mi lepiej ... zaraz, zaraz w lodówce mam chyba łososia ... ciekawe co z niego upichcę ... a może nie będę sama w kuchni :-)

* a za te piękne zdjęcia (te pappa pomodoro również) wielki cmok dla mającej niezłe oczko Oczka :***



Kartoflanka z trybulą

Składniki:
kilka ziemniaków
bulion warzywny
sól i pieprz
duży pęczek pietruszki francuskiej (trybuli)

Przygotowanie: Ziemniaki obrałam, pokroiłam z grubsza i ugotowałam do miękkości w bulionie. Zmiksowałam, doprawiłam do smaku i dodałam drobno posiekaną pietruszkę francuską.

Pomidorowa zupa z soczewicy z tarką

Składniki:
Bulion warzywny
1 szklanka soczewicy pomarańczowej
1 puszka pomidorów krojonych
1 łyżeczka garam masali
sól i pieprz

1 łyżka oleju arachidowego
szczypta nasion brązowej gorczycy
szczypta nasion kolendry
szczypta czarnuszki
1 cebula cukrowa, pokrojona w paseczki

Przygotowanie: W bulionie zagotowałam do miękkości soczewicę. Dodałam pomidory, garam masalę, zagrzałam i doprawiłam do smaku solą i pieprzem. Przed podaniem na patelni przygotowałam tarkę. Podgrzałam olej z nasionami i cebulą przez 2-3 minuty na średnim ogniu. Nasiona powinny zacząć pachnieć, a cebula lekko zmięknąć, pozostając jednak wciąż lekko chrupka. Do każdego talerza zupy, dodałam po łyżce tarki.

Pappa pomodoro (wersja zimowa)

Składniki:
1-2 łyżki oliwy
3-5 ząbków czosnku, w plasterkach (ilość zależnie od gustu)
2 łyżki suszonej bazylii
3 puszki (400 g.) całych pomidorów, wraz z sokiem
1 chleb wiejski (jasny, dziurzasty) lub 2-3 ciabatty, skórka odkrojona, miąższ pokrojony w dużą kostkę
sól, pieprz
trochę wrzątku
jak najlepsza oliwa z oliwek

Przygotowanie: Na oliwie podsmażyłam czosnek i bazylię, potem dorzuciłam pomidory i gotowałam na niewielkim ogniu przez 25-30 minut, rozgniatając pomidory łyżką, tak by stopniowo się rozpadły, ale pozostały gdzieniegdzie małe kawałki. Na koniec doprawiłam solą i pieprzem. W tym czasie w oliwie Carapelli i suszonej bazylii obtoczyłam chleb. Dorzuciłam do pomidorów, wyłączyłam ogień i odstawiłam do przestudzenia. Można dodać odrobinę wrzątku, jeśli sok z pomidorów za bardzo wyparował. Konsystencja nie przypomina zupy, raczej bardzo gęsty gulasz. Nie mieszać zanadto, by nie rozdrobnić chleba za bardzo. Podawałam ciepłe, ale nie gorące, polane oliwą i posypane solą morską.

Zupa ogórkowa

Składniki:
1 1/2 l. bulionu z pieczonego kurczaka (patrz niżej)
5-6 szt. dużych ogórków kiszonych, startych na tarce o grubych oczkach
1 łyżka czarnuszki
1 kg ziemniaków, pokrojonych w kostkę, ugotowanych na prawie-miękko
śmietana do smaku
pieprz

Przygotowanie: Do gotującego się bulionu dodaję tarte ogórki wymieszane z czarnuszką. Zagotowuję, zmniejszam ogień do minimalnego, wrzucam ziemniaki, przykrywam garnek i zostawiam na ok. 30 minut. Ogień nie może gotować już zupy, tylko raczej utrzymywać jej temperaturę, by smaki się przegryzły, a ziemniaki nabrały smaku zupy. Podać z dobrą śmietaną i ew. ze świeżo zmielonym pieprzem.

Bulion z pieczonego kurczaka

Składniki:
Korpus i resztki z pieczonego kurczaka
1 cebula, umyta, nieobrana
2-3 marchewki, z grubsza pokrojone

2-3 pietruszki, z grubsza pokrojone
3-4 łodygi selera naciowego, z grubsza posiekane
1/2 selera, z grubsza pokrojony
opcjonalnie: główka fenkułu
6-7 ziarenek ziela angielskiego
8 ziarenek pieprzu czarnego
2-3 liście laurowe
1 duża łyżka suszonego lubczyku
tymianek (świeży lub suszony), do smaku
opcjonalnie: 125 ml. wina lub wermutu
sos sojowy/sól

Przygotowanie: Resztki z kurczaka wraz z warzywami wkładam do brytfanki, w której się piekł. Dodaję też zioła, bez przypraw w nasionach i liści laurowych. Piekę ok. 1 godziny w 200 stopniach Celsjusza, aż do mocnego zrumieniania, ale nie do przypalenia (najlepiej na najniższym poziomie piekarnika). Potem całość przełożyłam do dużego garnka (5-litrowego), wraz ze wszystkimi sokami jakie wyciekły z kurczaka i warzyw. Zalałam to wszystko ok. 2-3 litrami wrzątku, dodałam liście laurowe, ziele angielskie, pieprz ziarnisty oraz wermut. Gotowałam na niewielkim ogniu ok. 1 godziny. Po tym czasie odcedziłam wywar, doprawiłam solą/sosem sojowym i odstawiłam, by na górze zebrał się tłuszcz. Tłuszcz zebrałam łyżką, bulion rozlałam do pojemniczków i zamroziłam.

Pozostałe z bulionu mięso i warzywa można przerobić na farsz do pasztecików lub pierogów.

Uwaga: ponieważ nie miałam wszystkich wymienionych warzyw w domu, dodałam trochę ekologicznej mieszanki suszonych warzyw.



Smacznego.

czwartek, 28 stycznia 2010

Zlot Dziewięciu Smakoszek ... czas pełen Smakowitego Szczęścia.


Gdzieniegdzie wyszperane lubiane i nielubiane składniki - "nie cierpię wieprzowiny", "nie lubię pieczarek", "a ja ananasa", skojarzenia - "egzotyczna Basia", "pierwszy dzień, późny przylot, zmęczenie", "spotkanie całego babińca", "trochę francuskiego wyszukania i makaronikowa nauka" ... tak szły przez ostatnie tygodnie, ba nawet miesiące moje obmyślania nad menu na zlot Dziewięciu Smakoszek.


Zaczęło się od bOczkowych uciech. W końcu wiadomo wszem i wobec, że nie ma to jak podsmażony boczuś zimową porą, a skoro mój mąż, jako pierwszy miłośnik takowegoż oraz Oczko, co to mięsnie zdeprawowana już zupełnie została, głównymi degustatorami obiadu byli, więc risotto z nim musiało się pojawić. Dla mnie, miłośniczki na ostro podsmażonej dyni, z duża dawką kuminu i niewielką suszonej papryczki, doszedł jeszcze ten dodatek, kilka kropli soku z limonki, parmezan i obiad trudny do zapomnienia. Pozostało jeszcze tylko dopiąć na ostatni guzik przygotowane gadżety i zaczynamy zlot pełną parą.


I zaczął się dzień, gdy na stole pojawiały się dania i napitki godne swej nazwy - Comfort Food. W końcu trzeba było jakoś ten późny wieczór, mroźny i wyczekany dodatkowo podkreślić, gdy z lotniska odebraliśmy szaloną Polkę. W łapkę więc poszły lepkie pałki z kurczaka, słodko słone, z sosem który przyjemnie spływał po palcach, a na talerzach tworzył wyborne kałuże ... w sam raz do wycierania ich kawałkiem chleba. Chrupka zielona fasolka i szklanka wody tworzyły przeciwwagę dla wyrazistości smaków kurczaka, przyjemnie łagodząc ostrość imbiru, słodycz i słoność, które na podniebieniu toczyły swoje boje.

Ten wieczór spędziliśmy przy stole, rozmawiając, śmiejąc się, poznając, aż nadeszła noc i czas na spanie, by nabrać sił na kolejne dni pełne uciech ... kulinarnych i towarzyskich.


I tak obudziliśmy się w dniu indyjskim. Czemu indyjskim? Gdyż dla mnie Indie to piękna i smakowita egzotyka, a z tym właśnie kojarzy mi się Wędrowniczka Basia, która przed południem pojawiła się na lotnisku. A skoro egzotyka, więc i odpowiednie do tego menu. Już wcześniej wiedziałam, że przygotujemy curry z wołowiny, a do tego łagodzącą ostrość raitę, ale dzięki podarunkowi Basieńki mogliśmy również spróbować chutney'a z tamaryndy z bananami. Zdjęć, krojenia, przecierania było co nie miara. Tym razem więcej nas gotowało w moim szczęśliwym zakątku, a pogaduszkom i śmiechom nie było końca.


Jak się można domyślić, gdy tyle Babeczek gotuje razem, brudne naczynia gromadzą się w prawdziwe góry. Oczywiście zmywarka robiła swoje, każda z nas też zmywała więcej lub mniej, ale niepodważalne pierwsze miejsce i obiecany przeze mnie pomnik zdobyła Oczko. Bez tej drobniutkiej osóbki nic w czasie tego zlotu nie byłoby tak wspaniałe i tak udane. Teraz więc choć w taki drobny sposób chcę podziękować tej Kochanej Osóbce, która pomagała mi nie tylko przed, nie tylko w trakcie, ale i po całym zlocie, a wspólnie spędzony z nią czas jest dla mnie ... bezcenny, nie do opisania ... Dziękuję Kochana :*


Tamta indyjska uczta, blask świec, brunatno, żółte kolory na talerzach, odżywione zielenią kolendry czy kremowym kolorem raity skończyła się za szybko. Czas w tak wspaniałym towarzystwie mija wspaniale, ale też zlatuje tak szybko, że nim się obejrzeliśmy nastała sobota, powitanie Truskawki i Kolacja nad Kolacjami, z gwiazdą wieczoru, czyli Dżordżem (o nim następnym razem), a potem niedziela - dzień francuski. Nauka pieczenia makaroników pod okiem Mistrzyni, kawa w kawiarni z Weekendową Przylepą, spacer w siarczystym mrozie do sklepu po chipsy i wino, a potem znów wspólne gotowanie, krojenie, mieszanie i ... fotografowanie.


Wszystko po to by w czasie wieczornej kolacji na stole pojawił się klasyk francuskiej kuchni ... boeuf bourguignon i rozpływające się w ustach słodko-kwaśne ziemniaczki skarmelizowane wraz z czerwoną cebulką i całymi ząbkami czosnku. Rozpływające się ustach kawałki wołowiny uduszonej w burgundzie z mieszanką smaków, jaką opracowałam w czasie kilku lat przyrządzania tego jednego z moich ulubionych dań, uzupełniały swoją mięsność przez ziemistą słodycz marchewek, wyrazisty sos mocno zredukowany oraz balsamiczną kwaskowatość pieczarek i szalotek. Tym razem pieczarki wraz z szalotkami zamiast połączyć się z całością dania tuż przed podaniem, podane zostały osobno by basine gusta zadowolić, a ja przy okazji odkryłam niezwykle smakowity, a przy tym i elegancki sposób podania tego wydawałoby się już tak dobrze znanego dania.

Dzień BOczkowy, Dzień Comfort Food, Dzień Indyjski, Dzień Amerykański, Dzień Francuski ... dni pełne smaków, po brzegi wypełnione słowami, spojrzeniami, radością. Dni, które stworzyły we mnie wspomnienia cenne i bogate, dając mi majątek doznań tak ogromy, że aż ciężko opisać to słowami przelewanymi na papier. Jedno jednak słowo wydaje się najbardziej doskonałe - zarówno przez swą prostotę jak i złożoność ... Dziękuję Dziewczynki i mój Ukochany Mężu ... Dziękuję Wam za Radość jaką przeżyłam, za Szczęście jakie razem stworzyliśmy :*

Risotto z dynią i boczkiem

Składniki:
1 łyżka oliwy
4 szalotki, drobno posiekane
200 g. ryżu carnaroli/arborio
75 ml. wermutu
600-750 ml bulionu warzywnego (musi być gorący w czasie dodawania go do ryżu)
250 g boczku, w plasterkach, pokrojonego w paseczki
500 g dyni, pokrojonej w kostkę
kmin rzymski
chilli w płatkach
sól i pieprz
parmezan
masło
limonka

Przygotowanie: Risotto przygotować tak jak tutaj. Boczek przesmażyć do lubianej chrupkości i odłożyć na talerz wyłożony pergaminem. Część tłuszczu odlać, a na reszcie podsmażyć kostki dyni posypane świeżo uprażonym i utartym kminem z chili, solą i pieprzem. Przed podaniem, ale już po odpoczywaniu risotto wymieszać z dynią, sprawdzić konsystencję i smak (ew. doprawić solą lub pieprzem), na talerzach posypać boczkiem i skropić limonką.

Glazurowane udka kurczaka
(3-4 porcje)

Składniki:
oliwa
6 udek z kurczaka (same pałki)
sól i pieprz (lepiej pominąć sól)

Glazura:
5 łyżek miodu
2 łyżki sosu rybnego
1 łyżka jasnego sosu sojowego
sok z 1/2 cytryny
2 łyżki octu ryżowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka świeżo tartego imbiru

Przygotowanie: Piekarnik nagrzałyśmy do 200 stopni Celsjusza (termoobieg). Naczynie do zapiekania natłuściłyśmy oliwą i ułożyłyśmy w nim posmarowane oliwą, posypane solą i pieprzem pałki. Piekłyśmy przez 20 minut. W tym czasie Oczko przygotowała glazurę mieszając wszystkie składniki w miseczce. Potem wyjęłyśmy kurczaka z piekarnika, oblałyśmy go dokładnie glazurą i piekłyśmy 20-30 minut, przewracając kilka razy i podlewając. Na koniec pałki wyjęłyśmy z piekarnika, pozostałą glazurę przelałyśmy do rondelka i zredukowałyśmy na dużym ogniu. Podałyśmy z fasolką zieloną z wody i chlebem na zakwasie (jeden to litewski, drugi z rodzynkami).

Źródło inspiracji: Gordon Ramsay "Zdrowa Kuchnia"

Curry z wołowiny
(8-10 osób)

Składniki:
2 kg wołowiny, pokrojonej na kawałki wielkości kęsa
4 łyżeczki garam masali
4 łyżki jogurtu bałkańskiego

oliwa
4 duże cebule, pokrojone w paski
4 żabki czosnku, posiekane
5 cm korzeń imbiru, starty na tarce
4 łyżki przecieru pomidorowego
2 łyżki cukru pudru lub do smaku (pominęłyśmy)
800 g krojonych pomidorów z puszki
bulion wołowy (z kostki ekologiczny) - ilość na oko (w przepisie 800 ml, ale to za dużo)
gałązki z 1 krzaka kolendry (liście odłożone do dekoracji)
8 nasion kardamonu
ok. 20 liści curry (suszonych, w całości)
2 długie papryczki chilli (oryginalnie powinno być ich 6, wtedy zasługiwałby na swoje oryginalne miano jako pikantne curry)

Mieszanka przypraw:
4 łyżeczki ziaren kolendry
4 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego
1 łyżeczka ziaren kopru włoskiego
1 łyżeczka ziaren kozieradki
4 łyżeczki łagodnego proszku curry
1 łyżeczka mielonej kurkumy

Przygotowanie: Mięso zamarynowałam w jogurcie i garam masali (oryginalnie też w soli i pieprzu, ale z zasady nie marynuję mięs w soli, chyba że w sosie sojowym lub rybnym). W tym czasie uprażyłam nasiona z mieszanki przypraw, wrzuciłam do moździerza, utarłam i dodałam curry i kurkumę. Cebule i czosnek posiekały Babeczki, starły imbir. Potem to już była chwila przy garnku. Na oliwie podsmażyłam do zeszklenia (nie zbrązowienia) cebulę, czosnek i imbir. Dusiłam ok. 10 minut aż wszystko było miękkie. Zdjęłam pokrywkę dodałam mieszankę przypraw i odrobinę oliwy by wszystko jeszcze przez chwil e podprażyć. Potem dodałam przecier pomidorowy i smażyłam kilka chwil. Na koniec wrzuciłam pomidory z puszki, gałązki kolendry, kardamon, liście curry, papryczki w całości (nakłułam je tylko by nie popękały) oraz mięso z marynatą. Dolałam bulionu tylko tyle by zakrywał wszystko. Dusiłam ok. 2 godzin (można do 3, jeśli kawałki mięsa są duże). Zajadałyśmy go z ryżem, tamaryndowym chutney'em Basi i pomidorowo-ogórkową raitą, popijając indyjskim winem od Karolci.

Źródło inspiracji: Gordon Ramsay "Zdrowa Kuchnia"

Pomidorowo-ogórkowa raita

Składniki:
1 1/2 kubeczka jogurtu bałkańskiego
1 łyżka uprażonego kminu rzymskiego, zmielonego w moździerzu
2 ogórki, obrane, bez pestek, drobno posiekane
3 kopiaste łyżki pomidorów z puszki (w sezonie lepiej dać pomidora - 1 lub 2, bez pestek, posiekanego)
natka kolendry, drobno posiekana
sól i pieprz

Przygotowanie: Wszystkie składniki delikatnie wymieszałam. Odstawiłam na kilka godzin do lodówki. Wyjęłam na ok. 20 minut przed podaniem.

Źródło: wolna inspiracja wszelkimi przepisami na lekką raitę.

Boeuf bourguignon
(8-10 porcji)

Składniki:
oliwa
25 dag boczku surowego wędzonego, pokrojonego w kostkę
1,8 kg wołowiny, pokrojonej w grubą kostkę
3-4 marchewki, pokrojone w grube słupki
2-3 duże cebule, pokrojone w paski

1 butelka Burgunda (lub Bordeaux, Merlot, Cote du Rhone, a nawet Beaujolais Nouveau)
1-2 łyżki przecieru pomidorowego (opcjonalnie)
kilka suszonych grzybów
kilka suszonych pomidorów, osączonych z oliwy, pokrojonych w paski
kilka ząbków czosnku, posiekanych
rozmaryn (ilość zależna czy świeży czy suszony - suszonego daję ok. 1 łyżki)
tymianek, ew. cząber (ilość zależna czy świeży czy suszony - suszonego daję ok. 1 łyżki)
3-4 liście laurowe
bulion wołowy (tyle by zakryć składniki (mięso i warzywa nie powinny pływać w sosie, mogą odrobinę wystawać)
sól i pieprz (odrobinę, lepiej dosolić na końcu, gdyż smaki się koncentrują)

500 g pieczarek, małych lub pokrojonych na kawałki
500 g szalotek, pokrojonych w szóstki jeśli duże
masło
sól i pieprz
czosnek
balsamico

Przygotowanie: W dużym garnku w którym później wszystko się będzie dusić obsmażam boczek (dodaję oliwę, jeśli jest mało tłusty). W tym czasie na patelni obsmażam na oliwie mięso, każdy kawałek tylko przez chwilę, by zamknąć pory w mięsie. Kawałków na patelni nie może być za dużo, gdyż obniża to temperaturę oliwy. Obsmażone mięso przekładam do garnka z obsmażonym boczkiem (ten garnek nie może póki co stać na ogniu). Po obsmażeniu całego mięsa przez chwilę obsmażam cebulkę, tylko dla lekkiego zeszklenia, deglasuję patelnię odrobiną bulionu i wlewam wszystko do garnka z mięsem. Dorzucam marchewkę, posiekany czosnek, grzyby, suszone pomidory, przecier, zioła, przyprawy i wlewam wino. Dolewam bulionu. Duszę na malutkim ogniu przez ok. 2-3 godzin lub trzymam w piekarniku w temperaturze ok. 150-160 stopni. Gdy mięso jest już gotowe, wyjmuję je łyżką cedzakową do miski (razem z warzywami) i sos redukuję (dzięki temu nie trzeba zagęszczać go mąką). W tym czasie na maśle przesmażam pieczarki i szalotki z odrobiną soli i pieprzu, na koniec deglasuję wszystko octem balsamicznym (lub esencją balsamico) i dodaję do zredukowanego sosu razem z mięsem i warzywami. Doprawiam jeśli trzeba solą lub pieprzem, ew. można dorzucić trochę masła dla ładnego, gładkiego sosu. Podaję z pieczonymi ziemniakami (tym razem z tymi).
Tym razem ponieważ jedna z gości nie przepada za pieczarkami, pieczarki z szalotkami były podane osobno, tak by każdy mógł dołożyć ich sobie zgodnie z upodobaniami.
Koniecznie podawać z czerwonym winem.
Zwykle podaję też z zielonym groszkiem ... o ile o nim nie zapomnę :-)

Źródło: nie mogę powiedzieć, by boeuf bourguignon był mojego autorstwa, gdyż to klasyk francuskiej kuchni. Ta jednak metoda jego wykonania, te proporcje są w pełni moje i ... zmienne jak ja :-) Czasem mam ochotę na dodatek pomidorowy, czasem na inne zioła. Jestem dosyć elastyczna w czasie gotowania tego dania, również w zakresie używanego wina - byle by było czerwone i tym razem nie może to być wermut.

Smacznego.

piątek, 27 listopada 2009

Indyjskie rozkosze ...


... stołu. Nie inaczej, a właśnie rozkosze. Odpływamy w zachwycie jedząc te dania i choć nie należą do tych najbardziej fotogenicznych, to nie można o nich zapomnieć, trzymać ich w ukryciu przed światem. Zapraszam więc Was na kolejną zmysłową ucztę pełną korzennych, egzotycznych aromatów.


Najpierw były kofty. Ulubione danie Vikrama Vij, kucharza, restauratora i pasjonata jedzenia - jednego z dwóch moich źródeł inspiracji kuchnią indyjską. Delikatne kotleciki z mielonego mięsa są znacznie lepsze z jagnięciny, niż z mieszanki wieprzowiny i indyka, ale niezależnie od wersji ich mocno aromatyczne, korzenne smaki doskonale smakują zajadane w towarzystwie żółciutkiego od kurkumy i curry sosu jogurtowego, łagodzącego ostrawy smak koft. Gdy dodamy do tego jeszcze ziemniaczaną masalę, kremowe i pełne smaków puree ziemniaczane z naszych myśli długo nie będziemy mogli pozbyć się przyjemnego rozmarzenia i chęci na wypróbowywanie coraz to nowych indyjskich smaków.


Dlatego najszybciej jak to możliwe zabieramy się za kolejne egzotycznie brzmiące danie - jalfrezi z kurczakiem. Przepisów na to (podobnie jak i inne dania z tej kuchni) jest tyle ile kucharzy i kucharek je przygotowujących i o każdym można powiedzieć, że jest autentyczne i niezwykłe. Wszystko to dzięki słodkawemu posmakowi papryki długo duszonej z charakterystycznymi dla każdego curry przyprawami, pomidorami i delikatnym mięsem z kurczaka. Sos zagęszczony mięciutką cebulką przyjemnie oblepia ziarenka ryżu, dopełniony świeżym smakiem nieodzownej kolendry oferuje nam obiad, którego długo nie zapomnimy.


Może w takim razie na chwilę pozostawimy dania mięsne i odpoczniemy przy wegetariańskim specjale, pełnym miękkich, choć wciąż jędrnych warzyw. Kolory i zapachy przyprawiają o zawrót głowy przenosząc nas do Pendżabu. Parujące miseczki w natchnionym niemalże skupieniu podnosimy do twarzy, by wdychać nieziemskie aromaty aloo gobi. Aby stać się pełnoprawnym obiadem, czegoś jednak potrzebowało to danie.

Pomyślmy ... miało być wegetariańsko? Dobrze, tak też i będzie. Chrupkie placuszki z cukinii i ziemniaków, ze słoną fetą i ożywczym smakiem mięty wprawdzie nie wywodzą swoich korzeni z dalekich Indii, bliższe będąc raczej śródziemnomorskim klimatom, ale to właśnie dzięki nim tamten obiad stał się smakowitym połączeniem smaków i regionów.


Jak już na dobre wniknęliśmy w zakamarki Indii, nie możemy nie spróbować największego smakołyku. Kurczak tandoori, tradycyjnie pieczony w niemożebnie gorących glinianych piecach, dzięki wysokiej temperaturze i krótkiemu czasowi pieczenia pozostaje wilgotny, ale i zyskuje tak uwielbianą chrupiącą skórkę. Bez obaw jednak. Również z domowego piekarnika możemy wyciągnąć te niezwykłe smakołyki, a potem zanurzać je w łagodzącej rozpalone podniebienie raicie, zagryzając chlebkami naan lub ryżem basmatii oraz kawałkami pomidorów, których sok będzie spływał nam po brodzie. Właśnie wtedy czujecie w pełni tą rozkosz, zachwyty przy stole nie kończą się jeszcze długo, a biesiadnicy jeszcze nie raz proszą o dokładkę.


Powtórkom nie było końca również wtedy, gdy na stole pojawiły się talerze z ostro-słodkim sosem, ukrywającym ugrillowane kawałki kurczaka. Jeszcze raz marynata z jogurtu, tak typowa dla tej kuchni, okazała się doskonała by nadać smak i zabezpieczyć mięso kurczaka przed wysychaniem. Sam kurczak jednak byłby bladym tylko naśladowcą, gdyby zapomnieć o wybornym śmietanowo-pomidorowym sosie. Intensywny posmak ziemistego kminu i ostrej chili, zaokrąglone zostały dzięki dodatkowi cynamonu, jaki wniknął w soczyste kawałki mięsa. Jeszcze tylko niedbale odrywane kawałki chlebka naan, wzbogaconego o wyrazisty posmak czarnuszki i już wkrótce puste talerze pozostały jedynym wspomnieniem obiadu.


Najwspanialsze jednak dzieło na naszym suto zastawionym stole*, pełnym indyjskich rozkoszy ukryło się za najmniej fotogeniczną fasadą. Beżowy od korzennych przypraw sos, pełen był zaskakujących smaków, jakie zyskał chociażby dzięki migdałom, czosnkowo-imbirowej paście czy uprażonej mieszance przypraw. Najbardziej fascynujący był jednak dla mnie sposób przygotowania tego dania. Murg Makhani, gdyż tak właśnie nazywa się to danie, jakie wynalazłam u Meety, mojego drugiego źródła indyjskich inspiracji, smaży się i piecze przez łącznie prawie godzinę, a mimo to niewielkie kawałki kurczaka pozostają wilgotne i niezwykle aromatyczne. Kremowy i maślany sos, o najbogatszym korzennym smaku niezwykle przypadł mi do gustu, na stałe wpisując się w menu mojej Kuchni Szczęścia.


Patrząc na zaserwowane dania można by pomyśleć, że w kuchni tej brak deserów, ciast i ciasteczek. Nic bardziej mylnego. Najróżniejsze małe i duże słodkości zachwycają na samą myśl o nich. Prawdą jest jednak, że po tak niezwykle aromatycznych i bogatych w smaki obiadach prosta kawa lub herbata, czasem doprawiona masalą (dzięki Ptasiu :*) są wystarczającym dopełnieniem rozkoszy podniebienia.

Jednemu jednak deserowi nie mogłam się oprzeć zupełnie. Pełen wachlarz korzennych smaków, niezwykła słodycz, łagodzona przez delikatność migdałów i pistacji oraz neutralność mleka, a wszystko zespolone kremowym ryżem, ozdobione złotym smakiem i aromatem szafranu, władcy indyjskich przypraw. Tak, właśnie władcy ... władcy absolutnego. Choć nie jest zbyt często spotykany na codziennym stole, zastępowany raczej zacznie bardziej pospolitą kurkumą, ujawnia pełnię swego władztwa, kiedy na stół podane zostają desery. Tam najpełniej rozwija swoje skrzydła, a biesiadnicy z ciepłymi miseczkami ryżowego puddingu już na zawsze pozostaną w okowach poddańczej miłości i uwielbienia.

O tych wszystkich rozkoszach zapomnieć nie sposób. Jeszcze nie raz będę czerpać z tej najbardziej aromatycznej i korzennej kuchni świata, a Was zapraszać na te niebiańskie uczty.


* to oczywiście figura stylistyczna. Dania były przygotowywane i jedzone w ciągu kilku dni, ale tak nami zawładnęły, że w jedną wielką ucztę się przeobraziły w naszej pamięci smaków.

Kofty z sosem jogurtowym

Składniki:
1/2 kg mielonej jagnięciny lub pół na pół wieprzowiny z indykiem
2 jajka
1 pęczek posiekanej kolendry
1 łyżeczka curry
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka imbiru w proszku (dałam świeży)
1 łyżeczka garam masala
2 łyżki bułki tartej

1 łyżka oliwy

Sos jogurtowy:
1 jogurt grecki (dałam bałkański)
1 pęczek posiekanej kolendry
sok z 1 cytryny
1 łyżka curry
1 łyżka kurkumy
1 łyżka oliwy
sól do smaku

Przygotowanie: Najpierw przygotowałam sos jogurtowy, mieszając wszystkie składniki. Schłodziłam go przez kilka godzin w lodówce. Składniki na kofty wymieszałam dokładnie ręką, uformowałam owalne kotleciki. Posmarowałam je oliwą i grillowałam na patelni grillowej przez ok. 10 minut*. Podałam z sosem i ziemniaczaną masalą, udekorowane listkami kolendry.

Ważne: Vikram Vij w programie "Półka z książkami Anny i Kristiny ..." na kuchni.tv poradził, by kofty jedynie podgrillować, do nadania im charakterystycznych paseczków, ale dopiec je w rozgrzanym piekarniku przez kilka minut. Jeszcze nie zdążyłam wypróbować tego sposobu, ale wydaje się być bardzo trafny, gdyż samo grillowanie może przesuszyć mięso.

Źródło: Serwis "Ugotuj to"

Ziemniaczana masala

Składniki:
50 dag ziemniaków

1 łyżka oleju z canoli
1 łyżeczka ziaren brązowej gorczycy
1 łyżeczka kminu rzymskiego
1 łyżka ciecierzycy (może być z puszki)
1 łyżeczka żółtej soczewicy
1 czerwona chili przekrojona na połówkę oczyszczona z nasion
listki curry

2-3 posiekane zielone chili
kawałek (5 cm) posiekanego imbiru
2 posiekane cebule, drobno pokrojone
2 pokrojone pomidory, drobno pokrojone

1/2 łyżeczki mielonej kurkumy
1 szklanka wody

1/2 szklanki ugotowanego groszku
sól do smaku
1 mały pęczek kolendry

Przygotowanie: Ziemniaki ugotowałam w mundurkach, obrałam i wycisnęłam przez praskę. Rozgrzałam olej, dodałam gorczycę, kmin, ciecierzycę, soczewicę, połówki chili i listki curry. Gdy gorczyca zaczęła pękać, dodałam zielone chili, imbir, cebulę i pomidory. Podgrzałam to przez 2-3 minuty. Dodałam kurkumę, wlałam wodę i przykryłam pokrywką, dusząc wszystko przez 5 minut. Dodałam ziemniaki i groszek. Gotowałam razem przez 2 minut, stale mieszając. Doprawiłam solą. Podałam posypane kolendrą.

Źródło: Serwis "Ugotuj to"

Jalfrezi z kurczakiem

Składniki:
675 g filetów z piersi kurczaka (2 duże), pokrojonych w kawałki wielkości kęsa
1 łyżka oleju z canoli
1 łyżeczka nasion kminu
1 cebula pokrojona w kostkę
1 zielona papryka, pokrojona w kostkę
1 czerwona papryka, pokrojona w kostkę
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
2 cm korzeń imbiru, starty na tarce
1 łyżka czerwonej pasty curry
szczypta płatków chili
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kminu
1 puszka pomidorów, krojonych (400 g)
garść listków kolendry, gałązki posiekane
sól do smaku

Przygotowanie: W dużej patelni rozgrzałam olej, wsypałam nasiona kminu i smażyłam 1-2 minut. Dodałam cebulę, papryki, czosnek i imbir i smażyłam kilka minut (6-8 minut). Dodałam pastę curry i smażyłam 2 minuty. Dodałam chili, kolendrę, kmin i łyżkę wody. Smażyłam przez ok. 2 minuty. Dodałam kurczaka i smażyłam przez 5 minut. Dodałam pomidory z zalewą, posiekane łodyżki kolendry i dusiłam pod przykryciem przez 15 minut, aż mięso było gotowe i miękkie. Podałam z ryżem i fasolką szparagową, udekorowane kolendrą.

Źródło: Kuchnie Świata. Indie. Tajlandia. Indonezja (dodatek do "Kuchni", wyd. Gazeta Wyborcza)

Punjabi Aloo Gobi

Składniki:
olej z canoli
2 cm świeżego imbiru, startego na tarce
4 ząbki czosnku, drobno posiekane
450 g podpieczonych kostek ziemniaczanych
2 łyżeczki garam masali
1/4 łyżeczki kurkumy
450 g kalafiora, podzielonego na małe różyczki
1 puszka pomidorów, pokrojonych (400 g)
200 g zielonego groszku
sól
natka kolendry do dekoracji

Przygotowanie: W dużym garnku podgrzałam olej z canoli. Dodałam imbir, czosnek i podsmażyłam przez 1 minutę. Zmniejszyłam ogień, dodałam ziemniaki, garam masalę, kurkumę i szczyptę soli i smażyłam ok. 2-3 minuty. Dodałam kalafior, wymieszałam i dodałam pomidory z zalewą. Wymieszałam i gotowałam ok. 30-35 minut, mieszając od czasu do czasu, gotując tylko do momentu aż warzywa były miękkie, ale jędrne. Groszek dodałam na ostatnie 10 minut. Podałam posypane natką kolendry z ciasteczkami z cukinii i ziemniaków.

Źródło: What's for Lunch Honey

Cukiniowo-ziemniaczane ciasteczka z serem

Składniki:
3 średnie cukinie
2 średnie ziemniaki
20 dag fety
2 łyżki świeżej mięty
1 duża cebula cukrowa
jajko
sól i pieprz

Przygotowanie: Cukinie starłam na tarce, posypałam solą i odstawiłam na durszlaku na 1 godzinę by odciekło. Potem jeszcze opłukałam z soli, zawinęłam w czystą ściereczkę i mocno odcisnęłam. Ziemniaki obrałam i starłam na tarce. Dodałam pokruszoną fetę, miętę, posiekaną cebulę, sól i pieprz. Dodałam jajko i dokładnie wymieszałam. Uformowałam placuszki i ułożyłam je na blasze wyłożonej pergaminem, smarując z obu stron oliwą. Piekłam w 220 stopniach Celsjusza przez pół godziny, obracając po kwadransie. Podałam udekorowane jogurtem, jako dodatek do punjabii aloo gobi.

Źródło: Szkoła Gotowania Delii Smith

Kurczak tandoori

Składniki
1 kg kawałków udek kurczaka z kością
3 łyżki soku z cytryny
2 łyżki startego świeżego imbiru
2 łyżki drobno posiekanego czosnku
1 łyżeczka zmielonych nasion kozieradki (lub suszonych liści)
5 łyżek oleju z gorczycy (dałam olej z canoli)
1 1/2 łyżeczki przyprawy garam masala
2 łyżeczki mielonego kminu
2 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
2 łyżeczki czerwonego chilli w proszku (dałam dużą szczyptę chili w płatkach)
2-4 łyżeczki tandoori masala lub papryki w proszku
1 łyżeczka soli
150 g gęstego jogurtu
natka kolendry/natki do dekoracji

Przygotowanie: W misce umieściłam kawałki kurczaka, dodałam sok z cytryny, imbir i czosnek i wymieszałam. Dodałam kozieradkę i olej i znów wymieszałam. Cały czas mieszając, dodałam garam masala, kmin, kolendrę, chilli, tandoori masala i sól. Na koniec dodałam jogurt i dobrze wymieszałam, wmasowując w mięso marynatę. Odstawiłam do marynowania na noc do lodówki (min. 2-3 godziny). Wyjęłam z lodówki na 1 godzinę przed pieczeniem. Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni Celsjusza (termoobieg), wyłożyłam kurczaka na blachę (marynatę wylałam) i piekłam w górnej części piekarnika przez ok. 20 minut (zależnie od wielkości - należy uważać by nie przesuszyć mięsa - sok z najgrubszej części musi wypływać czysty, ale musi wypływać!). Podałam z ryżem i natką kolendry w towarzystwie ogórkowej raity (mieszanka dymki, ogórka, pomidorów i jogurtu z kurkumą i czarnuszką).

Ważne: W tym programie jeden z prowadzących kładł duży nacisk, by marynatę stopniowo wsmarowywać w kurczaka, na końcu dopiero dodając jogurt, dzięki czemu wniknie najwięcej smaku w mięso. Próbowałam i tak i tak, że przyprawy zamieszałam z jogurtem i dopiero w tym zanurzyłam kurczaka. Nie odczuwałam zbytniej różnicy, ale też za każdym razem mięso marynowałam przez noc. Może ta metoda jest lepsza, gdy krócej marynujemy.

Źródło: Nowe Imperium Kulinarne. odc. 6 (program na Kuchni.tv)

Kurczak Tikka Masala

Składniki marynaty:
4 piersi z kurczaka bez skóry, pokrojone w kostkę wielkości kęsa
250 g jogurtu bałkańskiego
1 łyżka świeżego imbiru, startego
2 łyżeczki startego kminu rzymskiego
1 łyżeczka cynamonu
szczypta chili w płatkach
2 łyżeczki młotkowanego pieprzu

Sos pomidorowy:
250 g pomidorów z puszki, pokrojonych
250 g kremówki
2 ząbki czosnku, zmiażdżone
1/2 czerwonej chili, drobno posiekanej
2 łyżeczki kminu rzymskiego, mielonego
2 łyżeczki papryki mielonej
1 łyżka ghee/klarowanego masła
garść natki kolendry do dekoracji
sól i pieprz

Przygotowanie: Składniki marynaty wymieszałam z misce. Połączyłam z kurczakiem i odstawiłam na noc do lodówki. Następnego dnia podsmażyłam na patelni grillowej kawałki kurczaka, wyjęte z marynaty. Na głębokiej patelni podgrzałam masło, podsmażyłam czosnek i chilli. Oprószyłam przyprawami i podsmażyłam przez 1 minutę, mieszając by składniki zmieniły się w pastę. Dodałam pomidory, mieszając tak by sokiem z pomidorów zdeglasować patelnię. Gotowałam na malutkim ogniu przez ok. 10-15 minut. Potem dodałam kawałki kurczaka i kremówkę. Gotowałam na malutkim gazie ok. 10 minut. Podałam z chlebkami naan, na sałacie z fasolką szparagową.

Źródło: What's for Lunch Honey, a przepis tutaj

Chlebki Naan

Składniki:
3 szklanki mąki (dałam pół na pół chlebowej i pełnoziarnistej)
200 ml ciepłej wody
1 łyżeczka drożdży instant
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka soli
2 łyżki masła (stopionego i ostudzonego) (ja dałam olej z canoli)
3 łyżki jogurtu naturalnego
1 łyżka czarnuszki

Przygotowanie: W misce wymieszałam wszystkie składniki poza wodą. Wodę dolewałam stopniowo, tylko do czasu aż zagniotłam miękkie ciasto. Wyrabiałam je aż stało się jednolite i gładkie (ok. 7 minut). Ciasto podzieliłam na 8 części, uformowałam z nich kulki i odstawiłam na blasze wyłożonej pergaminem na 10 minut. Po tym czasie każdą kulkę rozpłaszczyłam na grubość ok 1 cm i znów odstawiłam na 10 minut. Piekłam je w 220 stopniach Celsjusza (hydropieczenie) przez kilka minut (do 10), tylko do lekkiego zrumienienia.

Ważne: Znów modyfikacje wprowadziłam na podstawie tego co radził Vikram Vij. By do chlebków naan dodać olej oraz czarnuszkę. Ja dodatkowo użyłam oleju z canoli, który nadał ciastu ładnego, żółciutkiego koloru. Czarnuszka była doskonałym dodatkiem.

Źródło: Przy dużym stole.

Murg Makhani
(Kurczak w kremowo-maślanym sosie)

Składniki:
1 kg kurczaka bez skóry i kości, pokrojonego na kawałki wielkości kęsa
olej arachidowy do smażenia

Marynata:
300 g jogurtu
1 łyżeczka garam masali
szczypta płatków chili
1 łyżka kolendry, świeżo mielonej
1 łyżeczka kminu rzymskiego, świeżo mielonego
1 łyżeczka suszonych liści kozieradki (ja dałam nasiona)
sok z 1 limonki
sól i pieprz

Mieszanka przypraw:
6-8 goździków
10-15 nasion czarnego pieprzu
2 listki laurowe
1 łyżeczka nasion kardamonu
1 mała kora cynamonu

Sos maślany:
500 ml bulionu z kurczaka
20-25 migdałów, blanszowanych i zmiksowanych na pastę
3 cebule, pokrojone w piórka
2 łyżki pasty imbirowo-czosnkowej (imbir i czosnek starte na tarce w równych ilościach)
50 g masła
3-4 łyżki kremówki
natka kolendry do dekoracji

Przygotowanie: Składniki marynaty wymieszałam w misce i dokładnie pokryłam nią kurczaka. Odstawiłam na noc. Na drugi dzień składniki mieszanki przypraw uprażyłam i zmiksowałam w blenderze. Na głębokiej patelni (zdatnej do używania w piekarniku) rozgrzałam olej arachidowy i podsmażyłam cebulę z pastą imbirowo-czosnkową, a następnie kurczaka wyjętego i oczyszczonego z marynaty. Gdy obsmażyłam z każdej strony, dodałam mieszankę przypraw i wymieszałam. Wlałam bulion, przykryłam pokrywką i piekłam przez 30 minut w 200 stopniach Celsjusza. Dodałam marynatę i piekłam przez 15 minut. Zmniejszyłam temperaturę do 150 stopni Celsjusza, dodałam pastę z migdałów, masło i kremówkę i wstawiłam do piekarnika na ostatnie 10 minut. Podałam z ryżem, udekorowane kolendrą.

Ważne: najlepiej jest to danie szykować od razu w garnku, który możemy zarówno wkładać do piekarnika jak i stawiać na gaz/kuchenkę.

Źródło: What's for Lunch Honey

Kesar di Kheer
(Szafranowy pudding ryżowy)
2 porcje

Składniki:
100 g ryżu arborio
50 g brązowego cukru
360 ml mleka
szczypta nitek szafranu
1-2 łyżki ghee/klarowanego masła
3 ziarna kardamonu
kawałek laski cynamonu (ok. 1/4-1/3)
30 g migdałów blanszowanych, posiekanych
30 g niesolonych pistacji, posiekanych + kilkanaście do dekoracji
20 g złotych rodzynek

Przygotowanie: Mleko podgrzałam, w części rozpuściłam szafran. W garnku podgrzałam masło. Dodałam ryż i podsmażałam, aż stał się lekko przezroczysty (podobnie jak w risotto). Dodałam nasiona kardamonu, lekko ubite w moździerzu, laskę cynamonu i podsmażałam ok. 1 minuty. Połowę mleka wlałam do ryżu i zagotowałam. Zmniejszyłam ogień i gotowałam aż część mleka została wchłonięta przez ryż, mieszając od czasu do czasu. Potem dodałam mleko z szafranem i wymieszałam. Na koniec dodałam cukier, rodzynki, migdały i pistacje. Dolałam resztę mleka i gotowałam na malutkim ogniu, aż ryż był ugotowany (nie rozgotowany), a mleko wyparowało. Mieszałam od czasu do czasu. Podałam ciepłe, udekorowane pistacjami.

Źródło: What's for Lunch Honey

Smacznego.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...