Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drób. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lutego 2011

Codzienne niespodzianki.


Lubicie zaskakiwać? Sprawić niespodziankę bliskim?

Ja uwielbiam ten moment, gdy na twarzy mojego Ukochanego, widzę uśmiech, a w oczach igrają mu wesołe iskierki. Przecież właśnie o to chodzi, by każdego dnia zadbać o jakiś szczegół, który sprawi, że nasi najbliżsi poczują się wyjątkowo. To może być wszystko. Uścisk, całus, na kartce zapisane "Kocham", albo może wykwintny obiad w środku tygodnia. Tylko jak w czasie pełnym pracy i wielu zajęć dodatkowych, zaplanować wykwintny obiad, by nie pojawił się na stole dopiero późnym wieczorem?



Wystarczy tylko odrobina organizacji. W niedzielę, czy może w wolny wieczór poświęcamy dosłownie 20 minut przygotowań plus 40 minut na pieczenie, by potem cieszyć się wybornym mięsem z kurczaka, zrolowanego z drobiowym farszem, pachnącego szafranem i kardamonem, z nutą ostrości od chilli i cebulek dymek. Jego satynowa konsystencja, prawie jak musu zawdzięcza swą strukturę śmietanie i białku jajka, które najpierw pod wpływem mocnego zmiksowania magazynują w sobie bąbelki powietrza, a potem w czasie pieczenia utrwalają one farsz, zachowując jego delikatność.

Ale to nie wszystko. Najważniejszym etapem jest tutaj pieczenie w stopniowo niskiej temperaturze 150 stopni Celsjusza, roladek zawiniętych w folię aluminiową. Mięso w ten sposób dochodzi do idealnego stanu wypieczenia powoli, zachowując swoją soczystość i smak. Zapytacie, że przecież blado będzie wyglądał taki kawałek na talerzu? A ja powiem, właśnie o to chodzi. Czemu?

Ponieważ mięso nie jest już surowe, szczelnie zapakowane może czekać w lodówce na Wasz powrót z pracy czy zajęć, a nabrać ciepła i pięknej złotawej barwy na patelni, tuż przed tym jak zasiądziecie do stołu z rodziną, by cieszyć się pięknym, soczystym mięsem, któremu akompaniuje prosta sałatka z miodem doprawionym dressingiem i piękną czerwienią buraków, których słodycz przełamywana jest chrzanowym kremem śmietanowym.

Prostota jest tutaj jak najbardziej wskazana. Wystarczy kromka chleba, lub delikatne puree ziemniaczane i na naszym codziennym stole pojawia się piękny obiad, a rodzina zastanawia się, kiedy to wszystko udało się nam stworzyć :-)


"Ballotine" z kurczaka

Składniki:
3 filety z piersi kurczaka
100 g mielonego mięsa z kurczaka (ja zmieliłam w blenderze mięso z polędwiczek)
70 ml śmietany
3 łyżki białka jajka
duża szczypta szafranu, roztarta w moździerzu i rozpuszczona w 2 łyżkach wrzątku przez kilka minut
1 papryczka chilli, oczyszczona z nasion i błon
3 cebulki dymki, biała część i kawałek zielonej
skórka z 1 pomarańczy, z grubsza posiekana (bez albedo)
szczypta kardamonu
sól i pieprz

Przygotowanie: Najpierw mięso na mielone zmieliłam w blenderze z rozpuszczonym szafranem, śmietaną, chilli, dymką, skórką pomarańczy, kardamonem, solą i pieprzem. Dodałam śmietanę, zmiksowałam. Dodałam białko jajka, zmiksowałam.

Filety z piersi kurczaka rozciąć w motylka i rozbić delikatnie dłonią, by były równe. Ułożyłam filety na kawałku folii aluminiowej, doprawiłam solą i pieprzem i układałam mielone mięso, zostawiając trochę pustego miejsca po jednym szerokim brzegu, by mięso się tam ze sobą stykało, po zwinięciu. Zwijałam mięso delikatnie, przy pomocy folii aluminiowej, by farsz utrzymać w środku, a samym filetom nadać kształt cylindra. Piekłam filety w 150 stopniach Celsjusza do uzyskania temperatury wewnątrz mięsa - 67 stopni Celsjusza (przydaje się tutaj termometr do mięsa, który możemy wkładać do piekarnika - można go kupić w każdym supermarkecie - mi pieczenie ok. 350 g filetów zajęło ok. 40-45 minut). Odstawiłam. Na tym etapie, mięso można schować do lodówki i podać w ciągu 2-3 dni.

Przed podaniem, wyjęłam mięso z lodówki, rozpuściłam masło na patelni wraz z rozgrzaną oliwą i odwinięte z folii aluminiowej, osuszone ręcznikiem papierowym mięso, podsmażyłam, nadając mu z każdej strony ładną złotawą barwę. Należy smażyć szybko, krótko, na średnim ogniu, tylko by nadać kolor, a nie przesuszyć mięsa. Potem na najmniejszym ogniu, zostawiam jeszcze roladki pod przykryciem, by nabrały ciepła wewnątrz. Można też włożyć je na ok. 10 minut do piekarnika nastawionego na 150 stopni Celsjusza.

Według oryginalnego przepisu ballotine podaje się jako zimną przystawkę, bez podsmażania, ale według mnie to idealny przepis na piękny obiad, kiedy nie mamy czasu na duże przygotowania.

Podałam z sałatką z mieszanych sałat z miodowym dressingiem i sałatką z buraków z kremem chrzanowym.

Sałatka z buraków z kremem chrzanowym

Składniki:
5 średnich buraków, upieczonych, obranych i pokrojonych na cieniutkie plasterki, najlepiej na tzw. mandolinie, lub przy użyciu obieraczki do warzyw
1 drobno posiekana szalotka
2 łyżki octu z czerwonego wina
3 łyżki oleju z pestek winogron
sól i pieprz

Krem chrzanowy:
1 1/2 łyżki tartego chrzanu
200 ml kwaśnej śmietany
sól i pieprz

Przygotowanie: Buraki, po upieczeniu, obraniu i pokrojeniu, zamarynować w szalotce, occie i oleju, doprawić solą i pieprzem. Odstawić na przynajmniej 1 godzinę, ale może w takiej postaci leżeć w lodówce nawet wiele godzin. Na krem chrzanowy wymieszać chrzan z lekko ubitą śmietaną, doprawić solą i pieprzem. Podawać ułożone plastry buraków, polane kremem chrzanowym. Można udekorować zieloną częścią dymki.

Źródło obu w/w przepisów: "Food&Friends" Numer 2. Grudzień 2010 (z moimi zmianami, szczególnie przy ballotine)

Smacznego.

piątek, 18 lutego 2011

Spotkania blogerek.


Perfekcjonizm ... zaleta czy wada?


Ten obiad zjedliśmy ze smakiem już wiele miesięcy temu, ale zdjęcia nie spełniające moich wymagań sprawiły, że nie mogłam przekonać się do napisania o nim. Macie tak czasem? Smakowite danie, ale jednak kadry nie takie, światło przeszkadza i z pamięci ulatuje napisanie posta.

Tak właśnie było tym razem. Z początku chciałam szybko je powtórzyć, ale każdy kolejny dzień przynosił nowe pomysły, nowe eksperymenty i tak jesienno-zimowy stir-fry odchodził w niepamięć. W końcu i o fotkach zapomniałam ... aż do teraz. W końcu moja ulubiona wersja tego chińskiego fast food'u, który w dodatku tak często pojawia się na moim stole, musiał i w moim wirtualnym zakątku zagościć.

Najpierw kilkanaście dni temu miałyśmy go zjeść z Olą i Amber, ale ostatecznie stanęło na pasztecikach z łososiem. Tamten lunch skończyłyśmy wspaniałym deserem, który powstał przy naszym współudziale. Kawałek dyniowo-orzechowej tarty był nie tylko wyborny, ale i piękny w przekroju. Ciemnopomarańczowa warstwa dyniowo-kokosowa, pod nią ciemna orzechowa linia, by na samym dole wgryźć się w chrupki spód. Korzenne wypełnienie było satynowo gładkie i tak przyjemnie kontrastowało z chrupkim kruchym spodem. Całość była może odrobinę za słodka, ale tego właśnie, obok naszych kulinarnych pogaduszek, w tamten wietrzny dzień potrzebowałyśmy.


Mój ulubiony stir fry doczekał się swojego nowego zdjęcia po tym jak przedwczoraj wraz z Niną urządziłyśmy sobie babskie przedpołudnie. Ona, odrywająca się na chwilę od nauki, ja, zostawiając na blacie rosnące chleby, nad aromatyczną miseczką pełną makaronu, lekko ostrego kurczaka, chrupkich warzyw prowadziłyśmy rozmowy o zakwasie, o gotowaniu, o urządzaniu kuchni, o poznawaniu ... czyli wszystko to o czym mogą rozmawiać dwie blogerki, gdy się spotkają.


Ten dzień osłodziła nam Nina swoimi kokosowo-migdałowymi ciasteczkami, które chrupałyśmy sobie do kawy czy herbaty. Chrupkie, leciutko ciągnące w środku, bardzo kruche kółeczka bardzo nam posmakowały. Ale nie tylko nam. Mój ukochany też załapał się na kilka z nich, gdy wrócił do domu i po pierwszym kęsie wiedziałam, że mam zamówienie na kolejny wypiek.

Nino, Olu i Amber, wspaniale było się spotkać, wspólnie kucharzyć, a teraz czekam na kolejne takie okazje ... nie tylko u mnie w domku, o czym pewnie napiszę już niedługo :-)

A tymczasem zbieram pomysły na czekoladą wypełniony weekend u Atinki i Bei.


Mój ulubiony stir-fry
(4 porcje)

Składniki:
200 g mięsa (pierś kurczaka, indyka, polędwiczka wieprzowa, pierś kaczki, chuda wołowina) lub tofu

Marynata do mięsa:
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego
2 łyżeczki octu ryżowego
1/4 łyżeczki oleju sojowego

1 łyżka oleju arachidowego
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 duży ząbek czosnku, posiekany
1 mała ostra papryczka, bez nasion i błonek, pokrojona w paski, lub kosteczkę

4-5 grzybów suszonych shitake (namoczonych przez 20 minut, pokrojonych w paski) lub innych grzybów (czasem zdarza mi się o nich zapomnieć :D)
2 garście dyni, pokrojonej w paski (można zastąpić ją marchewką)
2 garście groszku cukrowego, pokrojonej w paski (można zastąpić go zieloną fasolką szparagową)

Sos do smażenia:
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczka oleju sezamowego
1 łyżeczka sosu ostrygowego lub rybnego
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej, rozpuszczonej w 2-3 łyżkach wody

posiekana dymka, zielone części do dekoracji
uprażony sezam, do dekoracji
świeżo mielony pieprz

makaron soba, 2 porcje, ugotowany z dodatkiem wody z moczenia grzybów

Przygotowania: Dzień wcześniej zamarynować mięso. Jeśli używamy tofu, zamarynować rankiem. Mięso też można zamarynować rankiem. Warto by było w marynacie przynajmniej przez godzinę.
Po namoczeniu grzybów, ugotować makaron, odcedzić i przelać go zimną wodą. Wymieszać składniki sosu i zebrać pozostałe składniki, gdyż kiedy zaczniemy smażenie nie będzie już na to czasu.

Na oleju podsmażyć czosnek, chilli i imbir przez ok. 1 minutę. Dodać odsączone z marynaty mięso i przesmażyć je z każdej strony. Dodać grzyby i dynię, przesmażyć, dodać groszek. Podsmażyć wszystko, często mieszając, przez 2-3 minut. Podczas smażenia sprawdzić, czy nie potrzeba dodać oleju. Wlać sos do smażenia i od razu dodać makaron. Wymieszać wszystko i smażyć przez 1-2 minuty. Posypać dymką, sezamem, nałożyć porcje na talerze.

Źródło: to wypadkowa wielu przepisów, które wypróbowałam, dlatego tym razem mogę powiedzieć, że to "mój" stir-fry :-)

Korzenna tarta dyniowa

Składniki:
125 g masła, miękkiego, ale nie za bardzo
90 g miałkiego cukru (dałam zmielony wcześniej na cukier puder trzcinowy) (lepiej dać mniej - tak ok. 60 g)
1 żółtko
150 g mąki pszennej
100 g mąki orzechowej (ja dałam mieszankę orzechów, zmielonych na proszek)
1 białko, do posmarowania w czasie podpiekania

1 1/2 szklanki orzechów laskowych, uprażonych i obranych ze skorupek
1/3 szklanki brązowego cukru (lepiej dać ciut mniej niż 1/4 szklanki)

1/2 szklanki orzechów laskowych, uprażonych i obranych ze skorupek

1 1/2 szklanki puree z dyni
chlust wanilii
2 łyżki mieszanki przypraw korzennych (można dać piernikowej z dodatkiem kardamonu i gałki muszkatołowej)
3 duże jajka
1 szklanka mleka kokosowego
1-2 łyżki miodu (najlepszy jest leśny lub wrzosowy, można użyć syropu klonowego)
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej (nie koniecznie, ale wtedy wypełnienie będzie stabilniejsze)

Przygotowania: Najpierw należy przygotować ciasto: masło utrzeć z cukrem, aż się połączy, ale nie do puszystości. Najlepiej robić to ostrzami miksera. Wsypać mąki i sól. Zmiksować krótko, dodając żółtko. Jeśli potrzeba dodać 1-2 łyżki zimnej wody. Wyłożyć ciasto na blat. Uformować jednolite ciasto (szybko, bo wyrabianie sprawia, że upieczemy zbyt twardy spód). Uformować płaski dysk, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w zamrażalniku przez ok. 30-45 minut lub w lodówce przez 2-4 godzin.

1 1/2 szklanki orzechów laskowych zmielić z cukrem trzcinowym do uzyskania pasty.

Puree z dyni zmiksować z ekstraktem z wanilii, przyprawą korzenną i miodem. Osobno wymieszać jajka z mlekiem kokosowym i ewentualnie skrobią. Dodać tą mieszaninę do puree.

Piekarnik nagrzać do 200 stopni Celsjusza. Ciasto rozwałkować i wyłożyć nim foremkę (ja piekłam w takiej o średnicy 24 centymetrów i nie zużyłam całego ciasta - resztę można zamrozić). Ponakłuwać w wielu miejscach widelcem. Schłodzić. Wyłożyć ciasto pergaminem do pieczenia i wysypać obciążnikami (ja używam ryżu/fasolki). Podpiec przez 15 minut, potem zdjąć pergamin z obciążnikami, posmarować rozbitym białkiem i zapiec przez ok. 5 minut. Wyjąć spód, rozsmarować na nim pastę z orzechów laskowych, a na to wylać masę dyniowo-kokosową. Zapiekać ok. 30-40 minut, a po 20 minutach przykryć folią aluminiową by się nie przypalił wierzch. Nadzienie ma być ścięte, ale nie wysuszone.

Źródło: spisałam ten przepis już dawno temu z jakiegoś anglojęzycznego bloga i niestety nie zapisałam źródła, dlatego jeśli ktoś z Was na niego wpadnie, będę wdzięczna za informację :-)

Smacznego.

niedziela, 13 lutego 2011

Idealny weekendowy obiad.


Moja fascynacja przepisami Wojciecha Modesta Amaro nie stygnie. Ba! Powiedziałabym, że nawet rozwija się coraz i coraz bardziej.


Tym razem na tapetę poszedł przepis na perliczkę, która u mnie zmieniła się w kurczaka, co zresztą było też zasugerowane w samej recepturze. Uwielbiam kurczaka pieczonego w całości podanego na weekendowy obiad, w akompaniamencie warzyw i chleba. Jednak zawsze jest niebezpieczeństwo, że pierś będzie przesuszona, a nóżki niedopieczone. A przecież każdemu domownikowi i zaproszonym gościom marzy się soczyste mięso, chrupka skórka, danie pełne aromatu i smaku.


Zwykle piekłam kurczaka, podpierając się wskazaniami termometru, ale nie oszukujmy się, czasem w domowym zabieganiu zagapimy się i wtedy katastrofa gwarantowana. W końcu kto w domowych warunkach ma piekarnik z sondą z alarmem? Dlatego teraz wystarczy budzik i czas.

Wolno pieczony drób w niskiej temperaturze nabiera smaku i aromatu, nie tracąc soczystości. Idealnym elementem całego procesu, jest ostatni 30-minutowy etap, gdy wszystkie soki stabilizując się, dopiekają kurczaka w stygnącym piekarniku. Czy istnieje jakakolwiek wada? Z całą pewnością powiem nie! Gdyż nawet jedyny zarzut jaki mógłby powstać, czyli brak zrumienionej skórki po tych blisko 2 godzinach pieczenia, zostaje odrzucony dzięki temu, iż na kwadrans przed podaniem wkładamy ptaka do mocno rozgrzanego piekarnika, by nabrał pięknie złotego koloru.

Dwukrotnie już upiekłam w ten sposób kurczaka i powiem, że to najlepszy i przede wszystkim pewny sposób na idealne mięso. Za każdym razem mięso miało idealną temperaturę, przy zachowaniu soczystości. I wierzcie mi, żaden sos nie jest potrzebny. Do takiego kurczaka podawać należy najprostsze dodatki, pasujące do sezonu, jesienią i zimą przykładowo karmelizowana cebulka lub pieczone warzywa korzeniowe, a wiosną czy latem grillowane warzywa i świeże sałaty. To danie broni się samo!


Dla mnie jest jeszcze jeden konieczny element na stole obok kurczaka ... chleb. Domowy, pachnący dopełnia rodzinnej atmosfery, tak ważnej po tygodniu pełnym zajęć i pracy. Pozwala odrobinę zwolnić, nabrać tchu i siły. Sprzyja rozmowom, dzieleniem się przeżyciami.

Tak właśnie wygląda mój idealny kurczak i idealny weekendowy obiad.


Wolno pieczony kurczak

Składniki:
1 cały kurczak z wolnego/ekologicznego chowu
1 cytryna, sparzona i pokrojona na ćwiartki

70 g miękkiego masła + mały chlust oliwy
2-3 ząbki, przeciśnięte przez praskę
2 łyżki czubrycy czerwonej
duża szczypta ostrej papryki
1 łyżeczka papryki słodkiej
1 płaska łyżka tymianku
1 łyżeczka soli
sól i pieprz

Przygotowanie: Piekarnik nagrzać do 145 stopni Celsjusza. Kurczaka umyć i bardzo dokładnie wysuszyć. Najlepiej użyć do tego ściereczki kuchennej, by skórka była idealnie sucha. Wtedy upiecze się na chrupko.

Masło zmieszać z czosnkiem, przyprawami i odrobiną oliwy, by uzyskać pastę. Połowę masła włożyć pod skórę na piersi kurczaka, resztą wysmarować całego kurczaka i cytrynę, którą należy włożyć do środka ptaka. Związać kurczaka, nadając mu kształt. Posolić skórkę kurczaka, najlepiej mieloną solą morską, dzięki temu skórka będzie jeszcze bardziej chrupka.

Kurczaka ułożyć bokiem (na nodze) na ruszcie blachy. Włożyć ostrożnie do piekarnika i piec 25 minut, po tym czasie przełożyć kurczaka na drugą nogę i znów piec 25 minut, potem położyć kurczaka piersią do góry i znów piec 25 minut. Po tym czasie z folii aluminiowej ułożyć gniazdko, tak by położyć na nim kurczaka do góry nogami (tzn. piersią w dół). Włożyć do wyłączonego (!) piekarnika na 30 minut.

Przed podaniem nagrzać piekarnik do 200 stopni i włożyć kurczaka na 15 minut, by skórka nabrała koloru i więcej chrupkości.

Podawać z ... czym dusza zapragnie :-) albo jak sugeruje Amaro z grillowanymi warzywami i sosem berneńskim.

Źródło: przepis zainspirowany recepturą na perliczkę z "Kuchnia polska XXI wieku" W. M. Amaro

Karmelizowana cebulka
(2 porcje)

Składniki:
5 średnich cebul, posiekane w piórka
2 duże szalotki, posiekane w piórka
3 łyżki oliwy
1 łyżka masła
duża szczypta tymianku
opcjonalnie: czosnek drobno posiekany, kropelka miodu leśnego

Przygotowanie: Na lekko rozgrzanej oliwie z masłem dusić (bez przykrycia, za to często mieszając) cebulę i szalotki z czosnkiem i tymiankiem, przez ok. 1 godzinę. W połowie czasu można dać kapkę miodu lub cukru, by wzmocnić efekt karmelizacji. Nie dopuścić do usmażenia cebuli na chrupko, ma się lekko zbrązowić, dzięki własnym cukrom, a nie dużemu ogniowi.

Smacznego.

piątek, 4 lutego 2011

Curry, które podbiło moje serce.


Zapragnęłam odrobiny słońca, koloru, ciepła i dreszczyku emocji. A ponieważ nie ma szansy na wyjazd w egzotyczne kraje, na wycieczkę wybrałam się na mojej patelni.


Trudno zrobić ładne zdjęcie potraw curry, dlatego już od dawna podaję sos i ryż osobno, tak by każdy połączył je sobie na talerzu, układając i mieszając według uznania. Czasem robię aureolkę z ryżu i w środek wkładam sos, szczególnie wtedy gdy jest tak piękny w kolorystyce jak ten kurczak po malezyjsku. Przepis znalazłam u mojego ulubionego Kulinarnego Diabła, ale odrobinę go zmodyfikowałam (naprawdę minimalnie, nie licząc zamiany udek na pierś), tak by pasował do naszych domowych gustów.

To co mnie uwiodło w tym sosie, który póki co jest najsmaczniejszym curry jakie kiedykolwiek jadłam to zharmonizowanie smaków. Zwykle w kuchni indyjskiej czy podobnej nie ma aż takiej równowagi. Tutaj ostrość dopełnia się ze słodyczą, słoność ani kwaskowatość nie kłócą się o palmę pierwszeństwa, a dodatek korzennych aromatów dopełnił podboju mego serca.

Gdy jeszcze doszedł do tego kokosowy ryż basmati z nutą imbiru zwycięstwo tego dania było przesądzone. Do sosu, nietypowo dla siebie, postanowiłam dać więcej papryczek chili niż zwykle. Nigdy jeszcze do żadnego dania, które by nie wypaliło mi języka i co gorsze także żołądka nie dodałam więcej niż jednej papryczki chilii. A tutaj dwie, całkiem ostre panny zadomowiły się w tym daniu, dając niezwykle przyjemny dreszczyk, swoje ostrze tracąc dzięki mleczku kokosowemu i jeśli się nie mylę, również dzięki trawie cytrynowej. Paradoksalnie w całym daniu najmniej czuć było imbir. Jednak od pierwszej chwili mi to nie przeszkadzało, gdyż dopełniał pozostałe smaki, dopominając się o swoje miejsce na podniebieniu dopiero po dłuższej chwili.

Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że to malezyjskie curry podbiło moje serce.


Kurczak po malezyjsku
(dla 6 osób, ja zrobiłam z 2/3 porcji)

Składniki na pastę curry:
5 ząbków czosnku, bez łupin, posiekanych
4-5 długich papryczek chilli, oczyszczonych z pestek, posiekanych
3 gałązki palczatki cytrynowej, oczyszczone, bez liści, pokrojone w plasterki
5 cm korzeń imbiru, obrany i posiekany
4 duże szalotki, obrane i posiekane
1 łyżeczka mielonej kurkumy
2-3 łyżki oleju z orzechów ziemnych

Składniki na kurczaka w curry:
cała pasta curry
1 kg udek z kurczaka, bez kości, pokrojonych na kawałki wielkości kęsa (dałam pierś kurczaka, więc danie dusiłam krócej)

2 łyżki oleju z orzechów ziemnych (dałam mniej niż 1 łyżkę)
2 cebule, obrane i posiekane w piórka
sól morska i świeżo mielony pieprz (sól pominęłam, gdyż danie było wystarczająco słone dzięki sosowi sojowemu i rybnemu, pieprz dałam na samym końcu, wraz z fasolką)
4 liście limonki kaffir
1 laska cynamonu
3 sztuki anyżu gwiazdkowatego
400 ml mleka kokosowego
100 ml bulionu z kurczaka
1 łyżeczka cukru palmowego (lub miałkiego trzcinowego)
2 łyżki sosu sojowego (dałam mniej o ok. 1/2 łyżki)
2 łyżki sosu rybnego (dałam mniej o ok. 1/2 łyżki)
400 g zielonej fasolki szparagowej, oczyszczonej i pokrojonej w 5 cm kawałki (dałam mrożoną, pokrojoną w kawałki 2 1/2 cm)
garść liści kolendry (pominęłam, gdyż jej nie miałam, ani w pobliskich sklepach nie udało mi się jej kupić, a na pietruszkę o dziwo nie miałam chęci)

Przygotowanie: Najpierw należy przygotować pastę curry. Wszystkie jej składniki zmiksowałam w blenderze na gładką pastę. Przygotowałam pozostałe składniki dania (należy mieć wszystko przygotowane, gdyż potem już tylko wrzucamy do garnka w kilkuminutowych odstępach). Na rozgrzanym oleju arachidowym (średni ogień) podsmażyłam pastę curry, aż zaczęła uwalniać aromat (ok. 4 minut). Potem dodałam cebulę i smażyłam do czasu aż nie zmiękła. Włożyłam kurczaka i smażyłam, aż z zewnątrz przestał być różowy. Dorzuciłam anyż, cynamon i listki limonki kaffir. Wlałam mleko kokosowe, bulion, cukier, sos sojowy i rybny. Zagotowałam na średnim ogniu, a potem zmniejszyłam ogień i dusiłam ok. 30 minut (udka do 40 minut) pod przykryciem. Na ostatnie 8 minut wrzuciłam fasolkę. Jeśli jest zbyt dużo tłuszczu (szczególnie, gdy używamy udek) należy zebrać nadmiar z powierzchni. Odstawiłam z ognia na kilka godzin (najlepiej na drugi dzień, by smaki się przegryzły, a mięso wchłonęło płyny). Przed podaniem podgrzałam. Podałam z ryżem kokosowym i dodatkową porcją fasolki. Można posypać liśćmi kolendry, ale ja to pominęłam.

Kokosowy ryż
(dla 6 osób, zrobiłam z 1/3 porcji jednego dnia i z 1/3 porcji drugiego)

Składniki:
1 łyżeczka oleju arachidowego
350 g ryżu jaśminowego, tajskiego lub innego długoziarnistego (ja dałam basmati)
200 ml mleka kokosowego
200 ml wody
5 cm korzenia imbiru, obrany, pokrojony na 2-3 części
szczypta soli

Przygotowanie: Ryż opłukałam i namoczyłam przez 30 minut (przy innym niż basmati nie trzeba namaczać). Odsączyłam. W rondelku podgrzałam olej, wsypałam ryż i przez 1 minutę smażyłam, ciągle mieszając. Wlałam mleko kokosowego, wodę, wrzuciłam imbir i szczyptę soli. Zagotowałam na średnim ogniu, zmniejszyłam ogień i gotowałam pod przykryciem przez 8-10 minut. Zdjęłam z ognia i zostawiłam pod przykryciem przez 5 minut. Spulchniłam widelcem. Podałam.

Moja uwaga: danie jest idealne na drugi dzień, także wymieszane uprzednio z ryżem i zabrane w lunchboksie, potem podgrzane jak bądź :-)


Źródło obu przepisów: Gordon Ramsay "Niedzielne przysmaki"

Smacznego.

czwartek, 16 września 2010

Hej ho! Hej ho! Do pracy by się szło!


Praca, praca, praca ... pojawiła się ostatnio i sporo czasu oraz myśli zajmuje. Nie o niej jednak pisać tutaj chciałam, a o tym, co z mego ukochanego dębowego blatu na sosnowe* biurko zanoszę. A to pudełko**, a to torebka, a to puszka ... jednym słowem lunch.



Tak też teraz konstruuję nasze menu, by wciąż było smacznie, zdrowo i ładnie, ale również „wyjściowo”. Bo praktyczność to przydatna cecha, gdy czas się skraca, a tak wiele przyjemności lub obowiązków czeka. Doskonale jest, więc gdy można lunch z obiadem połączyć, albo i jako przekąskę na spacer po pracy zabrać.


Nie zapominam także o weekendach, a wtedy o zakupach na targu, gdyż to właśnie tam najwięcej inspiracji powstaje. A to ratatuja z makaronem, a to pesto dopełnione strączkami, a to zadziwiające sałatki czy przepękla. Co? zapytacie. Tak, przepękla. Zadziwiające warzywo, w środku wypełnione błoniastą strukturą i pestkami, o miąższu miękkim i soczystym, a do tego niezwykle gorzkim. Nie udało się nam kulinarnie zaprzyjaźnić z tym wynalazkiem, choć wygląd ogromnie nam do gustu przypadł.


Takie i jeszcze wiele innych zadziwiających warzyw można kupić u mojego Pana Sałatki czy też Pana Ziółko na sobotnio-niedzielnych targach na tzw. Dołku**. Rewelacyjny zestaw sałatek, jakim ostatnio delektowaliśmy się z rybnymi dukatami i frytkami właśnie od niego pochodził – liście chryzantemy (smakujące jak marchewka!), rzeżuchowej pietruszki, musztardowca i rukoli oraz jeszcze inne, których już nie spamiętam, wymieszane po prostu z odrobiną oliwy i octu balsamicznego stanowiły smakołyk sam w sobie.


A kiedy jeszcze doda się takiej sałatki do pudełka z wytrawnym keksem, doprawionym na indyjską modłę, zagwarantowaną mamy chwilę rozkoszy w czasie przerwy w pracy. Sam keks też najróżniejsze ingrediencje może w sobie skrywać. A to kurczak tikka masala, upieczony dzień wcześniej dopełniony strączkowymi warzywami i drobną kosteczką marchewki, aromatyzowany kolendrą, gorczycą, kurkumą i sezamem, albo i ser kozi z podduszoną na maśle cukinią, hojną garścią koperku i miękkich, słodziutkich pinioli.

Nie wystarczy tego? Dobrze, a co powiedzie na włoskie smaki – pomidorki suszone, mozzarella i parmezan, a do tego oregano i bazylia. Jeszcze więcej potrzeba? Proszę bardzo, oto prowansalska wersja z serem brie, oliwkami i ziołami prowansalskimi, czyli tymiankiem, cząbrem, bazylią, szałwią, oregano, rozmarynem i majerankiem.

Możliwości jest wiele i wiele więcej jeszcze zapewne poznam w czasie kolejnych dni i lunchy przed ekranem monitora, a tymczasem zapraszam na kolejny smakowity pomysł na Gospodarnym Szczęściu – rolowane kanapki, bułeczki z nadzieniem, chleby o wyrazistym smaku.


* nie, nie mam tyle szczęścia, by mieć sosnowe biurko, ale kolor właśnie takie drewno ma przypominać :-)

** o makaronach zamkniętych w pudełku napiszę jeszcze w przyszłości
*** potoczna nazwa dla bazarku „Na Dołku” na rogu Al. KEN i ul. Płaskowickiej, który początkowo mieścił się w zagłębieniu placu. Teraz w tym zagłębieniu stoi wieżowiec, a bazarek jest tuż obok. Nazwa jednak pozostała :-)



Kurczak Tikka Masala II


Składniki:

2 piersi kurczaka

olej z canoli, tylko odrobina do posmarowania naczynia do zapiekania

sól


Marynata:
150 ml greckiego jogurtu
1 łyżka oleju z canoli
2,5 cm korzenia świeżego imbiru, drobno startego
1 ząbek czosnku, posiekany
1 łyżeczka garam masala
szczypta płatków chilli

1 łyżeczka utartych ziaren zielonego i czarnego kardamonu

1 1/2 łyżki soku z cytryny


Przygotowanie:
Wszystkie składniki marynaty wymieszałam w misce. Piersi kurczaka po umyciu i oczyszczeniu, dokładnie osuszyłam i włożyłam do marynaty. Odstawiłam do lodówki na noc (lub min. 1-2 godziny). Przed pieczeniem nagrzałam piekarnik do 230 stopni Celsjusza. Naczynie do zapiekania wysmarowałam cienko olejem. Piersi z kurczaka wyjęłam z marynaty i z grubsza je z niej oczyściłam. Posoliłam z obu stron, ułożyłam w naczyniu do zapiekania i wbiłam termometr w najgrubsze miejsce. Wstawiłam do piekarnika na 10 minut, po tym czasie zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni Celsjusza i piekłam do uzyskania ok. 77-78 stopni.
Po tym czasie wyjęłam, odstawiłam na 5 minut, pokroiłam w plastry. Podałam z ryżem, sosem pomidorowo-śmietanowym i sałatką. Resztki użyłam do wytrawnego keksu.

Inny lunchowy pomysł, z oryginalnego przepisu, to zawinięcie takiego kurczaka pokrojonego na paski w tortille razem z zielonym chutney'em i warzywami.

Źródło:
Łatwa kuchnia indyjska


Wytrawny keks


Składniki:

200-250 g niesurowego mięsa lub sera (może być każdy od pleśniowych, przez żółte, od miękkich po twarde)

100-150 g suszonych pomidorów i oliwek lub pokrojonych w małe kawałeczki twardych warzyw (jak marchewka, fasolka, groszek – ten ostatni nie jest krojony)


4 jajka
100 ml wermutu
100 ml oliwy

250 g mąki (zwykle daję mieszankę jasnej lub chlebowej z pełnoziarnistą lub orkiszową)

2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
ziół i przypraw ile dusza zapragnie i jak nam podniebienie podpowie lub innych przypraw w zależności, jakie daję dodatki (orientalnie lub prowansalsko, albo tak swojsko po prostu z koperkiem)

nasiona do posypania po wierzchu (u mnie zwykle sezam jasny lub czarny albo słonecznik)


Przygotowanie: W jednej misce mieszam jajka, wermut i oliwę. W drugiej mąki z proszkiem do pieczenia, solą i przyprawami. Do sypkich dodaję dodatki jak ser/mięso, warzywa/oliwki czy pomidory suszone i mieszam. Suche dodaję do mokrych. Krótko mieszam i wlewam do wyłożonej pergaminem średniej keksówki. Piekę przez 15 minut w 220 stopniach Celsjusza, a potem przez 20-30 minut w 160 stopniach Celsjusza (do suchego patyczka). Z keksówki wyjmuję po jakiś 10 minutach. Studzę na kratce, choć zdarza mi się go podawać jeszcze ciepłego.

Wypróbowane połączenia:

- kurczak tikka masala z marchewką, zieloną fasolką i groszkiem, doprawiony kolendrą, gorczycą, sezamem i kurkumą;
- ser brie z oliwkami i ziołami prowansalskimi;
- mozzarella i parmezan z suszonymi pomidorami doprawione suszoną bazylią i oregano;

- ser kozi z podduszoną cukinią, koperkiem i piniolami


Źródło:
For the body and soul


Na wyjściowy lunchyk doskonałe są także kromeczki z tego
keksu, czy takie burgery (tylko sałatka osobno, bo wszystko rozmaże) :-)


Smacznego.

sobota, 10 kwietnia 2010

Prawdziwa przyjemność.


W pierwszych dniach lepszego samopoczucia, gdy tylko ból rwy mnie opuścił, ja z werwą wzięłam się do chlebowych wypieków, ale i do eksperymentów z piersią kaczki. Uwielbiam to miękkie, soczyste i wyraziste w smaku mięso. I choć przyznaję, że jem je niezwykle rzadko, by z tego delikatesu nie tworzyć nadmiarowych wałeczków na bioderkach, to kiedy chcę przeżyć prawdziwą kulinarną rozkosz, pierś kaczki to idealny wybór.



Cóż jednak może być wspanialszego jak połączenie kilku przyjemności? Tamtego dnia była więc i kaczka i kulinarne eksperymenty, prawdziwa kuchenna dekadencja. Na czym polegał ów eksperyment, zapytacie? Otóż, na wyborze metody przygotowania mięsa. Jedna to tradycyjne podsmażenie głównie po stronie skóry, następnie dopiekanie w piekarniku. Druga to ugotowanie na parze ułożonej na piórkach fenkułu piersi.


Która dała najsmaczniejszy i najlepszy rezultat? ... Hmmmm, trudno jednoznacznie określić. Oczywiście i bez dwóch zdań podsmażenie i dopiekanie sprawia, że kaczka jest pięknie apetyczna, krwista i na talerzu wygląda tak, jakby wołała "Zjedz mnie". Również na podniebieniu i języku pozostawia swój wyborny posmak. Ale jeśli chodzi o moc smaku, delikatność mięsa i wyrazistość aromatu to właśnie gotowanie na parze najbardziej mi i mojemu Ukochanemu się spodobało. Niezależnie jednak od metody, gdy do towarzystwa kaczka dostała sos winno-porzeczkowy i upieczony z wermutem i tymiankiem fenkuł przy stole spotkała nas prawdziwa przyjemność.


Pieczona pierś kaczki

Składniki:
1 kacza pierś
sól i pieprz

Przygotowanie: Nagrzać piekarnik do 200 stopni Celsjusza. Pierś kaczki umyć i dokładnie wysuszyć. Odciąć zbędny tłuszcz i nadmiar skóry, oraz wyciąć ewentualne błonki. Skórę naciąć co ok. 1 cm, tak by nie naciąć mięsa. Posolić od strony skóry. Patelnię dobrze rozgrzać. Na suchą patelnię położyć pierś kaczki skórą do dołu. Doprawić solą i pieprzem mięso, które jest teraz na górze. Smażyć po stronie skóry ok. 6-8 minut (aż będzie chrupka i brązowa), przełożyć na drugą stronę i smażyć mniej niż minutę. Pierś skórą do góry przełożyć do naczynia żaroodpornego i włożyć do piekarnika na 5-10 minut (5 minut - krwista, 10 minut - średnio wysmażona).

W czasie gdy kaczka jest w piekarniku, należy przygotować sos - patrz niżej.

Parowana pierś kaczki

Składniki:
1 kacza pierś
sól i pieprz
1/2 dużego fenkułu, pokrojonego w cienkie plasterki

Przygotowanie: W garnku do gotowania na parze zagotować wodę. Kaczkę (oczyszczoną i doprawioną z obu stron solą i pieprzem, a skóra nacięta) ułożyć na plasterkach fenkułu. Kilka plasterków położyć na kaczce. Włożyć gdy woda się gotuje. Parować 10-15 minut - u mnie było to 15 minut i myślę, że mogłoby być mniej.

Źródło: Program na kuchni.tv "Julie gotuje"

Sos do kaczki winno-porzeczkowy

Składniki:
1 łyżka kaczego tłuszczu (najlepiej wytopionego ze skóry*)
200 ml. czerwonego, mocnego w smaku wina
1-2 łyżki galaretki z czerwonych porzeczek
szczypta cynamonu
szczypta imbiru suszonego lub trochę startego świeżego
sól i pieprz kolorowy
opcjonalnie: redukcja balsamico (100 ml. octu balsamicznego gotowanego do uzyskania gęstości syropu lub kupny, ale dobrej jakości sos)
opcjonalnie: kawałek masła

Przygotowanie: Na tłuszcz z kaczki (dobrze jest go odrobinę wystudzić, wtedy mniej będzie pryskał - wystarczy 1-2 minut zdjąć patelnię z gazu) wlać czerwone wino i zredukować do 1/3. Dodać galaretkę, doprawić cynamonem, imbirem, solą i pieprzem. Jeśli jest zbyt słodkie można zakwasić redukcją balsamico. Gotować aż galaretka się rozpuści i zagęści sos. Jeśli chcemy gładszego i bardziej świecącego sosu można dodać kawałek masła na sam koniec.

* - jeśli gotujemy kaczkę na parze, to tłuszcz można wytopić z kawałka odciętej skóry.

Tymiankowy fenkuł w wermucie

Składniki:
1 1/2 dużych bulw fenkułu
oliwa do nasmarowania naczynia żaroodpornego
200 - 250 ml. wermutu
kilka gałązek tymianku (lub duża łyżka suszonego)
sól i pieprz

Przygotowanie: Piekarnik nagrzałam do 200 stopni Celsjusza (termoobieg). Natkę z fenkułu odcięłam, poszatkowałam drobno i odłożyłam do przybrania całego dania. Fenkuł pokroiłam w cząstki (moje sztuki były bardzo duże, więc kroiłam je na 8-10 części), wykrawając głąb. Ułożyłam go w naoliwionym naczyniu do zapiekania. Wlałam wermut, ułożyłam świeży tymianek, doprawiłam solą i pieprzem. Przykryłam folią aluminiową i piekłam. Czas pieczenia zależny jest od wielkości i wieku. Młody wystarczy piec ok. 20 minut, mój musiałam piec ok. 45 minut. Zależy też czy chcecie mieć fenkuł jeszcze chrupki czy mięciutki. Ja lubię jak jest miękki, prawie kremowy, więc piekłam go dłużej. Na ostatnie 10 minut zdjęłam folię, by odparować nieco płyn.

Smacznego.

Kuchnia Wielkanocna 2010

wtorek, 6 kwietnia 2010

Razem w Wielkanoc.


Uwielbiam spędzać czas w kuchni, pichcić, wyrabiać, odnosić kulinarne sukcesy i porażki, a najbardziej gdy towarzyszy mi wesołe grono. Dziś nie tylko wspominam jak to razem z Oczko w Wielkanoc gotowałyśmy i wyśmienicie czas spędzałyśmy, ale i goszczę w swoim wirtualnym zakątku tę wspaniałą Babeczkę. A muszę Wam powiedzieć, że czytać jej
bełkoty, podziwiać makaroniarskie smakołyki czy podglądać jej zakoszone kadry to prawdziwa przyjemność dla oka, tym bardziej więc cieszę się, że podzieli się swoim słowem i spojrzeniem u mnie z Wami.


Nie przedłużam już wstępu, tylko oddaję głos Oczku, sama wtrącę swoje trzy grosze na koniec, dodając garść informacji o przepisach :-)


Dzięki Mała za wyborne Święta :*


***

W sobotę byłam przyjemnie zmęczona. Wstałam (jak na moje możliwości) skoro świt, bo już o 7.30. O 10 zjawiłam się u Lipki i wtedy się zaczęło! :)


Lista zadań zaplanowała nam robotę na cały dzień. Zaczęło się od baby Neli, która jak się okazało po ponownym przeczytaniu przepisu, powinna z
acząć tworzyć się już dzień wcześniej wieczorem, a dzisiaj już miała czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Lipka nieco niesfornie przeczytała przepis, tym samym produkcja rzeczonej trochę się obsunęła w czasie. Zrobiłyśmy zaczyn i odstawiłyśmy go na zapomnienie aż do wieczora.


A później podjęłyśmy pierwsze kroki celem cieszenia się w niedzielę paschą. W piątek wyruszyłam do sklepu ekologicznego, celem wytropienia jak najtłustszego mleka (nie uchatego) i takiej też śmietany. Śmietana upolowała się fajna – mocno gęsta w swej strukturze. W ogóle cała pascha była ciekawym przedsięwzięciem. Ta cała obserwacja jak z mleka, śmietany i jajc robi się ser, który potem zawinięty w gazę zostawia się samemu sobie, aby w spokoju mógł się rozstać z serwatką. I aby jeszcze potem mieszając go z masłem, miodem, bakaliami i kakao uzyskać coś, co będzie smakować słodko. Fajna rzecz :)


W tak zwanym międzyczasie zainteresowałyśmy się tarto – mazurkiem. Lipka określiła to ciasto „ekstremalnie dekadenckim”. Tutaj dzielnie pomagał nam Es walcząc na blacie z wałkiem. Poradził sobie na piątkę z plusem ;) A nawet na kawałek ciasta ;)


Aby mieć dość sił - zjadłyśmy też obiad. Ponieważ w okolicy świąt na topie są kurczaki zjedliśmy wraz z Esem, który odkrywa w sobie duszę ogrodnika ;) ... Dżordża Juniora. Rzeczony, podobnie jak
Gwiazda Dżordż ze styczniowego zlotu babulonów, zatonął w solankowej formalinie. Zaś później ogrzewał się piekielnym żarem – wyszło mu to tylko na dobre ;)


Posilone kontynuowałyśmy realizację wielkanocno - kulinarnego „to do”. Nadszedł czas na chleby, które po złożeniu ułożyłyśmy wygodnie w koszyczkach na krótką drzemkę, by po jakimś czasie wrzucić je do piekła. Aż w końcu, kiedy za oknem zrobiło się już ciemno - przyszła pora na majonezy.


Ta czeladnicza robota spodobała mi się najbardziej. I bynajmniej nie dlatego, że podczas długiego miksowania okrutnie bolały nadgarstki. Produkcja domowego majonezu, podobnie jak paschy wydała się nam interesująca, bo primo: to coś nowego i innego, secundo: cały proces jest wdzięcznym obiektem do obserwacji. Nie pisnęłam jeszcze słówkiem, że kiedy robiłyśmy ser na paschę, w garnku obok gotowało się skondensowane mleko na domowego baileys’a, którego Lipka obiecała mi przy okazji wtorkowego rozczarowania sheridanem.


A pamiętacie jeszcze o drożdżówce, o której wspomniałam na samym początku? Wieczorem wtłoczyłyśmy ją w foremki. Na zegarze wieczorkiem wskazówki pokazały 11-tą, więc zwinęłam żagle i gładko odpłynęłam do Nowalijki, by rano przeczytać wiadomość od Lipki, że drożdżówka ostatecznie nie wyszła. Cóż... najwyraźniej okazała się być sfrustrowaną babą, która nie zamierzała współpracować, a rzuciwszy focha postanowiła się nie udać. Ale nie z nami takie numery – jeszcze zrobimy do niej kolejne podejście – kiedyś. Niedziela minęła szybko i przyszedł czas na poniedziałkowy świąteczny obiad.



Lany poniedziałek postarał się być dosłowny – z nieba zaczął padać deszcz. Ponownie pojawiłam się w Szczęściu, by przy okazji poznać rodziców i siostrę Esa, z którymi szybko minął czas na delektacji i rozmowach przy stole z obiadem, kieliszkami wina i sernikowym deserem.



Na początek głębia misek otrzymała staropolską zupę chrzanową z jajkiem i białą kiełbasą. Później przyszła pora na schab gotowany w mleku z puree – sosem cebulowo – szałwiowym i mocnym wiosennym akcentem: groszkiem i bobem z aromatycznym, orzeźwiającym cytrynowym dressingiem. Ta cytrusowa nuta świetnie zgrała się z zielenią. Dopełnieniem było białe wino.


A na deser serniczek, bo przecież babka Neli nie wyszła. Tak szczerze, to jakoś nie żałuję, że miała swoje humory, bo sernik okazał się rewelacyjny. Słodzony miodem, aromatyzowany szafranem i obdarowany skąpanymi w rumie rodzynkami wespół z żurawiną był naprawdę w deseczkę. Zwłaszcza, że dodatkowo kieliszki wypełniło różowe wino.


A na zakończenie zaserwowaliśmy sobie film, który swego czasu poleciła mi Polcia -
o „chłopcu, który...był” ;) Popijaliśmy go w trójkę domowym baileys’em. I wiecie co? Wcale nie żałuję, że te święta były zupełnie inne od wszystkich dotychczasowych, że nie spędzałam go z moją rodziną i z Nim. Te święta były inne, ale też bardzo przyjemne – tak jakby na przekór wszelkim zawirowaniom, smutkom i niepowodzeniom. Bo najważniejsze, że obok jest ktoś, kto ogrzeje swoim ciepłem i życzliwością. Dziękuję Wam, Szczęściarze ;))”


***

Pascha ze świeżego mleka


Składniki:

2 l mleka (świeżego, nie UHT)

1 laska wanilii

1/2 l kwaśnej śmietany (takiej prawdziwej wiejskiej, u nas była tak tłusta i gęsta, że kroiło się ją nożem, użyłyśmy więc 400 g takiej oraz ok. 100 ml. 18%, by je trochę rozrzedzić)

6 jaj
250 g miękkiego masła
3/4 szklanki cukru pudru (dałyśmy 125 ml. miodu wielokwiatowego)
bakalie (u nas ponad 1/2-litrowa miseczka różnych bakalii: niesolonych pistacji, płatków migdałowych, orzechów włoskich, posiekanego kandyzowanego kumkwatu, posiekanych fig i daktyli, żurawiny)

2-3 łyżki gorzkiego kakao


Przygotowanie:
Bakalie namoczyć, jeśli trzeba, osuszyć, pokroić nie za drobno. Mleko zagotować z rozciętą laską wanilii (ziarenka wydłubane i dodane do mleka). Do wrzącego powoli wlewać jaja roztrzepane ze śmietaną. Gotować, mieszając, aż cały płyn w garnku podzieli się na ser i serwatkę (nam zajęło to trochę ponad godzinę). Ostudzić, usunąć laskę wanilię. Cedzak wyłożyć podwójną warstwą gazy i odcedzić ser. Maksymalnie go odcisnąć, najlepiej zostawić na noc na cedzaku, a rano docisnąć (u nas odciekał najpierw trochę sam, potem go kilka razy odciskałyśmy - cały ten proceder trwał ok. 4 godzin). Serek powinien być sypki.
Masło zmiksować z cukrem pudrem (u nas z miodem). Do makutry wrzucić ser, stopniowo dodawać masło i ucierać, aż powstanie spójny krem. Można to zrobić mikserem. Dodać bakalie do masy i delikatnie wymieszać łyżką. Wyłożoną gazą miskę napełnić dość luźnym kremem i wstawić do lodówki. Kiedy stężeje, przewrócić na talerz do góry dnem, zdjąć gazę i udekorować.
My do ok. 1/3 masy dodałyśmy kakao, by zrobić dwukolorową paschę.

Źródło: Przepis A. Kręglickiej z Ugotuj.to

Wielkanocna baba Neli

(na 2 formy podłużne lub dwie w kształcie baby)


Zaczyn:

125 ml ciepłej wody (temp. 45-50°C)

30 g drożdży

1 łyżka stołowa cukru


Ciasto:

570 g mąki wysokoglutenowej
375 ml ciepłego mleka (temp. ok. 40°C)

200 g cukru

120 g miękkiego masła

200 g rodzynek namoczonych w rumie i w wodzie (pół na pół) (u nas jeszcze dodatkowo 2 garście żurawiny)

10 żółtek

2 łyżki startej skórki z cytryny

1 łyżeczka soli


Glazura na surowe ciasto:

1 jajko

1 łyżka stołowa wody


Lukier:
2 łyżki stołowe rumu
1 szklanka cukru pudru

2 łyżeczki soku z cytryny


Przygotowanie:
Drożdże zalać ciepłą wodą z cukrem, odstawić do momentu, aż zaczną się "burzyć". W dużej misce starannie wymieszać połowę mąki, ciepłe mleko i sól. Wlać zaczyn i jeszcze raz wymieszać, następnie dodać cukier, żółtka, masło, skórkę z cytryny oraz resztę mąki. Wszystko dobrze wymieszać, a następnie dobrze wyrobić (robot bardzo się przydaje), aż ciasto zrobi się lśniące. Uwaga ciasto pozostaje cały czas klejące i bardzo lejące. Nie należy w ogóle się tym przejmować i przede wszystkim nie dosypywać mąki! Przełożyć ciasto do dużej salaterki, którą należy przykryć szczelnie folią plastikową, odstawić do lodówki na całą noc (10-12 godzin).

Gdy ciasto podwoi swoją objętość, wyjąć salaterkę z lodówki i pozostawić w temperaturze pokojowej, aby trochę się ociepliło. Osączyć dokładnie rodzynki. W wyrośniętym cieście zrobić wgłębienie, wsypać 3/4 rodzynek i jeszcze raz dokładnie wymieszać. Pozostałe rodzynki odstawić na bok.
Wysmarować formy masłem i wysypać mąką. Napełnić je do 1/3 wysokości. Odstawić na 30-45 minut, w tym czasie ciasto powinno prawie całkowicie wypełnić formy.
Ciasto przed pieczeniem posmarować glazurą przygotowaną z lekko ubitego jajka z łyżka wody. Wstawić baby do piekarnika nagrzanego do 180°C. Piec do momentu aż powierzchnia nabierze złocistobrązowego koloru, a patyczek po nakłuciu będzie zupełnie suchy (około 35-40 minut). Wyjąć baby, odstawić na 10 minut na kratce. Po czym wyjąć je z formy.

Rum podgrzać w niewielkim rondelku i wlać do miseczki z cukrem pudrem. Dodać sok z cytryny i dobrze wymieszać. Jeśli masa wyjdzie za gęsta, dodać odrobinę soku z cytryny. Wymieszać lukier z resztą rodzynek. Polukrować baby i odstawić na przynajmniej godzinę, aby lukier miał czas przeschnąć.


Źródło:
Żaba, a ona czerpała inspirację z "Kuchni Neli"


Mazurko-tarta pomarańczowa

Kruchy spód:

125 g mąki pszennej

125 g mąki krupczatki (dałyśmy semolinę)

125 g masła

1 łyżeczka soli (dałyśmy 1/2, a i tak ciasto było za słone, lepiej dać szczyptę)

1 jajko (dałyśmy samo żółtko)

2 łyżeczki cukru pudru
skórka otarta z 1 pomarańczy

Nadzienie:

1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny

1/4 szklanki bitej śmietany

1/3 szklanki sera mascarpone

1 puszka mleka skondensowanego słodzonego (dałyśmy niesłodzone i dodałyśmy ok. 100 ml miodu wielokwiatowego)
1 - 2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
5 żółtek


Przygotowanie: Wszystkie składniki na kruche ciasto posiekać i zagnieść formując w kulę. Zostawić w lodówce (w zamrażalniku) na około godzinę. Schłodzone rozwałkować i wykleić formę na tartę (o średnicy 28 cm - u nas był to prostokątna forma 29 cm x 22 cm). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni i podpiec spód (obciążony) przez około 10 minut do lekkiego zezłocenia.
Mleko skondensowane zmiksować z żółtkami. Dodać serek mascarpone i soki - wszystko wymieszać. Na końcu delikatnie wmieszać bitą śmietanę i dodać skórkę pomarańczową. Masę wylać na podpieczony kruchy spód i zapiekać przez około 15-20 minut.
Można podawać z bitą śmietaną. My dekorowałyśmy roztopioną gorzką czekoladą, już po pokrojeniu na kwadraty.

Źródło:
Every Cake You Bake u Komarki


Majonez na żółtkach


Składniki:

2 żółtka, o temperaturze pokojowej

1 łyżka musztardy Dijon (następnym razem dam niepełną lub nawet tylko 1 łyżeczkę)

sól i pieprz
250 ml. oleju arachidowego

2 łyżki soku z cytryny lub białego octu winnego


Przygotowanie:
Do miski wbijamy żółtka, dodajemy musztardę, sól i pieprz, ubijamy do połączenia składników. Potem powoli dolewamy olej, po kropelce, cały czas mieszając, tak by olej wchłaniał się w żółtka, a nie oddzielał. Kiedy majonez zgęstnieje, można zacząć wlewać trochę grubszą strużką olej, cały czas ubijając. My ubijałyśmy majonez blenderem (takim z regulacją prędkości - ustawiony na 3 prędkość, takie bez regulacji są zbyt intensywne. Gdy olej całkowicie się już wchłonie, roztrzepujemy go intensywnie przez ok. 30 sek., aż będzie gęsty i błyszczący. Dodajemy sok z cytryny/ocet, ewentualnie doprawiamy solą i pieprzem. W zamkniętym pojemniczku może poleżeć w lodówce do tygodnia.


W razie zwarzenia majonezu, należy ubić nowe żółtko i cały czas ubijając dodawać po odrobinie zwarzony majonez, a potem olej jaki jeszcze pozostał i zakończyć jak w przepisie.


Źródło: M. Roux "Jajka"


Majonez na białkach


Składniki:

2 białka
1 łyżeczka musztardy Dijon

sól i świeżo zmielony pieprz

250 ml delikatnej oliwy z oliwek (u nas olej arachidowy)

1 łyżeczka soku z cytryny


Przygotowanie:
Białka ubijamy z sokiem z cytryny, musztardą, szczyptą pieprzu i solą mikserem na najniższych obrotach (do połączenia się składników). My ubijałyśmy blenderem, jak wyżej. Nie przerywając miksowania dodajemy oliwę bardzo cienkim strumieniem i ubijamy. Po dodaniu całej oliwy zwiększamy obroty miksera i ubijamy majonez tak długo, aż zgęstnieje. Gotowy majonez przekładamy do słoiczka i trzymamy nie dłużej niż tydzień w lodówce.


Źródło:
Stolik u Poleczki


Pieczony kurczak z solanki z jabłkami i warzywami


Składniki:

1 kurczak z chowu wolnowybiegowego (ok. 1,3 kg)

2 l. wody

1/2 szklanki soli

1/2 szklanki cukru brązowego


1 cytryna, sparzona, pokrojona na ćwiartki

2 szalotki, obrane, pokrojone na ćwiartki

1 duża cebula, pokrojona na cząstki

3 marchewki, pokrojone w grube plastry

2 pietruszki, pokrojone w grube plastry

2 jabłka pokrojone w ósemki
1 główka czosnku, ząbki obrane, ale w całości kilka gałązek świeżego tymianku (ew. ok. 1 łyżki suszonego)
ok. 150 ml. soku z jabłek (ew. cydru czy dowolnego wina lub płynu)
zioła prowansalskie
oliwa


Przygotowanie:
Kurczaka umyłam, oczyściłam, odcięłam szyję. Wodę wymieszałam dokładnie z solą i cukrem. W misce zanurzyłam w tym kurczaka i odstawiłam na ok. 2-3 godziny do lodówki, przykryte talerzem i folią. Po tym czasie do brytfanki włożyłam warzywa, czosnek, jabłka, tymianek. Polałam to nie za dużą ilością oliwy i sokiem z jabłek. Wymieszałam. Położyłam na tym opłukanego i dokładnie wysuszonego kurczaka. Do środka kurczaka włożyłam 2 cząstki z jabłka, 1 cząstki cytryny, 2 ząbki czosnku i kilka gałązek tymianku. Ważne by farszu nie było za dużo, ma w kurczaku być luźno :). Kurczaka skropiłam oliwą, doprawiłam pieprzem i ziołami prowansalskimi (nie solić, ma już w sobie sól z solanki). Piekarnik nagrzałam do 260 stopni. Włożyłam kurczaka i od razu skręciłam temperaturę do 175 stopni. Piekłam ok. 1 godziny i 15 minut, aż termometr wbity w udo pokazał 75 stopni Celsjusza, w tym czasie 2-3 razy podlewałam mięso obficie sokami jakie się pod nim tworzyły. Podałam z warzywami i jabłkami na jakich się piekł, z sokiem jaki wyciekł spod pieczeni oraz z sałatą z prostym winegretem, ale przed pokrojeniem go, odpoczywał ok. 10-15 minut, by soki się w nim ustabilizowały.


Źródło przepisu na solankę:
Program na kuchni.tv. Domowy Kucharz, reszta to wolna interpretacja i kompromisy pomiędzy tym co było pod ręką a tym co chcieliśmy mieć na talerzach.


Pain au levain na mieszanych zaczynach

przepis
tutaj


Staropolska zupa chrzanowa

przepis
tutaj


Schab na biało z cebulowo-szałwiowym sosem/puree


Składniki:

1 kg schabu, oczyszczony i pokrojony na 6 grubych plastrów (nie rozbijać!)

1 czubata łyżka masła + 1 łyżeczka do cebuli

1 l. mleka

2 gałązki szałwii + kilka listków do sosu/puree

3 duże cebule, pokrojone w drobniutkie piórka

sól i pieprz


Przygotowanie:
Cebulę zeszkliłam (bez złocenia!) na maśle, potem poddusiłam z odrobiną wody by całkowicie zmiękła. Przełożyłam do kielicha koktajlowego miksera. Mięso doprawiłam solą i pieprzem z jednej strony i poddusiłam na maśle, na małym ogniu, tak by mięsa nie zbrązowić, a jedynie zamknąć w nim pory. W szerokim garnku podgrzałam mleko z szałwią, prawie do punktu wrzenia, zmniejszyłam ogień, włożyłam schab i gotowałam ok. 7-8 minut pod przykryciem. Jeśli mięso nie jest całkowicie przykryte, dobrze jest je obrócić w między czasie. Wyjęłam na talerz i pozwoliłam mu odpocząć 5 minut. W tym czasie dokończyłam sos. Do cebuli wlałam ok. 150 ml. mleka, w którym gotowało się mięso (gdybym dała ok. 70 ml. miałabym puree, u mnie przy większej ilości płynu wyszedł sos i moim zdaniem było to lepsze rozwiązanie). Zmiksowałam na gładką masę, a następnie przetarłam przez sito. Doprawiłam drobno poszatkowaną szałwią, solą i pieprzem. Każdy kawałek mięsa pokroiłam na 6 plasterków, podałam go na sosie z cebuli i szałwii.


Źródło:
Program na kuchni.tv. Gary Rhodes w kuchni przez cały rok


Cytrusowy groszek z bobem


Składniki:

450 g mrożonego bobu

450 g mrożonego groszku

70 ml. oliwy

1 łyżeczka musztardy Dijon

drobno starta skórka z 1 cytryny

sok z 1 cytryny

sól i pieprz


Przygotowanie:
Bób zblanszowałam przez 2-3 minuty w osolonym wrzątku, potem obrałam i odstawiłam. Przygotowałam dressing, mieszając oliwę, sok i skórkę z cytryny, musztardę, sól i pieprz na jednolitą masę. Groszek wrzuciłam na ok. 3-4 minuty do osolonego tuż przed podaniem. Gdy zmiękł, wyłączyłam gaz, wrzuciłam bób by się odrobinę zagrzał i odcedziłam dokładnie. Wymieszałam z dressingiem.


Źródło:
Program na kuchni.tv. Gary Rhodes w kuchni przez cały rok


Wielkanocny sernik z szafranem i miodem

Składniki:

150 g miękkiego masła

70 g drobnego cukru (lub 60 g cukru pudru)

150 g mąki pszennej

75 g mąki ryżowej (ew. mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej)


duża szczypta szafranu

350 g niesłodzonego mleka skondensowanego

150 ml. miodu wielokwiatowego
1 kg sera śmietankowego do serników President
100 g miękkiego masła

6 jajek, żółtka i białka oddzielnie


1 duża garść namoczonych w rumie rodzynek i żurawin

Przygotowanie: Najpierw należy przygotować kruchy spód ucierany. Masło z cukrem ucierać 6-7 minut, dodać przesiane mąki i delikatnie wmiksować je w masło. Przełożyć na folię, uformować okrągły placek i schłodzić w lodówce lub zamrażalniku. Schłodzone ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami pergaminu do pieczenia (będzie się rwało, nie przejmować się tym, tylko tam gdzie się porwie wylepić formę palcami) i wyłożyć formę - dno i boki do 2/3 wysokości. Asia proponowała użycie formy o średnicy 23 cm i wysokości 8,5 cm. Ja takiej nie mam, więc użyłam formy 26 cm, ale lepiej byłoby użyć formy 30 cm, tylko należy zwiększyć ilość ciasta o 1/2. Spód podpiec w 160 stopniach przez ok. 30 minut (ja piekłam bez obciążenia, ale można i z nim, tylko nie przez cały czas, by ciasto lekko się zezłociło). Ostudzić.
Mleko skondensowane wymieszać z miodem i szafranem i lekko podgrzać. Ostudzić i poczekać aż szafran się rozpuści. Masło utrzeć wraz z serem, dodać mleko. Żółtka ubić przez ok. 6-7 minut, a potem po łyżce dodawać do nich masę serową, cały czas miksując. Białka ubić w osobnej misce nie za sztywno (ja ubiłam je ze szczyptą soli i cream of tartar). Delikatnie połączyć je z masą żółtkowo-serową. Wlać na podpieczony spód. Ja na wierzch jeszcze dałam żurawiny i rodzynki. Piec w 175 stopniach Celsjusza przez 20 minut, potem zmniejszyć temperaturę do 160 stopni i piec 30 minut. Wyłączyć piekarnik i studzić przy zamkniętych (!) drzwiczkach przez ok. 1 godzinę. Potem wyjąć, ostudzić na kratce, zdjąć obręcz i schłodzić bez przykrycia w lodówce (minimalnie 2-3 godziny, najlepiej przez noc). Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem lub udekorować wedle uznania.


Źródło:
Kwestia Smaku Asi

Likier krówka, czyli domowy bailey's

przepis tutaj, ale tym razem dałam 3 razy więcej kawy (łyżki zamiast łyżeczek)


Smacznego.

Kuchnia Wielkanocna 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...