Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2011

Zapraszam na śniadanie ...


... długie śniadanie, bo kończące się kolacją :-)


To był dzień, który zapamiętam na długo, gdyż był zwieńczeniem wspaniałego weekendu. Czasu, który zaczął się od kawy w kawiarni i pięknego podarku od Karoliny ... dzbanuszka wypełnionego po brzegi lśniącymi orzechami w łupinach. Makadamia, pekany i migdały cieszyły nasze oczy, a my wraz z Polą siedzieliśmy wokół stołu i w towarzystwie lasagne i domowego malibu rozmawiałyśmy o dawnych rzemiosłach, o gotowaniu, ulubionych potrawach i czas przeleciał nam nim się zorientowałyśmy.


Potem znów wyprawa na Dworzec i zastanawianie się, czy na pewno poznamy w tym tłumie Monikę. "Telefon nie działa, jak my się tu znajdziemy?" zastanawialiśmy się z Polą i moim Mężem. Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie, bym nie miała żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. Malutka Kobietka z koszykiem pełnym smakołyków, a na wierzchu pyszniły się przewiązane czerwoną kokardką precle. Brakowało tylko czerwonego kapturka, bym poczuła się zupełnie jak w bajce. Dopełnieniem tej cudownej atmosfery było zajadanie jej drożdżówek wypełnionych wybornym dżemem z suszonych gruszek. Jeszcze teraz ślinka mi cieknie na myśl o nich.


Co działo się później, już wiecie. Pierogowe szaleństwo ogarnęło nas wszystkich, a moja Kuchnia Szczęścia wypełniła się pięknymi falbaniastymi smakołykami. Noc jaka nastąpiła po tych zabawach, nie mniej była szalona, więc niedzielne śniadanie musiało być sycące. I tutaj do boju przystąpiła Poleczka, której sos z awokado uwiódł nasze podniebienia. Pięknie zielony, maślany od awokado, o delikatnym smaku tuńczyka i wyrazistych ziół, to było to czego potrzebowaliśmy. W towarzystwie mojego schabu i Szkutniowego chleba ... ach, to była ambrozja, a do tego źródło naszych sił na cały, po brzegi wypełniony dzień.


A cóż takiego porabialiśmy? Oczywiście z aparatami w łapkach łapałyśmy kadry. Na pierwszy ogień poszły śniadaniowe resztki. Czy ktoś mi powie, czemu one są takie fotogeniczne? Gdy patrzę na te okruszki ze skórki ze schabu, już lecę do lodówki by wyjąć kolejny kawałek mięsa na tę rewelacyjną wędlinę. I znów bym chciała usiąść wokół stołu, rozmawiać, wspólnie gotować i kadry łapać.


Nie mogło się również obyć bez zdjęć robionych sobie nawzajem, zdjęć znad ramienia, zdjęć naprzeciwko siebie i oczywiście nieskończonej wręcz ilości ujęć kici, która patrzyła się na nas z pobłażliwą wyrozumiałością, czekając tylko na chwilę spokoju, gdy nasze rozbawione towarzystwo wybierze się na zakupy. Tym razem obiad zjedliśmy na mieście, by mieć czas na to co takie kulinarnie zwariowane Babeczki lubią najbardziej, czyli nic innego jak zakupy w sklepach z kulinarnymi utensyliami i ... z butami :-)

Rozbawieni i odrobinę zmęczeni pojawiliśmy się w domu dopiero wczesnym wieczorem. Czas więc przyszedł na kolację, tym bardziej wyczekiwaną, iż Monia obiecała nam w ten ostatni wspólny wieczór przygotować smakowitą przekąskę.


I znów w moim Szczęściu miseczki i wałki poszły w ruch. Moni ręce, mój aparat w łapkach, trochę mąki, trochę wody, kilka jabłek, kapka dżemu i patelnia z oliwą wystarczyły bz na koniec dnia cieszyć się obłędnymi samosami, jakie znalazłyśmy u Basieńki. Nie obyło się oczywiście bez kardamonu. Bo czy ktoś wyobraża sobie, że ja nie wyjmę z szuflady słoiczka z tą aromatyczną przyprawą? Monia przyklasnęła mojemu pomysłowi i jabłka oraz jogurt podany jako dodatek połączyły się z jasnobeżowym proszkiem ku naszej uciesze.

Wydawałoby się, że to już koniec, prawda? Przecież niemożliwe, aby po tak pełnym wrażeń weekendzie mieć siły jeszcze na cokolwiek, gdy na zegarze wybija dziewiąta. Nic bardziej mylnego. Niepowodzenia poprzedniego wieczora z solonym kremem karmelowym mocno nas nurtowały. Nie mogłyśmy mu przepuścić ...


... i nie przepuściłyśmy. Modlitwy Poli nad patelnią, jej rozmowy z bulgoczącą masą najwyraźniej pomogły, gdyż choć zamiast ciemnego kremu, uzyskałyśmy jasny sos, nasza karmelowa masa nie rozdzielała się już z masłem, a my jak zahipnotyzowane wracałyśmy do kuchni i po łyżeczce wyjadałyśmy ten kokieteryjny deser, nie zapominając o wylizaniu patelni i łyżki, dmuchając i chuchając, by jak najszybciej ostygła i nie poparzyła języków i palców takim łasuchom jak my.

Tak obłędne połączenie smaków jak karmel i sól, na zawsze uwodzi kubki smakowe, więc uprzedzam wszystkich, którzy jeszcze go nie jedli - to uzależnia, do końca życia nie zapomnicie tego smaku i powracać do niego będziecie w nieskończoność ...

... nawet kardamonu już tam nie potrzeba :-D

I tak zakończyło się nasze kulinarne balowanie. Poznanie, gotowanie, rozmowy i delektowanie się dziełami naszych rąk sprawiło, że w czasie pożegnania nie o rozstaniu mówiłyśmy, a o kolejnych okazjach do spotkania, by ten cudowny czas wpisał się na stałe w nasze kulinarne kalendarze. Zgadnijcie o nastawieniu jakich nektarów już rozmawiamy? No ba! Wiadomo, że nalewki i likiery. Coś czuję, że następne spotkanie będzie pełnym od śmiechu nalewkowym warsztatem :-)

Wspaniale bawiłam się z Wami
Warszawskie i Krakowskie Babeczki,
Rodzynku i mój Ukochany Mężu,
a teraz czekam już na kolejne
tak radosne wydarzenia!
Buziaki :-)*



Pasta z awokado i tuńczyka

Składniki:
1 puszka tuńczyka w oliwie
1/2 opakowania gęstego greckiego jogurtu (użyłam jogurtu firmy Total)
1 duże bardzo dojrzałe awokado
1 duży pęczek bazylii (listki + łodyżki)
1 duży pęczek zielonej pietruszki (listki + łodyżki)
1 duży pęczek koperku (listki + łodyżki)
1/2 łyżki solonych kaparów lub ćwierć łyżeczki soli morskiej (lub odrobinę więcej zwykłej soli)
sok z połowy dużej cytryny
3 duże ząbki czosnku
świeżo mielony pieprz

Przygotowanie: W blenderze (żyrafie) miksujemy na gładką masę tuńczyka wraz z oliwą i pozostałymi składnikami. Doprawiamy do smaku - sos musi być lekko kwaśny i odpowiednio słony. Anoushka pisała, że sos świetnie się również sprawdza jako dip, w którym możemy maczać surowe kawałki warzyw, a jeśli zmniejszymy ilość jogurtu powstanie smaczne smarowidło do kanapek. Pola najbardziej lubi ten sos w towarzystwie jajek ugotowanych na półtwardo (gotuję jajka 5 minut od włożenia do gotującej się wody), a mi wspaniale smakowało na kanapkach z plasterkami schabu pieczonego w marynacie.

Źródło: Stolik u Poleczki

Schab pieczony w marynacie
Przepis tutaj.

Krem karmelowy z solą

Składniki:
1 szklanka (240 g) śmietanki kremówki
7 łyżek (110 g) masła (w tym 1 łyżka masła solonego)
1/2 łyżeczki kwiatu soli morskiej (fleur de sel) lub 1/4 łyżeczki drobnej soli morskiej
3/4 szklanki (165 g) drobnego cukru
1/8 szklanki (40 g) syropu cukrowego (corn syrup) lub golden syrup*
1/8 (30 ml) szklanki wody

Przygotowanie: W rondelku zagotować śmietankę, sól i masło. Odstawić. Do płaskiego naczynia (użyłam dużej patelni) wsypać cukier, dodać wodę i syrop cukrowy. Podgrzewać do roztopienia się cukru i uzyskania bursztynowego karmelu (121 stopni Celsjusza - ale moim zdaniem to musi być wyższa temperatura - chodzi przede wszystkim by wyszedł nam ciemny karmel). Rozpuszczającego się cukru nie należy mieszać, można ewentualnie poruszać patelnią. Do masy karmelowej dodać zagotowaną śmietankę z dodatkami. Ponownie gotować na średnim ogniu, bez mieszania, do uzyskania zgęstnienia masy (około 5 -7 minut). Zamieszać. Przelać do słoika i pozostawić do wystudzenia.

Moja uwaga: u nas wyszedł raczej sos, a nie krem przy tej metodzie pomimo trzech prób. Nie zamierzam jednak poprzestać na próbach, a póki co polecam też ten krem karmelowy, który robiłam kiedyś z Fellunią, a jest z przepisu Pierra Herme.

*syrop można kupić między innymi w sklepach Kuchnie Świata, Marks & Spencer.

Źródło: Pistacjowe smakołyki u Lo

Samosy na słodko

Składniki na ciasto:
1 szklanka maki
3 łyżki oleju
1/2 szklanki + 1 łyżka cieplej wody
szczypta soli

Nadzienie:
4 jabłka, kwaśne lepsze
skorka otarta z cytryny
sok z połowy cytryny
2 łyżki cukru (my dałyśmy mniej, ok. 1 łyżkę)
4 łyżeczki konfitury z płatków róży (my dałyśmy dżem z czarnej porzeczki)

Przygotowanie: Jabłka obieram, gniazda nasienne odrzucam, dzielę na ćwiartki. Każdą ćwiartkę kroje wzdłuż na pół i średnio-drobno siekam. Pokrojone jabłka wrzucam do garnka, dodaje skórkę z cytryny, sok z cytryny, cukier - dusze kilka minut (na półmiękko).
Mąkę mieszam z solą, dodaję olej i ciepłą wodę, po czym ciasto dobrze wyrabiam. Dziele na 4 części, każdą z nich wałkuje tak, by powstał okrągły placek grubości ciasta na strudel. Każdy krążek przekrawam na pół i składam w sprytna kieszonkę (jak wyżej na zdjęciach). Kieszonkę napełniam jabłecznym nadzieniem, miedzy jabłka pakuje pół łyżeczki dżemu, zlepiam, zaciskam rąbek w falbankę i smażę na złoto w gorącym, głębokim tłuszczu (my nie smażyłyśmy w głębokim tłuszczu, tylko na patelni było ok. 1/2 cm wysokości). Na koniec odsączam z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Zjedliśmy je z gęstym jogurtem doprawionym kardamonem.

Źródło: Kardamonowa Basieńka

Smacznego.

czwartek, 24 marca 2011

Szczęśliwe kartki pamięci.


Prawie tydzień już mija od czasu, gdy połączone wspólną pasją, ale rozdzielone wieloma kilometrami zabrałyśmy się za słodkie pieczenie wraz z Oliwką. Tamtego dnia w moim Szczęściu rękawy zakasały jeszcze Kasia i Poleczka, więc silna ekipa powstała do kulinarnych zabaw i pogaduszek na gadu-gadu. Zapytacie cóż wyszło spod naszych rączek?


Musiało być coś bezowego, ponieważ jak wiadomo moje jajka są z samymi białkami* :-D Wymieniając maile z Oliwką, zastanawiałyśmy się tylko przez chwilę. Na tapetę miały pójść bezy i to nie byle jakie bezy, ale tort bezowy z przepisu cukierniczego mistrza Pierre'a Herme. Oczywiście trzeba było odrobinę zmodyfikować przepis. Nie byłybyśmy kulinarnymi eksperymentatorkami, gdybyśmy nie miały czegoś dodać, coś odjąć ... jednym słowem pokombinować.

Jak już postanowiłyśmy, że beza ma mieć kawowo-różany smak i aromat, trzeba było zdecydować się na krem. I tutaj muszę przyznać się do pewnego błędu. Zakochana w kremie cukierniczym i metodzie jego tworzenia, jaką przekazała mi Ela, zaproponowałam byśmy krem stworzyły na jego bazie. Powstał więc zabójczy w smaku kawowy krem o kardamonowej nucie, wzbogacony mocno ubitą kremówką. Tak to jednak bywa z tortami, że powinny one poleżeć w lodówce, ale niestety ten krem zbyt rozmiękczał bezy, przez co zmieniały one znacząco swoją strukturę, stając się piankowate - trochę jak ptasie mleczko. Trzeba więc albo go zamrozić i podawać zamrożony, albo zmienić krem.

W smaku tort nie stracił nic a nic, ale jego prezencja ... hmmm ... już tak. Dlatego podaję też poniżej przepis na mus czekoladowy, jaki Herme podał w swojej recepturze na tort bezowy dla wszystkich tych, którzy chcieliby przygotować ten tort i podawać go w niezmrożonej postaci.

Jednak żadna wpadka nie mogła nam w tamten weekend popsuć humoru. Ani pękające bezy, ani płynny krem, gdyż najważniejsza była wspólna kulinarna zabawa i pogaduszki, zwieńczone degustacją tortu, który w myślach nazwałam tortem-"etonkiem"**. Wczesnym południem już zaczęłyśmy z Poleczką pogaduszki z Oliwką na gadu, potem dołączyła jeszcze do nas Kasia i czas biegł przemiło, aż nie zorientowałyśmy się kiedy zapadł zmierzch i czas było się rozstawać.

I tak dzisiaj piszę te słowa, ale wspomnienie tortu, jego smaku i aromatu unosi się wciąż wokół mojej głowy, sprawiając że na języku czuję lekko chrupką, piankową bezę o uwodzącym zapachu róży i pobudzającym smaku kawy, przełożoną kokietującym podniebienie swym kardamonowym akcentem kawowym kremem i wiem, że dla każdej z nas będzie to kolejna kartka pamięci zapisana nie tylko wybornie, ale i szczęśliwie.

Dziękuję Oliwko za wspólne, wirtualne pieczenie i pogaduszki i Wam, Poleczko i Kasiu za kuchenno-salonowe zabawy :-)*

A już tuż, tuż kolejne wspaniałe wydarzenia będą zapełniać moją pamięć cudownymi obrazami, smakami i aromatami. Ile szczęścia może dać kuchnia :-)


* spójrzcie na jeden z komentarzy Lo do mojego komentarza :)
** od angielskiego deseru "eton mess", który jest połączeniem ubitej kremówki, pokruszonych bez i rozgniecionych owoców.


Kawowy tort bezowy z orientalnym akcentem

Beza francuska
(500 g)*

Składniki na blaty:
5 białek
340 g cukru pudru (ja mielę cukier trzcinowy na coś zbliżonego do pudru, ale uwaga: zmienia to kolor bezy)
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
1 łyżeczka wody różanej

Składniki na krem:
15 g zmielonej kawy
330 ml mleka pełnotłustego
(ew. bez kawy zmielonej - 300 ml mleka + 30 ml espresso)
6 żółtek (ok. 100 g)
6 łyżek cukru (ok. 100 g) (może być trzcinowy)
1 pełna łyżka (ok. 11 g) skrobi kukurydzianej
1-2 łyżeczki kardamonu mielonego (najlepiej świeżo utarty w moździerzu)
30-50 g masła miękkiego + do posmarowania folii
100 g kremówki, zimnej
opcjonalnie żelatyna lub agar-agar, jeśli tort ma dłużej postać

Przygotowanie blatów: Nagrzać piekarnik do 110 stopni Celsjusza. Kawę zmiksować z cukrem pudrem. Białka ubić na pół sztywno, wtedy zacząć dosypywać stopniowo cukier z kawą cały czas ubijając, aż piana będzie sztywna i lśniąca.Można zrobić test miski nad głową :-D Na sam koniec ubijania dodać powoli wodę różaną. Masę włożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką i wycisnąć 3 blaty o średnicy 22 cm. Krążki bezowe piec przez 90 minut.

* Według Pierra Herme na 3 takie blaty należy wziąć tylko 250 g masy na bezę cukrową, ale mi zawsze potrzeba więcej, więc wolę zrobić dwa razy więcej masy, a z tego co zostanie robię beziki.

Przygotowanie kremu: Jeśli używamy zmielonej kawy, należy zalać ją zimnym mlekiem, doprowadzić do wrzenia, zdjąć z ognia i zostawić na 30 minut. Jeśli używamy espresso dolewamy je do mleka, jak już ono się podgrzeje.
Mleko z kawą (lub kawowe mleko) podgrzewamy na średnim ogniu, doprowadzając niemal do wrzenia. W tym czasie ubijamy żółtka z cukrem, aż potroją objętość. Najlepiej mikserem. Pod koniec dodajemy przesianą skrobię i kardamon i ostrożnie miksujemy, by skrobia nam się nie rozniosła po kuchni.
Kiedy mleko zaczyna wrzeć, zmniejszamy ogień do małego, wlewamy na jego środek ubite żółtka i nie mieszamy! Pozostawiamy to na ok. 1 minutę, aż mleko zacznie "na poważnie" wychodzić bokami. Wtedy trzepaczką balonową ubijamy kilka razy, zdejmujemy z ognia i ubijamy przez chwilę do gładkości. Dodajemy masło i ubijamy znów do gładkości. Przelewamy do miseczki, którą wkładamy do większej, wypełnionej zimną wodą z lodem. Przykrywamy folią posmarowaną masłem, którą kładziemy bezpośrednio na kremie, dzięki czemu nie powstanie na nim kożuch. Jak już będzie letni, wkładamy go do lodówki lub zamrażalnika i schładzamy.
Gdy już jest zimny, ubijamy zimną kremówkę. Delikatnie łączymy ją z kremem. Przed połączeniem z kremówką można doprawić kardamonem lub np. likierem kawowym.

Blaty przekładamy kremem. Najwygodniej krem włożyć do rękawa cukierniczego. Schładzamy po przełożeniu. Najlepiej przez noc. Po tym czasie można tort oblać czekoladową polewą lub obłożyć kremem, ale moim zdaniem najładniejsze jest właśnie takie - nieregularne :)
Niestety jak pisałam ten krem bardzo szybko rozmięka bezy, więc należy go włożyć do zamrażalnika, a nie do lodówki i podawać w wersji zamrożonej lub zamienić krem na ten podany przez Pierre'a Herme, który zmodyfikowałam tylko smakowo. Przepis znajdziecie poniżej.

Mus czekoladowy z kawą i kardamonem

Składniki:
260 g gorzkiej czekolady + 35 g
15 g mleka, prawie wrzącego
185 g masła, miękkiego
2-3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
1-2 łyżeczki kardamonu
3 żółtka
5 białek
15 g cukru pudru

Przygotowanie: 25 g czekolady posiekać i zalać prawie wrzącym mlekiem. Mieszać, dodając i delikatnie przestudzić ten sos czekoladowy. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Masło ubić do puszystości i powoli wlewać rozpuszczoną czekoladę, cały czas ubijając. Ubijać do czasu aż znów masa będzie lekka i puszysta. Żółtka ubić i wlewać do nich sos czekoladowy, cały czas ubijając. Gdy już będą puszyste, dodać je do musu i ubić znów do puszystości. Białka ubić na sztywno z cukrem pudrem. Dodać najpierw 1/4 piany z białek do musu i wymieszać delikatnie. Potem stopniowo dodawać białka do musu i delikatnie mieszać, nie miksując.

Blaty bezowe przekładać tym musem, można je też nim obłożyć. Pierre Herme radzi włożyć tort na 2 dni do lodówki, a tuż przed podaniem udekorować.

Źródło: Przepisy na bezę i mus czekoladowy z książki Pierre Herme "Desery", metoda na krem kawowy od Eli z My best food, za to tort to moje kompozycje smakowe.

Smacznego.

środa, 2 lutego 2011

Ciepło, słodko ... gospodarnie.


Ja dalej pozostaję w zimowych klimatach. Wystarczy kilka chwil na mroźnym spacerze po zakupy, bym w drodze do domu marzyła o czymś rozgrzewającym. Kubek kakao? Hmmm, być może. Szklanka ciepłej herbaty? Niby tak, ale chciałoby się jeszcze trochę słodyczy i coś na przysłowiowy ząb.

Maślano-chlebowy pudding to odpowiedź na potrzebę wykorzystania resztek pieczywa, jak również na ogromną ochotę na coś rozgrzewającego i słodkiego. Moim zdaniem najlepsza wersja to ta, w której używamy podsuszonej już chałki czy innej niezbyt słodkiej drożdżówki, ale w gruncie rzeczy każdy chleb posmakuje Wam wybornie.


A prostszego przepisu na deser ze świecą szukać. Prosty kogel-mogel, lub nawet całe jajka ubite do białości z odrobiną cukru, zaparzone mlekiem i zapieczone. Jedna jest tylko żelazna zasada. Kromki pieczywa posmarowane masłem muszą (!) odleżeć przed pieczeniem przez 15 minut. Taka kąpiel daje ciastu nasiąknąć, wchłonąć smaki, by potem podzielić się swoim nowym obliczem.

Metod przygotowania też jest kilka. Znajdziecie i takie, gdzie autorzy kładą nacisk na całkowite zalanie płynem pieczywa, albo i takie gdzie masy mleczno-jajecznej ma być tyle co na lekarstwo. Osobiście jestem zwolenniczką złotego środka. Kromki układam przechylone, ale bliskie pionu, zalewając je masą od góry tak by zakryte zostały maksymalnie do połowy. Dzięki temu mamy konsystencję i miękką i chrupką, a jajeczny smak nie wybija się w całości, tworząc prawie niezauważalne tło dla kilku nut słodyczy - tych z pieczywa, tych z cukru lub miodu i tych z bakalii.

Do tego mocna czarna herbata i czujemy się jak w raju. Po pierwszej tradycyjnej wersji można jeszcze poeksperymentować ze smakiem. Dodać ulubionego likieru, mieszanki bakalii czy smakowego ekstraktu. Spodziewamy się gości i chcemy zrobić coś bardziej wykwintnego, ale nie ma czasu ani środków. Wystarczy zapiec małe, indywidualne porcyjki i udekorować je owocami. Wyśmienity rezultat gwarantowany ... w każdym przypadku.


Maślano-chlebowy pudding

Przepisów jest tyle, co i gotujących, ale ten który ja używam jest najbliższy temu, który czas jakiś temu zamieściła u siebie Basia

Składniki:
14 kromek domowej chałki, powinna być już 2-3 dniowa, by była czerstwawa (to powinna być 1 średnia chałka) (jeśli użyjemy bezglutenowego pieczywa, danie będzie dobre na osób nietolerujących glutenu)
masło do posmarowania kromek
3 jajka
1-3 łyżek cukru (gdy robimy z chałki, lepiej dodać maksymalnie 1 łyżkę cukru, gdy ze zwykłego pieczywa, do 3)
1/2 l mleka
garść rodzynek (ja dałam żurawiny, gdyż i chałka była z żurawinami)
opcjonalne dodatki: chlust likieru lub ekstraktu, dodatkowe bakalie, przyprawy (np. kardamon)

Przygotowanie: Kromki chałki (nie pokrojone zbyt cienko) posmarować cienko masłem z obu stron i ułożyć w naczyniu, tak by były przechylone, ale nie położone ani w pionie. W tym czasie nagrzać piekarnik do 170 stopni Celsjusza. Z jajek lub żółtek wraz z cukrem ukręcić kogel-mogel (czyli ubić do białości), a mleko doprowadzić niemal do wrzenia. Cały czas ubijając jajka wlewać mleko cieniutkim strumyczkiem. Dodać likier/ekstrakt/przyprawy. Kromki posypać bakaliami i zalać mieszaniną mleczno-jajeczną, polewając wszystkie kromki od góry. Odstawić na 15 minut. Po tym czasie piec przez ok. 30 minut, do ścięcia masy i chrupkości wierzchołków kromek. Zajadać ze smakiem jeszcze ciepłe :-)

Smacznego.

wtorek, 23 listopada 2010

Słodkie orzeźwienie.


Wiosna tego roku była zimna i smutna. Tęskno było do słońca, ale wszechobecna szarość raczej słotę i śniegi przypominała. I tak dnia pewnego dla odrobiny słodyczy i orzeźwienia po deszczowych kroplach na szybie, odrobinę przyjemności nam zrobiłam.


Wraz z Oczkiem przy okazji konkursu zabawę sobie zrobiłyśmy, stół, zastawę, formy i foremki ustawiając, kadry i ujęcia łapiąc. Żeby nie jedynie ze szklanym oczkiem nad pustymi talerzami się wyginać, smakołyki dzień wcześniej upichciłam. Intensywnie cytrynowy, puszysty jak świeży śnieg, urzekająco słodki suflet uprzyjemnił nam tamto popołudnie. Popijany lemoniadą iluzję lata nam stworzył i choć aura chłodna była, nam od wesołości zupełnie ciepło się zrobiło.


Dla podkreślenia kontrastu zimno-ciepło, bezapelacyjnie najwspanialszy rarytas musiał się pojawić. Creme brulee o pistacjowych aromatach na Sycylię nas przeniósł, która to słynie z uprawy tych pięknych orzeszków, a i z której miód do tego deseru użyłam. Czy mogło być nam jeszcze zimno, gdy stukając łyżeczką w cienką karmelową skorupkę do zimnego, jedwabiście kremowego wnętrza się dostawałyśmy?

Smaki pistacji, zatopionych w mleczno-śmietanowym kremie wraz z cytrynowym puchem i miętowymi akcentami zapewniły nam tego dnia pełnię słodkiego orzeźwienia.


Suflet cytrynowy

Składniki:
1 łyżka oleju arachidowego
6 średnich jajek, białka i żółtka oddzielnie
130 g drobnego cukru
500 g śmietanki kremówki
Sok i drobno starta skórka z 4 cytryn
1 łyżka żelatyny (lub 2 listki)

Przybranie:
20 g uprażonych płatków migdałów
200 g cukru
2 cytryny

Przygotowanie: Najpierw przygotowałam naczynia do sufletów, owijając je trzema warstwami pergaminu, tak żeby wystawał 6-8 cm powyżej górnej krawędzi naczynia. Umocowałam go gumkami, ale można też taśmą czy sznurkiem. Pergamin posmarowałam cienko olejem.

Żółtka ubiłam z 80 g cukru i skórką cytryny na puszystą, białą masę. Żelatynę w proszku rozpuściłam w 2 łyżkach zimnej wody i potem dodałam do podgrzanego soku. Lekko przestudziłam. Mieszając trzepaczką dodałam do żółtek, potem dal;ej mieszałam przez około 1 minutę. Ubiłam śmietanę do konsystencji kremu i delikatnie dodałam masę cytrynowo- jajeczną.
Białka ubiłam z pozostałą ilością cukru i połączyłam z przygotowaną masą. Przełożyłam do foremek, nakładając 2-3 cm powyżej krawędzi naczynia. Delikatnie wygładziłam powierzchnię. Wstawiłam suflety do lodówki na 6-8 godzin lub 3-4 godziny do zamrażalnika.

Cytryny przeznaczone do dekoracji można pokroić w cienkie plasterki, a potem na pół. Włożyć do garnka z 200 ml wody i 200 g cukru. Doprowadzić do wrzenia, gotować 2 minuty, tak by syrop lekko bulgotał. Odstawić do ostygnięcia. Trzymać w syropie do czasu podania. Ja z tego dodatku w końcu zrezygnowałam.

Przed podaniem zdjąć delikatnie pergamin, ozdobić np. płatkami i cytrynami. Podawać natychmiast.

Źródło: "Jajka" M. Roux

Pistacjowy creme brulee

Składniki:
500 ml mleka
500 ml śmietany kremówki
60 g pasty pistacjowej (ja dałam 40 dag niesolonych pistacji, zmiksowanych z 20 g miodu pistacjowego)
150 g drobnego cukru
200 g żółtek (ok. 10)
70 g trzcinowego cukru Demerara

Przygotowanie: Piekarnik nagrzałam do 160 stopni Celsjusza i przygotowałam głęboką blachę. W tym czasie mleko i śmietankę podgrzałam z pastą pistacjową i 90 g cukru, aż wszystko się rozpuściło i połączyło. Żółtka roztrzepałam z pozostałym cukrem. Gorące mleko powoli wlewałam do żółtek, cały czas ubijając trzepaczką. Krem przelałam do foremek i ustawiłam na blasze. Wrzącej wody wlałam na blachę tyle, by sięgała do 2/3 wysokości foremek z kremem. Piekłam ok. 30 minut, tylko do momentu jak krem się zetnie. Wyjęłam z piekarnika i z kąpieli wodnej, przestudziłam i wstawiłam do lodówki na kilka godzin. Przed podaniem posypałam wierzch cukrem trzcinowym i opaliłam palnikiem.

Źródło: "Jajka" M. Roux

Miętowa lemoniada

Składniki:
Woda
Miód, najlepiej kwiatowy
Cytryny, pokrojone na cienkie plasterki
Mięta
Kostki lodu

Przygotowanie: W odrobinie ciepłej wody rozpuściłam miód. Połączyłam z cytrynami cieniutko pokrojonymi, całymi gałązkami mięty i zalałam wodą. Całość schłodziłam. Przed podaniem dodałam kostek lodu.

Wersja dla dorosłych - czyli lemoniada a'la mojito: do wszystkiego dodać jeszcze białego rumu, w ilości tylko na smaczek, a nie na moc. Wtedy można raczyć się taką lemoniadą przez całe popołudnie i wieczór wypełnione letnim grillowaniem i nie odczuć "nadużycia" :-)


Smacznego

sobota, 31 lipca 2010

Nieśmiertelny deser lata.


Nieśmiertelny deser lata, bo na szybko, bo smacznie, bo zdrowo, bo pięknie ... wymieniać można długo, jak i wersji jego można zrobić wiele, a latem nie trudno o różnorodność. Na straganach co weekend wynajduję najładniejsze owoce, chodzę z wiklinowym koszykiem w ręku, z mężem z torbą na kółeczkach za mną i wącham, oglądam, oceniam, aż w końcu wybieram.


Cotygodniowy spacer na bazarek to rytuał. Oczyszcza i uspakaja, pozwala ułożyć menu na najbliższy tydzień, by w ferworze nowości jakie w ostatnich tygodniach mnie spotkały nie zapomnieć o obiedzie ... i deserze. A tego nowego jest trochę, choć zbiorczo dadzą się określić mianem "praca". I tak nowe zadania przede mną i nowe osoby wokół mnie i nowe odczucia we mnie, co razem daje fascynującą mieszankę.


W czasie więc, gdy przyzwyczajam się do tych innowacji, powoli nadszedł czas by powrócić do stałych i pewnych kątów. Nie, nie do kuchni - jej nie opuściłam nawet na chwilkę. W końcu ciasteczko na dobry dzień w pracy musi być i "lunczyki" jakieś się pojawiały w postaci wytrawnych keksów, makaronów z włoskimi sosami czy indyjsko doprawionych sałatek ryżowych oraz obowiązkowo obiadki dla siebie i męża po pracy, ale przyznaję bez bicia - sił i zapału brakło mi by usiąść przed komputerem i spisać ten natłok wszystkiego, jaki się we mnie kotłował.

Teraz więc gdy uspokaja się czas wokół mnie, a magdalenki pojawiają się nie tylko, gdy poszukuję straconego czasu, dzielę się z Wami tym słodkim i prostym deserem, zapraszając do mojej Kuchni Szczęścia :-)


Deser jagodowo-owocowy
(4 porcje)

Składniki:
1 duży jogurt grecki/bałkański
miód do smaku (ja dałam 1 łyżkę miodu leśnego)
3 malutkie brzoskwinie ufo (ew. morelki)
30-40 dag borówek
duża szczypta kardamonu (ew. inne przyprawy)
opcjonalnie: mięta lub inne zioła

Przygotowanie: Jogurt dokładnie wymieszałam z miodem i kardamonem. Nad miseczką pokroiłam brzoskwinie, tak by nie stracić wypływającego z nich soku. Dorzuciłam większość borówek, zostawiając 4 duże garście do przybrania. Jogurt wymieszałam z owocami. Przełożyłam do szklanek i udekorowałam na wierzchu odłożonymi borówkami. Schłodziłam przez kilka godzin w lodówce.

Smacznego.

sobota, 1 maja 2010

Nic nie jest niemożliwe!


Spotkanie Indii i Rumunii ... niemożliwe? Spotkanie osób, które normalnie nigdy by się nie poznały ... niemożliwe? Nic nie jest niemożliwe!


Takie właśnie niezwykłe spotkanie odbyło się kilka dni temu. Trzy gotujące babeczki - ja, Oczko i Lo, trzy aparaty i już wkrótce każda z nas odczuła jak to ogromnie zaraźliwe jest fotografowanie. Opowiadając o sobie, o wycieczkach tych kulinarnych i nie tylko, o wspaniałych przyprawach i książkach z pasją oddawałyśmy się fotografowaniu*, nasze żołądki uciszając, gdy wspaniałe aromaty drażniły je niemiłosiernie, a czekać trzeba było jeszcze na wygrzewający się w piekarniku udziec.


Nie ma bardziej udanych spotkań, jak te które wiążą się z biesiadą przy stole. Większa czy mniejsza, na słodko czy wytrawnie, z winem lub herbatą ... dowolnie, byle by wyborne smakołyki upiększały stół. Tym razem indyjskie klimaty, tak przeze mnie ostatnio ukochane zdominowały nasze talerze. Udziec jagnięcy zamarynowany w intensywnej marynacie, najsilniej kolendrą, imbirem i czosnkiem pachniał, dopełniając się słodyczą miodu i migdałów ukrytych w jogurtowej zalewie, z której powstała smakowita skorupka. Soczyste i aromatyczne mięso wraz z bukietem własnoręcznie dobranych sałat i zielenin, polanych kardamonowym winegretem uzupełnione zostało korzennym i kwiatowym w smakach i aromatach pilawem oraz ... rumuńskim wytrawnym winem.

To było podniebienne zaskoczenie. Rumunia do niedawna była zupełnie nieatrakcyjnym w moich wyobrażeniach krajem, a już na pewno nie kojarzącym się z wyśmienitym trunkiem. Teraz nie tylko myślę o wakacjach tam, ale i z rozmarzeniem wspominam to wyraziste, wytrawne wino o niezwykłym smaku i przepięknej etykiecie (zdjęcie wina by Oczko).


Aż nadeszła pora deseru. Wraz z kubkiem kawy usiedliśmy do pucharków pełnych szafranowych aromatów. Tym razem było jednak mniej intensywnie, a do tego jeszcze dołączył się kardamon i miód, by stworzyć bazę dla lekko zmrożonych kostek mango i posiekanych pistacji. Siedzieliśmy przy stole, podjadając, popijając, mile rozmawiając, a czas zleciał nam stanowczo zbyt szybko. Dość powiedzieć, że pożegnać się nie mogliśmy.

I jak tu uznać, że coś jest niemożliwe :-)
Dzięki Dziewczynki za przemiłe spotkanie :-*


* zdjęcia z pierwszego kolarzu zrobione przez Oczko i Lo. Dzięki :)


Udziec po indyjsku w miodowo-migdałowej skorupce

Składniki:
1 sprawiony udziec jagnięcy o wadze ok. 2,2 kg (u mnie 1,7 kg)

Marynata:
2 łyżki oleju roślinnego
5 łyżki soku z cytryny
15 g świeżego imbiru, obranego i z grubsza posiekanego
6 dużych ząbków czosnku, obranych i z grubsza posiekanych (u mnie 3, bo miałam bardzo ostry)
1 łyżki mielonego kminu
1 łyżki mielonej kolendry
¼ łyżeczki sproszkowanego chilli
sól do smaku
1 łyżka garam masala
½ łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
2 łyżki wody

Miodowa skorupka:
100 g migdałów w płatkach
100 ml greckiego jogurtu
1 1/2 łyżki miodu

Przygotowanie: Zmiksować wszystkie składniki marynaty. Głęboko ponacinać mięso ostrym nożem i starannie natrzeć marynatą, aby wniknęła w nacięcia. Włożyć udziec do plastikowej torebki i schować do lodówki minimum na 6-8 godzin, a najlepiej na całą dobę.
Zmiksować 70g migdałów, jogurt i połowę miodu. Polać udziec tą mieszanką, przykryć i ponownie wstawić do lodówki na 30 minut, a najlepiej na dwie godziny (ja pominęłam ten etap). Przed pieczeniem wyjąć mięso na tyle wcześnie (min. 30 minut), aby zdążyło osiągnąć temperaturę pokojową. Nagrzać piekarnik do 225 stopni Celsjusza, umieścić udziec na ruszcie, a pod spód wstawić blachę (ja położyłam go na grubych krążkach z cebuli, ułożonych w brytfance i podlałam tam ciut wody, by się wszystko nie przypaliło od spodu). Piec 20 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 180 stopni Celsjusza i piec jeszcze 1 godzinę i 40 minut, aż nakłute mięso zacznie puszczać różowy sok (lub stosując przelicznik 12 min na 450 g mięsa dla krwistego lub 15 min na 450 g mięsa dla średnio wypieczonego). Jeżeli będzie piekło się za szybko, można je przykryć folią aluminiową. Można też co pół godziny pędzlować udziec sosem, który spłynie do podstawionej blachy (ale to popsuje skorupkę, więc nie polecam tego).
Na 10 minut przed końcem pieczenia posypać udziec pozostałymi migdałami i polać resztą miodu (ja tym razem zapomniałam). Wyjąć udziec z piekarnika, przykryć folią aluminiową i odstawić na 15 minut. Następnie pokroić i podawać.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska

Pilaw kaszmirski

Składniki:
4 łyżek oleju roślinnego
3/4 łyżeczki nasion kminu
7 1/2 cm kory cynamonu
3 goździki
3 strączki zielonego kardamonu
1 liść laurowy
1 cebula, pokrojona w plastry (u mnie w kosteczkę)
1 łyżka posiekanych zblanszowanych migdałów (u mnie płatki)
2 łyżeczki rodzynek
200 g ryżu basmati, dokładnie umytego i osączonego
400 ml wody
szczypta szafranu, namoczona w 2 łyżkach gorącej wody
2 posiekane suszone figi
sól i świeżo zmielony czarny pieprz
1 łyżka posiekanych pistacji

Przygotowanie: Rozgrzać w rondlu olej. Dodać kmin, cynamon, goździki, kardamon i liść laurowy, i smażyć 20-30 sekund, aż przyprawy zaczną pachnieć. Dodać cebulę i smażyć 3-4 minuty, aż się lekko zrumieni. Dodać migdały i rodzynki i smażyć jeszcze 2-3 minuty. Dodać ryż i dokładnie wymieszać. Wlać zwykłą wodę, wodę z szafranem, dodać połowę fig (ja nie dodałam) i doprawić solą i pieprzem. Doprowadzić do wrzenia i gotować 2-3 minuty. Zmniejszyć ogień i przykryć rondel pokrywką. Gotować 7-8 minut, aż ryż będzie al dente. Dodać resztę fig (u mnie wszystkie figi) i pistacje, i wymieszać. Odstawić na 4-5 minut, aby ryż wchłonął resztę wody. Podawać.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska 2

Shrikhand według Anjun

Składniki:
500ml gęstego greckiego jogurtu (u mnie bałkański lekki)
2 łyżeczki ciepłego mleka
½ łyżeczki nitek szafranu
6-8 łyżek cukru pudru (u mnie miód wielokwiatowy)
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu

Do posypania:
2 łyżki posiekanych niesolonych pistacji
2 łyżki migdałów w płatkach
pestki granatu (u mnie mango pokrojone w kostkę i lekko zmrożone)

Przygotowanie: Wyłożyć sito gazą, podstawić pod spód miskę i wlać jogurt. Wstawić do lodówki na minimum 5-6 godzin (najlepiej na całą noc), aby dobrze osączyć jogurt. Ja pomijam ten efekt, gdyż jogurt bałkański jest wystarczająco gęsty, poza tym by zaoszczędzić trochę na czasie. Jeśli zastosuje się tą metodę, ma się z pewnością gęstszy deser. Podgrzać mleko i dodać szafran. Odstawić na 10 minut do naciągnięcia. Wyjąć jogurt z lodówki, wylać zebrany w misce płyn. Do masy jogurtowej przesiać cukier puder (ja dodaję miód), następnie dodać mleko z szafranem i kardamon, wymieszać. Przykryć i schłodzić. Przed podaniem posypać deser pistacjami, migdałami i pestkami granatu (lub jak u mnie kostkami mango).

Inna wersja tego deseru była już u mnie - można znaleźć ją tutaj.

Źródło: Łatwa kuchnia indyjska

Smacznego.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Razem w Wielkanoc.


Uwielbiam spędzać czas w kuchni, pichcić, wyrabiać, odnosić kulinarne sukcesy i porażki, a najbardziej gdy towarzyszy mi wesołe grono. Dziś nie tylko wspominam jak to razem z Oczko w Wielkanoc gotowałyśmy i wyśmienicie czas spędzałyśmy, ale i goszczę w swoim wirtualnym zakątku tę wspaniałą Babeczkę. A muszę Wam powiedzieć, że czytać jej
bełkoty, podziwiać makaroniarskie smakołyki czy podglądać jej zakoszone kadry to prawdziwa przyjemność dla oka, tym bardziej więc cieszę się, że podzieli się swoim słowem i spojrzeniem u mnie z Wami.


Nie przedłużam już wstępu, tylko oddaję głos Oczku, sama wtrącę swoje trzy grosze na koniec, dodając garść informacji o przepisach :-)


Dzięki Mała za wyborne Święta :*


***

W sobotę byłam przyjemnie zmęczona. Wstałam (jak na moje możliwości) skoro świt, bo już o 7.30. O 10 zjawiłam się u Lipki i wtedy się zaczęło! :)


Lista zadań zaplanowała nam robotę na cały dzień. Zaczęło się od baby Neli, która jak się okazało po ponownym przeczytaniu przepisu, powinna z
acząć tworzyć się już dzień wcześniej wieczorem, a dzisiaj już miała czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Lipka nieco niesfornie przeczytała przepis, tym samym produkcja rzeczonej trochę się obsunęła w czasie. Zrobiłyśmy zaczyn i odstawiłyśmy go na zapomnienie aż do wieczora.


A później podjęłyśmy pierwsze kroki celem cieszenia się w niedzielę paschą. W piątek wyruszyłam do sklepu ekologicznego, celem wytropienia jak najtłustszego mleka (nie uchatego) i takiej też śmietany. Śmietana upolowała się fajna – mocno gęsta w swej strukturze. W ogóle cała pascha była ciekawym przedsięwzięciem. Ta cała obserwacja jak z mleka, śmietany i jajc robi się ser, który potem zawinięty w gazę zostawia się samemu sobie, aby w spokoju mógł się rozstać z serwatką. I aby jeszcze potem mieszając go z masłem, miodem, bakaliami i kakao uzyskać coś, co będzie smakować słodko. Fajna rzecz :)


W tak zwanym międzyczasie zainteresowałyśmy się tarto – mazurkiem. Lipka określiła to ciasto „ekstremalnie dekadenckim”. Tutaj dzielnie pomagał nam Es walcząc na blacie z wałkiem. Poradził sobie na piątkę z plusem ;) A nawet na kawałek ciasta ;)


Aby mieć dość sił - zjadłyśmy też obiad. Ponieważ w okolicy świąt na topie są kurczaki zjedliśmy wraz z Esem, który odkrywa w sobie duszę ogrodnika ;) ... Dżordża Juniora. Rzeczony, podobnie jak
Gwiazda Dżordż ze styczniowego zlotu babulonów, zatonął w solankowej formalinie. Zaś później ogrzewał się piekielnym żarem – wyszło mu to tylko na dobre ;)


Posilone kontynuowałyśmy realizację wielkanocno - kulinarnego „to do”. Nadszedł czas na chleby, które po złożeniu ułożyłyśmy wygodnie w koszyczkach na krótką drzemkę, by po jakimś czasie wrzucić je do piekła. Aż w końcu, kiedy za oknem zrobiło się już ciemno - przyszła pora na majonezy.


Ta czeladnicza robota spodobała mi się najbardziej. I bynajmniej nie dlatego, że podczas długiego miksowania okrutnie bolały nadgarstki. Produkcja domowego majonezu, podobnie jak paschy wydała się nam interesująca, bo primo: to coś nowego i innego, secundo: cały proces jest wdzięcznym obiektem do obserwacji. Nie pisnęłam jeszcze słówkiem, że kiedy robiłyśmy ser na paschę, w garnku obok gotowało się skondensowane mleko na domowego baileys’a, którego Lipka obiecała mi przy okazji wtorkowego rozczarowania sheridanem.


A pamiętacie jeszcze o drożdżówce, o której wspomniałam na samym początku? Wieczorem wtłoczyłyśmy ją w foremki. Na zegarze wieczorkiem wskazówki pokazały 11-tą, więc zwinęłam żagle i gładko odpłynęłam do Nowalijki, by rano przeczytać wiadomość od Lipki, że drożdżówka ostatecznie nie wyszła. Cóż... najwyraźniej okazała się być sfrustrowaną babą, która nie zamierzała współpracować, a rzuciwszy focha postanowiła się nie udać. Ale nie z nami takie numery – jeszcze zrobimy do niej kolejne podejście – kiedyś. Niedziela minęła szybko i przyszedł czas na poniedziałkowy świąteczny obiad.



Lany poniedziałek postarał się być dosłowny – z nieba zaczął padać deszcz. Ponownie pojawiłam się w Szczęściu, by przy okazji poznać rodziców i siostrę Esa, z którymi szybko minął czas na delektacji i rozmowach przy stole z obiadem, kieliszkami wina i sernikowym deserem.



Na początek głębia misek otrzymała staropolską zupę chrzanową z jajkiem i białą kiełbasą. Później przyszła pora na schab gotowany w mleku z puree – sosem cebulowo – szałwiowym i mocnym wiosennym akcentem: groszkiem i bobem z aromatycznym, orzeźwiającym cytrynowym dressingiem. Ta cytrusowa nuta świetnie zgrała się z zielenią. Dopełnieniem było białe wino.


A na deser serniczek, bo przecież babka Neli nie wyszła. Tak szczerze, to jakoś nie żałuję, że miała swoje humory, bo sernik okazał się rewelacyjny. Słodzony miodem, aromatyzowany szafranem i obdarowany skąpanymi w rumie rodzynkami wespół z żurawiną był naprawdę w deseczkę. Zwłaszcza, że dodatkowo kieliszki wypełniło różowe wino.


A na zakończenie zaserwowaliśmy sobie film, który swego czasu poleciła mi Polcia -
o „chłopcu, który...był” ;) Popijaliśmy go w trójkę domowym baileys’em. I wiecie co? Wcale nie żałuję, że te święta były zupełnie inne od wszystkich dotychczasowych, że nie spędzałam go z moją rodziną i z Nim. Te święta były inne, ale też bardzo przyjemne – tak jakby na przekór wszelkim zawirowaniom, smutkom i niepowodzeniom. Bo najważniejsze, że obok jest ktoś, kto ogrzeje swoim ciepłem i życzliwością. Dziękuję Wam, Szczęściarze ;))”


***

Pascha ze świeżego mleka


Składniki:

2 l mleka (świeżego, nie UHT)

1 laska wanilii

1/2 l kwaśnej śmietany (takiej prawdziwej wiejskiej, u nas była tak tłusta i gęsta, że kroiło się ją nożem, użyłyśmy więc 400 g takiej oraz ok. 100 ml. 18%, by je trochę rozrzedzić)

6 jaj
250 g miękkiego masła
3/4 szklanki cukru pudru (dałyśmy 125 ml. miodu wielokwiatowego)
bakalie (u nas ponad 1/2-litrowa miseczka różnych bakalii: niesolonych pistacji, płatków migdałowych, orzechów włoskich, posiekanego kandyzowanego kumkwatu, posiekanych fig i daktyli, żurawiny)

2-3 łyżki gorzkiego kakao


Przygotowanie:
Bakalie namoczyć, jeśli trzeba, osuszyć, pokroić nie za drobno. Mleko zagotować z rozciętą laską wanilii (ziarenka wydłubane i dodane do mleka). Do wrzącego powoli wlewać jaja roztrzepane ze śmietaną. Gotować, mieszając, aż cały płyn w garnku podzieli się na ser i serwatkę (nam zajęło to trochę ponad godzinę). Ostudzić, usunąć laskę wanilię. Cedzak wyłożyć podwójną warstwą gazy i odcedzić ser. Maksymalnie go odcisnąć, najlepiej zostawić na noc na cedzaku, a rano docisnąć (u nas odciekał najpierw trochę sam, potem go kilka razy odciskałyśmy - cały ten proceder trwał ok. 4 godzin). Serek powinien być sypki.
Masło zmiksować z cukrem pudrem (u nas z miodem). Do makutry wrzucić ser, stopniowo dodawać masło i ucierać, aż powstanie spójny krem. Można to zrobić mikserem. Dodać bakalie do masy i delikatnie wymieszać łyżką. Wyłożoną gazą miskę napełnić dość luźnym kremem i wstawić do lodówki. Kiedy stężeje, przewrócić na talerz do góry dnem, zdjąć gazę i udekorować.
My do ok. 1/3 masy dodałyśmy kakao, by zrobić dwukolorową paschę.

Źródło: Przepis A. Kręglickiej z Ugotuj.to

Wielkanocna baba Neli

(na 2 formy podłużne lub dwie w kształcie baby)


Zaczyn:

125 ml ciepłej wody (temp. 45-50°C)

30 g drożdży

1 łyżka stołowa cukru


Ciasto:

570 g mąki wysokoglutenowej
375 ml ciepłego mleka (temp. ok. 40°C)

200 g cukru

120 g miękkiego masła

200 g rodzynek namoczonych w rumie i w wodzie (pół na pół) (u nas jeszcze dodatkowo 2 garście żurawiny)

10 żółtek

2 łyżki startej skórki z cytryny

1 łyżeczka soli


Glazura na surowe ciasto:

1 jajko

1 łyżka stołowa wody


Lukier:
2 łyżki stołowe rumu
1 szklanka cukru pudru

2 łyżeczki soku z cytryny


Przygotowanie:
Drożdże zalać ciepłą wodą z cukrem, odstawić do momentu, aż zaczną się "burzyć". W dużej misce starannie wymieszać połowę mąki, ciepłe mleko i sól. Wlać zaczyn i jeszcze raz wymieszać, następnie dodać cukier, żółtka, masło, skórkę z cytryny oraz resztę mąki. Wszystko dobrze wymieszać, a następnie dobrze wyrobić (robot bardzo się przydaje), aż ciasto zrobi się lśniące. Uwaga ciasto pozostaje cały czas klejące i bardzo lejące. Nie należy w ogóle się tym przejmować i przede wszystkim nie dosypywać mąki! Przełożyć ciasto do dużej salaterki, którą należy przykryć szczelnie folią plastikową, odstawić do lodówki na całą noc (10-12 godzin).

Gdy ciasto podwoi swoją objętość, wyjąć salaterkę z lodówki i pozostawić w temperaturze pokojowej, aby trochę się ociepliło. Osączyć dokładnie rodzynki. W wyrośniętym cieście zrobić wgłębienie, wsypać 3/4 rodzynek i jeszcze raz dokładnie wymieszać. Pozostałe rodzynki odstawić na bok.
Wysmarować formy masłem i wysypać mąką. Napełnić je do 1/3 wysokości. Odstawić na 30-45 minut, w tym czasie ciasto powinno prawie całkowicie wypełnić formy.
Ciasto przed pieczeniem posmarować glazurą przygotowaną z lekko ubitego jajka z łyżka wody. Wstawić baby do piekarnika nagrzanego do 180°C. Piec do momentu aż powierzchnia nabierze złocistobrązowego koloru, a patyczek po nakłuciu będzie zupełnie suchy (około 35-40 minut). Wyjąć baby, odstawić na 10 minut na kratce. Po czym wyjąć je z formy.

Rum podgrzać w niewielkim rondelku i wlać do miseczki z cukrem pudrem. Dodać sok z cytryny i dobrze wymieszać. Jeśli masa wyjdzie za gęsta, dodać odrobinę soku z cytryny. Wymieszać lukier z resztą rodzynek. Polukrować baby i odstawić na przynajmniej godzinę, aby lukier miał czas przeschnąć.


Źródło:
Żaba, a ona czerpała inspirację z "Kuchni Neli"


Mazurko-tarta pomarańczowa

Kruchy spód:

125 g mąki pszennej

125 g mąki krupczatki (dałyśmy semolinę)

125 g masła

1 łyżeczka soli (dałyśmy 1/2, a i tak ciasto było za słone, lepiej dać szczyptę)

1 jajko (dałyśmy samo żółtko)

2 łyżeczki cukru pudru
skórka otarta z 1 pomarańczy

Nadzienie:

1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny

1/4 szklanki bitej śmietany

1/3 szklanki sera mascarpone

1 puszka mleka skondensowanego słodzonego (dałyśmy niesłodzone i dodałyśmy ok. 100 ml miodu wielokwiatowego)
1 - 2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
5 żółtek


Przygotowanie: Wszystkie składniki na kruche ciasto posiekać i zagnieść formując w kulę. Zostawić w lodówce (w zamrażalniku) na około godzinę. Schłodzone rozwałkować i wykleić formę na tartę (o średnicy 28 cm - u nas był to prostokątna forma 29 cm x 22 cm). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni i podpiec spód (obciążony) przez około 10 minut do lekkiego zezłocenia.
Mleko skondensowane zmiksować z żółtkami. Dodać serek mascarpone i soki - wszystko wymieszać. Na końcu delikatnie wmieszać bitą śmietanę i dodać skórkę pomarańczową. Masę wylać na podpieczony kruchy spód i zapiekać przez około 15-20 minut.
Można podawać z bitą śmietaną. My dekorowałyśmy roztopioną gorzką czekoladą, już po pokrojeniu na kwadraty.

Źródło:
Every Cake You Bake u Komarki


Majonez na żółtkach


Składniki:

2 żółtka, o temperaturze pokojowej

1 łyżka musztardy Dijon (następnym razem dam niepełną lub nawet tylko 1 łyżeczkę)

sól i pieprz
250 ml. oleju arachidowego

2 łyżki soku z cytryny lub białego octu winnego


Przygotowanie:
Do miski wbijamy żółtka, dodajemy musztardę, sól i pieprz, ubijamy do połączenia składników. Potem powoli dolewamy olej, po kropelce, cały czas mieszając, tak by olej wchłaniał się w żółtka, a nie oddzielał. Kiedy majonez zgęstnieje, można zacząć wlewać trochę grubszą strużką olej, cały czas ubijając. My ubijałyśmy majonez blenderem (takim z regulacją prędkości - ustawiony na 3 prędkość, takie bez regulacji są zbyt intensywne. Gdy olej całkowicie się już wchłonie, roztrzepujemy go intensywnie przez ok. 30 sek., aż będzie gęsty i błyszczący. Dodajemy sok z cytryny/ocet, ewentualnie doprawiamy solą i pieprzem. W zamkniętym pojemniczku może poleżeć w lodówce do tygodnia.


W razie zwarzenia majonezu, należy ubić nowe żółtko i cały czas ubijając dodawać po odrobinie zwarzony majonez, a potem olej jaki jeszcze pozostał i zakończyć jak w przepisie.


Źródło: M. Roux "Jajka"


Majonez na białkach


Składniki:

2 białka
1 łyżeczka musztardy Dijon

sól i świeżo zmielony pieprz

250 ml delikatnej oliwy z oliwek (u nas olej arachidowy)

1 łyżeczka soku z cytryny


Przygotowanie:
Białka ubijamy z sokiem z cytryny, musztardą, szczyptą pieprzu i solą mikserem na najniższych obrotach (do połączenia się składników). My ubijałyśmy blenderem, jak wyżej. Nie przerywając miksowania dodajemy oliwę bardzo cienkim strumieniem i ubijamy. Po dodaniu całej oliwy zwiększamy obroty miksera i ubijamy majonez tak długo, aż zgęstnieje. Gotowy majonez przekładamy do słoiczka i trzymamy nie dłużej niż tydzień w lodówce.


Źródło:
Stolik u Poleczki


Pieczony kurczak z solanki z jabłkami i warzywami


Składniki:

1 kurczak z chowu wolnowybiegowego (ok. 1,3 kg)

2 l. wody

1/2 szklanki soli

1/2 szklanki cukru brązowego


1 cytryna, sparzona, pokrojona na ćwiartki

2 szalotki, obrane, pokrojone na ćwiartki

1 duża cebula, pokrojona na cząstki

3 marchewki, pokrojone w grube plastry

2 pietruszki, pokrojone w grube plastry

2 jabłka pokrojone w ósemki
1 główka czosnku, ząbki obrane, ale w całości kilka gałązek świeżego tymianku (ew. ok. 1 łyżki suszonego)
ok. 150 ml. soku z jabłek (ew. cydru czy dowolnego wina lub płynu)
zioła prowansalskie
oliwa


Przygotowanie:
Kurczaka umyłam, oczyściłam, odcięłam szyję. Wodę wymieszałam dokładnie z solą i cukrem. W misce zanurzyłam w tym kurczaka i odstawiłam na ok. 2-3 godziny do lodówki, przykryte talerzem i folią. Po tym czasie do brytfanki włożyłam warzywa, czosnek, jabłka, tymianek. Polałam to nie za dużą ilością oliwy i sokiem z jabłek. Wymieszałam. Położyłam na tym opłukanego i dokładnie wysuszonego kurczaka. Do środka kurczaka włożyłam 2 cząstki z jabłka, 1 cząstki cytryny, 2 ząbki czosnku i kilka gałązek tymianku. Ważne by farszu nie było za dużo, ma w kurczaku być luźno :). Kurczaka skropiłam oliwą, doprawiłam pieprzem i ziołami prowansalskimi (nie solić, ma już w sobie sól z solanki). Piekarnik nagrzałam do 260 stopni. Włożyłam kurczaka i od razu skręciłam temperaturę do 175 stopni. Piekłam ok. 1 godziny i 15 minut, aż termometr wbity w udo pokazał 75 stopni Celsjusza, w tym czasie 2-3 razy podlewałam mięso obficie sokami jakie się pod nim tworzyły. Podałam z warzywami i jabłkami na jakich się piekł, z sokiem jaki wyciekł spod pieczeni oraz z sałatą z prostym winegretem, ale przed pokrojeniem go, odpoczywał ok. 10-15 minut, by soki się w nim ustabilizowały.


Źródło przepisu na solankę:
Program na kuchni.tv. Domowy Kucharz, reszta to wolna interpretacja i kompromisy pomiędzy tym co było pod ręką a tym co chcieliśmy mieć na talerzach.


Pain au levain na mieszanych zaczynach

przepis
tutaj


Staropolska zupa chrzanowa

przepis
tutaj


Schab na biało z cebulowo-szałwiowym sosem/puree


Składniki:

1 kg schabu, oczyszczony i pokrojony na 6 grubych plastrów (nie rozbijać!)

1 czubata łyżka masła + 1 łyżeczka do cebuli

1 l. mleka

2 gałązki szałwii + kilka listków do sosu/puree

3 duże cebule, pokrojone w drobniutkie piórka

sól i pieprz


Przygotowanie:
Cebulę zeszkliłam (bez złocenia!) na maśle, potem poddusiłam z odrobiną wody by całkowicie zmiękła. Przełożyłam do kielicha koktajlowego miksera. Mięso doprawiłam solą i pieprzem z jednej strony i poddusiłam na maśle, na małym ogniu, tak by mięsa nie zbrązowić, a jedynie zamknąć w nim pory. W szerokim garnku podgrzałam mleko z szałwią, prawie do punktu wrzenia, zmniejszyłam ogień, włożyłam schab i gotowałam ok. 7-8 minut pod przykryciem. Jeśli mięso nie jest całkowicie przykryte, dobrze jest je obrócić w między czasie. Wyjęłam na talerz i pozwoliłam mu odpocząć 5 minut. W tym czasie dokończyłam sos. Do cebuli wlałam ok. 150 ml. mleka, w którym gotowało się mięso (gdybym dała ok. 70 ml. miałabym puree, u mnie przy większej ilości płynu wyszedł sos i moim zdaniem było to lepsze rozwiązanie). Zmiksowałam na gładką masę, a następnie przetarłam przez sito. Doprawiłam drobno poszatkowaną szałwią, solą i pieprzem. Każdy kawałek mięsa pokroiłam na 6 plasterków, podałam go na sosie z cebuli i szałwii.


Źródło:
Program na kuchni.tv. Gary Rhodes w kuchni przez cały rok


Cytrusowy groszek z bobem


Składniki:

450 g mrożonego bobu

450 g mrożonego groszku

70 ml. oliwy

1 łyżeczka musztardy Dijon

drobno starta skórka z 1 cytryny

sok z 1 cytryny

sól i pieprz


Przygotowanie:
Bób zblanszowałam przez 2-3 minuty w osolonym wrzątku, potem obrałam i odstawiłam. Przygotowałam dressing, mieszając oliwę, sok i skórkę z cytryny, musztardę, sól i pieprz na jednolitą masę. Groszek wrzuciłam na ok. 3-4 minuty do osolonego tuż przed podaniem. Gdy zmiękł, wyłączyłam gaz, wrzuciłam bób by się odrobinę zagrzał i odcedziłam dokładnie. Wymieszałam z dressingiem.


Źródło:
Program na kuchni.tv. Gary Rhodes w kuchni przez cały rok


Wielkanocny sernik z szafranem i miodem

Składniki:

150 g miękkiego masła

70 g drobnego cukru (lub 60 g cukru pudru)

150 g mąki pszennej

75 g mąki ryżowej (ew. mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej)


duża szczypta szafranu

350 g niesłodzonego mleka skondensowanego

150 ml. miodu wielokwiatowego
1 kg sera śmietankowego do serników President
100 g miękkiego masła

6 jajek, żółtka i białka oddzielnie


1 duża garść namoczonych w rumie rodzynek i żurawin

Przygotowanie: Najpierw należy przygotować kruchy spód ucierany. Masło z cukrem ucierać 6-7 minut, dodać przesiane mąki i delikatnie wmiksować je w masło. Przełożyć na folię, uformować okrągły placek i schłodzić w lodówce lub zamrażalniku. Schłodzone ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami pergaminu do pieczenia (będzie się rwało, nie przejmować się tym, tylko tam gdzie się porwie wylepić formę palcami) i wyłożyć formę - dno i boki do 2/3 wysokości. Asia proponowała użycie formy o średnicy 23 cm i wysokości 8,5 cm. Ja takiej nie mam, więc użyłam formy 26 cm, ale lepiej byłoby użyć formy 30 cm, tylko należy zwiększyć ilość ciasta o 1/2. Spód podpiec w 160 stopniach przez ok. 30 minut (ja piekłam bez obciążenia, ale można i z nim, tylko nie przez cały czas, by ciasto lekko się zezłociło). Ostudzić.
Mleko skondensowane wymieszać z miodem i szafranem i lekko podgrzać. Ostudzić i poczekać aż szafran się rozpuści. Masło utrzeć wraz z serem, dodać mleko. Żółtka ubić przez ok. 6-7 minut, a potem po łyżce dodawać do nich masę serową, cały czas miksując. Białka ubić w osobnej misce nie za sztywno (ja ubiłam je ze szczyptą soli i cream of tartar). Delikatnie połączyć je z masą żółtkowo-serową. Wlać na podpieczony spód. Ja na wierzch jeszcze dałam żurawiny i rodzynki. Piec w 175 stopniach Celsjusza przez 20 minut, potem zmniejszyć temperaturę do 160 stopni i piec 30 minut. Wyłączyć piekarnik i studzić przy zamkniętych (!) drzwiczkach przez ok. 1 godzinę. Potem wyjąć, ostudzić na kratce, zdjąć obręcz i schłodzić bez przykrycia w lodówce (minimalnie 2-3 godziny, najlepiej przez noc). Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem lub udekorować wedle uznania.


Źródło:
Kwestia Smaku Asi

Likier krówka, czyli domowy bailey's

przepis tutaj, ale tym razem dałam 3 razy więcej kawy (łyżki zamiast łyżeczek)


Smacznego.

Kuchnia Wielkanocna 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...