Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muffinki_bułeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muffinki_bułeczki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2010

Wiosenne wspomnienie zimy.


Lubię gotowanie.
Lubię wspólne gotowanie.
Lubię blogowe gotowanie.
Lubię wspólne blogowe gotowanie*.


Kończy się właśnie przedłużona - marcowo-kwietniowa edycja Weekendowej Cukierni, a ja prezentuję Wam moje i Oczka ślimaczki. Najpierw oczywiście było wspólne gotowanie, a dokładnie wyrabianie. Składniki odmierzone, odważone i zaczęło się mieszanie, dolewanie, wyrabianie. Ściereczka a na niej duża miska i Oczko cierpliwie wyrabiająca ciasto, które stopniowo coraz bardziej i bardziej nabierało elastyczności i gładkości. Ach i prawie bym zapomniała ... i ja siedząca na blacie, ze wzrokiem utkwionym w miskę, chłonąca naukę o wyrabianiu ciasta, pstrykająca fotki by uwiecznić te zmagania.


A potem? A potem było już wyrastanie, nadziewanie, rolowanie i formowanie oraz najważniejsze ... pałaszowanie. Z kubkiem guarany lub kawy słodkie, marcepanowo-cynamonowe ślimaczki zajadane były przy otwartym na oścież balkonie, aby ciepłe, wiosenne powietrze opływało nas, pozwalając ulecieć pojawiającym się oczywistym skojarzeniom z zimowymi dniami i smakami.


* jak widać na studiach lubiłam też logikę :-)


Drożdżowe ślimaczki z marcepanem

Składniki (na około 15 bułeczek):
500 g mąki pszennej
50 g świeżych drożdży (następnym razem dam mniej, IMO wystarczy 35-40 g)
40 g cukru pudru
szczypta soli
250 ml letniego mleka
100 g rozpuszczonego masła
2 jajka

nadzienie:
50 g rozpuszczonego masła
100 g masy marcepanowej
1 jajko
1 łyżka ciepłego mleka
szczypta cynamonu
50 g brązowego cukru
100 g rodzynek
100 g posiekanych migdałów

1 żółtko do posmarowania (dałam mleko)
1 łyżka wody (pominęłam)

do dekoracji: (pominęłam)
80 g cukru pudru
3-4 łyżki soku z cytryny
20 g posiekanych niesolonych pistacji

Przygotowanie: Wsypać do miski mąkę, na środku zrobić dołek i wkruszyć do niego drożdże. Posypać je łyżeczką cukru i wlać trochę letniego mleka. Rozetrzeć palcami drożdże z mlekiem i cukrem, miskę przykryć i odstawić na chwilę w ciepłe miejsce żeby zaczyn "ruszył". Następnie dodać sól, pozostały cukier, rozkłócone jajka, wlać masło i letnie mleko. Wyrobić gładkie ciasto (w razie potrzeby dosypać około 50 g mąki). Przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce aż ciasto mniej więcej podwoi swoją objętość. W tym czasie marcepan utrzeć na kremową masę z jajkiem i ciepłym mlekiem.
Wyrośnięte ciasto rozwałkować na oprószonej mąką stolnicy na prostokąt o wymiarach 40x50 cm. Posmarować płynnym masłem, posmarować kremową masą marcepanową. Cukier wymieszać z cynamonem i posypać nim ciasto (ja dałam ok. 1/2, a resztą posypałam już zwinięte bułeczki dla dekoracji). Na koniec posypać rodzynkami i posiekanymi migdałami (lub jak u mnie płatkami). Zagiąć do środka krótsze krawędzie ciasta o szerokości ok. 2 cm i zaczynając od jednego z dłuższych boków, całość zwinąć w rulon. Roladę pokroić w plasterki grubości 2-3 cm na 15 kawałków (u mnie 17) i przenieść je na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Odstawić do wyrośnięcia (u mnie było to tylko 10-15 minut, rosły jak szalone). Przed pieczeniem posmarować glazurą z żółtka i wody lub jak u mnie z mleka (ja jeszcze posypałam je resztą cukru z cynamonem). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i piec ok. 25-30 minut. Zimne bułeczki można polać lukrem przygotowanym z cukru pudru utartego z sokiem z cytryny. Natychmiast posypać siekanymi pistacjami i zostawić do zastygnięcia.

Źródło: Przy kuchennym stole

Smacznego.



sobota, 21 listopada 2009

Korzenna Uczta Wielkiej Trójcy.


Wielka Trójca spotkała się, by Korzenne Gotowanie rozpocząć, by początek ten wielkimi dziełami naznaczony został, by smakoszy podniebienia rozpusty zaznały. Oj, działo się, działo! Nosy co i rusz drażnione przez wspaniałe zapachy, podniebienia łaskotane ciągłym próbowaniem gotowanych dań, popijane w między czasie trunki, plotki i ploteczki ... nie da się tego pokrótce opisać, tego śmiechu, tych zachwytów, tych rozmów, a nawet tej krwi z pociętego paluszka niżej podpisanej ... ale może od początku opowiem, byście i Wy mogli choć przez chwilę towarzyszyć nam w czasie Wielkiej Korzennej Uczty, której degustatorami trzy kuchareczki wraz z moim Ukochanym Mężem byli.


Kimże były te trzy kuchareczki, zapytacie? Już spieszę z odpowiedzią. Niżej podpisana gościła w swojej kuchni, w swoim małym zakątku szczęścia, Oczko i Ptasię. Skoro więc sama Gospodyni zarówno Korzennego Tygodnia jak i Weekendowej Piekarni nam towarzyszyła nie pozostało nam z Oczkiem nic innego, jak podpatrywać jak nam nasza Mistrzyni chleb zagniatała, pachnący daleką Prowansją, pełnym ciepła i domowego nastroju, pomagając jej przy tym z całych sił swych. Czyż nie pisałam ostatnio o konieczności elastyczności? Pisałam! Więc i tym razem do tej elastyczności się odwołałyśmy, chlebek zamiast tylko pszennego, również i orkiszowy piekąc, oraz aromatycznym tymiankiem go wzbogacając, co już od samego początku naszego spotkania wprowadziło nas w rozkoszną niecierpliwość.


Nie zapomniałyśmy jednak i o korzennych nutach, wręcz obowiązkowo pojawiających się na zimowych stołach. Soczyste pomarańcze, egzotyczne przyprawy, zagadkowe nazwy - to był nasz główny punkt programu. Khoresht, perski gulasz, nie tylko przeniósł nas w słodkie i odległe tereny, ale i nasze Oczko mięśnie zdeprawował (na co dowód dostarczam poniżej). Kto w kuchni lubi sobie pogrzeszyć, pofolgować sympatiom i smakom, ten prawdziwie szczęśliwy będzie, kiedy parujący półmisek pełen kruchych kawałeczków jagnięciny, okraszonej słodziutkimi pomarańczami i marchewkami, chrupkimi pistacjami i orzeźwiającą mięta, oblany złotym, aromatycznym sosem pojawia się na stole. Niemalże jak bogactwo stołu pasz i sułtanów, tak i nasz stół zastawiony był najróżniejszymi skarbami.

Skoro więc przy stole tak smakowicie grzeszyliśmy, najpierw łez tysiące popłynęły gdy cebuli niezliczone ilości pokrojone zostały. Również krwi kropel kilka na ostrzu się pojawiły, gdy niżej podpisana wielkie pomarańcze obierała. Oparzenia czy do od pary, czy od nagrzanej w piekarniku blachy dopełniły naszej odpustowej listy, czyste sumienie na kulinarne przewiny pozostawiając.


Gdy więc czas Uczty nadszedł, a czwórka smakoszy do stołu zasiadła, bez żadnych wyrzutów pozwoliliśmy korzennej sałatce apetyty nasze wyostrzać. Chrupkie piórka cebuli, mięciutkie kawałeczki pomarańczy, mięsiste oliwki wszystko skąpane w dressingu tak niezwykłym, jak można by się spodziewać po tym dniu. Tam imbir z kardamonem toczyły swoje ostro-słodkie boje. W asyście cynamonu i miodu słodycz wygrała, choć i ostrość i kwaskowatość swoje miejsce w tle palety smaków zajęły. Dowodem wyborności smaków, prawdziwym uznaniem dla starań naszych, talerze do czysta wycierane kromeczkami chleba były.

W towarzystwie win uprzyjemniających Ucztę, niespieszne, pełne radości rozmowy się toczyły, a ciche brzęki kieliszków dawały melodyjne tło naszym śmiechom i głosom. Białe wino wprost z australijskich winnic Deakin Estate, szczepem Sauvignon Blanc dzieliło się z nami przyjemnym orzeźwieniem, w czasie gdy sałatka wraz z chlebem królowały na stole. Jagnięcina jednak czerwonych kolorów się domagała i w zależności od gustów chilijskie Alto Vuelo, z ekologicznej uprawy dopełniało rozkoszy stołu. Malbec dla lubiących mocniejsze, treściwsze wina, a szczepy Cabernet Sauvignon wraz z Carmenere dla delikatniejszych podniebień doskonale się sprawdziły.


Niestety Ptasia, nasza miła towarzyszka do swoich zajęć musiała się udać, deser pozostawiając tylko naszej degustacji. Popijając więc zdrowie nieobecnej, łyżeczki w mięciutkich babeczkach zatopiliśmy, by i zaległej Weekendowej Cukierni zadośćuczynić. Oj, smakowite było to zajęcie. Smakowite, choć pełne wstrzymywanego oddechu, gdy babeczki na talerzykach kształt kapelusików przybrały, upust swojej kapryśności dając. Żadne jednak smuteczki nie miały do nas dostępu. Białym złotem oblane, brązowe słodkości zakończyły nasze wyborne biesiadowanie. Mięciutkie babeczki, lekko pękające na języku, z ostrawym imbirem przełamującym słodycz nie pozwoliły myśleć o ich formie, na wybornym smaku karząc się koncentrować, ciesząc się z tak wybornie kończonej Uczty.

Takie to było Wielkiej Trójcy gotowanie, takie to było naszej czwórki ucztowanie. Teraz radosne i smaczne wspomnienia rozjaśniają jesienne szarugi, inspirując do kolejnych czy to korzennych czy to wspólnych dokonań. Dzięki Dziewczynki za wspaniałą zabawę :***

Biały chleb prowansalski*
(Chleb z cebulą na białym winie)

Składniki:
500 g mąki pszennej chlebowej i zwykłej (my dałyśmy mieszankę orkiszowej chlebowej typ 1100, chlebowej pszennej i odrobinę tortowej pszennej)
15 g świeżych lub 1,5 łyżeczki drożdży instant
150 ml białego wina
130-150 ml letniej wody (dałyśmy więcej ze względu na użycie mąki orkiszowej)
2 łyżki masła
2 małe cebule
duża szczypta tymianku
1,5 łyżeczki soli

Przygotowanie: Cebulki drobno posiekałyśmy. Na stopionym maśle zeszkliłyśmy cebulkę, na koniec dodając szczodrą szczyptę tymianku. Patelnię zdeglasowałyśmy ok. 60 ml. wina. Odstawiłyśmy do ostudzenia, nie odstawiając cebulki do odcedzenia. Następnie wymieszałyśmy mąki, drożdże, sól z ostudzoną cebulką, resztą wina i wodą. Odstawiłyśmy wszystko na 10 minut. Po tym czasie zagniotłyśmy ciasto, aż stało się zwarte i elastyczne (w między czasie musiałyśmy dodać wody, bo było za suche). Odłożyłyśmy ciasto do naoliwionej miski na ok. 1 1/2 godziny, raz w między czasie składając ciasto. Po tym czasie uformowałyśmy 2 bochenki, ułożyłyśmy je w koszykach i odstawiłyśmy na ok. 30-45 minut do podwojenia objętości. W między czasie nagrzałyśmy piekarnik do 230 stopni Celsjusza (hydropieczenie) z blachą w środku (zamiast kamienia). Bochenki wyłożyłyśmy na blachę, posmarowałyśmy mlekiem, nacięłyśmy i piekłyśmy ok. 20-25 minut. Studziłyśmy na kratce.

* w czasie uczty mój Mąż wyraził rozczarowanie, że chleb nie ma swojej nazwy. Zgodnie więc nazwaliśmy chleb - Białym (bo z jasnych mąk) chlebem (pomimo lekko bułkowego miąższu, ale o chrupkiej i wyrazistej skórce) prowansalskim (ze względu na użycie tymianku, cebulki i wina, które pasowało nam ogromnie do sztandarowego dania regionu, ratatouille)

Źródło: Coś niecoś Ptasi

Marokańska sałatka z cebuli i pomarańczy

Składniki: 500 g cebuli (czerwonej)
3 soczyste pomarańcze
3/4 szklanki oliwek czarnych i wędzonych

Dressing: 4 łyżki oliwy
1 1/2 łyżki octu z granatów i soku z cytryny
1 łyżeczka miodu leśnego
szczypta cynamonu
szczypta kardamonu
szczypta imbiru mielonego
czarny mielony pieprz
fleur de sel

Przygotowanie: Składniki dressingu wymieszałyśmy w słoiczku, do uzyskania jednolitej emulsji. Cebulę pokroiłyśmy w cienkie piórka i zalałyśmy ją dressingiem. Odstawiłyśmy tą mieszaninę na ok. 30 minut (można dłużej, by cebula straciła jeszcze więcej swojej ostrości, ale nie za długo, by nie straciła chrupkości). Po tym czasie wyfiletowałyśmy pomarańcze tak, by sok z nich spływał do miski z cebulą. Wymieszałyśmy, doprawiłyśmy do smaku. Na koniec dodałyśmy czarne i wędzone oliwki, pokrojone na połówki.

Źródło: Galeria Potraw

Pomarańczowo-korzenny khoresh z jagnięciny

Składniki:
4 pomarańcze (ok. 700 g)
30 g masła
2 łyżki cukru (brązowy)
szczypta soli

1 łyżka oliwy
1,8 kg jagnięciny (łopatka i karkówka), pokrojone na 4 cm kawałki
400 g cebuli, pokrojonej w płatki
1/2 łyżeczki cynamonu (dałam 1)
4 ziarna kardamonu, rozbite (dałam 8)
szczypta szafranu (duża)
1 limonka
600 g marchewek, pokrojonych w plasterki
2 łyżki wody z kwiatu pomarańczy (dałam 1)
40 g niesolonych pistacji
garść liści mięty
sól i pieprz

Przygotowanie: Najpierw należy przygotować kandyzowaną skórkę pomarańczy. Z 3 pomarańczy obrałyśmy skórkę (bez albedo), pokroiłyśmy w paski. W rondlu z wrzątkiem gotowayśmy ją przez 3 minuty, po czym odcedziłyśmy. W rondelku skórki podsmażyłyśmy na maśle z dodatkiem soli i cukru, aż zrobiły się lekko brązowe. Odcedziłyśmy tak, by masło spłynęło do garnka, w którym później robiłyśmy gulasz. Skórki odłożyłyśmy na bok, do późniejszej dekoracji dania.

W garnku z masłem dodałyśmy oliwę i rozgrzałyśmy go. Obsmażałyśmy mięso partiami tak, by tylko zamknąć pory mięsa z każdej strony, a następnie odkładałyśmy na talerz. Potem obsmażyłyśmy cebulę, aż się zeszkliła i lekko przyrumieniła, dodałyśmy cynamon, kardamon oraz szafran i podsmażyłyśmy ok. minutę, by uwolnić aromaty. W między czasie z 2 wcześniej obranych pomarańczy i limonki wycisnęłyśmy sok. Wrzuciłyśmy mięso wraz z sokami jakie z niego wypłynęły do cebuli z przyprawami, doprawiłyśmy solą i pieprzem, dokładnie wymieszałyśmy. Dolałyśmy sok z cytrusów oraz wodę, by lekko przykryła składniki gulaszu. Przykryłyśmy i dusiłyśmy na malutkim ogniu ok. 1 1/2 godziny (u nas wyszło to o ok. 30 minut dłużej, by mięso było odpowiednio kruche). Na ostatnie 30 minut duszenia dodałyśmy pokrojoną marchewkę, a na sam koniec dodałyśmy wyfiletowane ostatnie 2 pomarańcze. Gotowałyśmy ok. 10 minut bez przykrycia. Podałyśmy z ryżem basmati, posypane listkami mięty (można je pokroić na paseczki), kandyzowaną skórką oraz pistacjami. Miętę, skórkę i pistacje w większości podałyśmy w osobnych miseczkach, by każdy nałożył sobie według uznania.

Źródło: Chocolate and Zucchini

Czekoladowe babeczki z gruszkami i imbirem

Składniki:
60 g miękkiego masła
70 g cukru (drobnego)
350 g gruszek (u nas to były 2 duże)
4 łyżki soku z cytryny (u nas sok z 1 cytryny)
30 g kandyzowanego imbiru
100 g czekolady (70% kakao)
4 jajka
szczypta soli
2 łyżki syropu gruszkowego (pominęłyśmy)
1 łyżeczka cukru pudru

Przygotowanie: 6 kokilek (o pojemności 200 ml) posmarowałyśmy masłem i wysypałyśmy cukrem. Gruszki obrałyśmy, pokroiłyśmy w kostkę. Imbir kandyzowany również pokroiłyśmy drobniutko i wymieszałyśmy z gruszkami wraz z sokiem z cytryny. Odstawiłyśmy na bok, dizęki czemu w między czasie gruszki puściły odrobinę soku. Czekoladę rozpuściłyśmy w kąpieli wodnej, przestudziłyśmy. Piekarnik nagrzałyśmy do 250 stopni Celsjusza (bez termoobiegu!) i przygotowałyśmy dużą formę, gdzie wstawiłyśmy kokilki. W czajniku zagotowałyśmy wodę, by babeczki upiec w kąpieli wodnej. Żółtka utarłyśmy z masłem, dodałyśmy czekoladę i dokładnie połączyłyśmy. Białka ubiłyśmy ze szczyptą soli, następnie pomału dodałyśmy cukier. Białka delikatnie połączyłyśmy z masą z czekoladą. Kokilki napełniałyśmy do ok. 3/4 wysokości, na koniec do każdej włożyłyśmy po płaskiej łyżce mieszaniny gruszkowo-imbirowej. Naczynie, w którym stały kokilki napełniłyśmy gorącą wodą (do 2/3 wysokości kokilek) i piekłyśmy przez ok. 20 minut. Po 10 minutach powinnyśmy położyć na babeczkach folię aluminiową, ale zrezygnowałyśmy z tego. Podałyśmy ciepłe z gruszkami i imbirem, oprószone cukrem pudrem.

Źródło: Salt & Pepper

Oto dowód mięsnej deprawacji Oczka - nie tylko jagnięciną się zajadała (nie raz!), ale i sama ją kroiła z uśmiechem na twarzy. Ta druga para rączek do niej właśnie należy, za to ta rękawiczka zaplastrowany paluszek niżej podpisanej ukrywa. Muszę jeszcze dodać, że większość zdjęć tutaj zamieszczonych (poza zdjęciami deseru), choć moim aparatem, ale zdolnościami i staraniami zdolnej Zemfi powstały - niezłe ma oczko nasze Oczko, prawda :) Za to niżej pokazane zdjęcie powstało dzięki Ptasi :*

Smacznego.



WeekendowaPiekarnia



niedziela, 15 listopada 2009

W samo południe ...



Noc, z 5 na 6 października. Śnię, a w śnie jestem w zadziwiających miejscach, jest i śnieg i słońce, i narty i piękne kwiaty, jednym słowem mieszanka zapamiętanych obrazków z bloga Eli. Ale co Ela robi w moim śnie? Siedzi ze mną nad najogromniejszym kubkiem kawy, prawie jak z Alicji w Krainie Czarów i mówi "Tili, już czas na rogale marcińskie i jak ich w tym roku nie upieczesz to zobaczysz ...". Obudziłam się jak zawsze po takim kulinarnym śnie rozbawiona bez reszty. Jeszcze przy śniadaniu zamówiłam mak, chwaląc się tym na wszelki wypadek Eli. Kto wie, może ona jakąś wenecką stregą jest, że mi moje obietnice zeszłoroczne zapamiętała. Z magią lepiej nie zadzierać.


I tak biały mak dostał się do mojej kuchni, a z niej w dwie jeszcze strony odjechał. Jedna część do Wielkiej Brytanii poleciała, by Poleczka trochę polskich rogali mogła podjeść, a przy okazji pobawić się słodko i smacznie w nowej kuchni. Druga wraz z Ptaśkiem na Mazury pojechała, gdzie spałaszowana została przy akompaniamencie kocich miauków, co to zza progu się jedzonka domagały, Bicię przy okazji do furii doprowadzając. I wreszcie i ja swoje pierwsze rogale marcińskie upiekłam. A muszę Wam powiedzieć, że ja i zwijanie rogali nie za bardzo się lubimy. Zwykle już na etapie zwijania moje rogale jakieś małe potworki mi przypominały, dlatego też koniec końców w najróżniejsze pakieciki ciasto drożdżowe czy półfrancuskie zawijałam, w środku smakowitości chowając.


Nie tym razem jednak. Rogaliki na blasze wyglądały tak pięknie, że aż bałam się je piec, by tego efektu nie stracić. Ale przecież nie dla samego wyglądu takie smakowitości robiłam. Czekałam na to maślane, listkujące się ciasto, nie za słodkie, nie za wytrawne, takie w sam raz, ukrywające w sobie orzechowo-makowe, słodkie i miękkie nadzienie. I doczekałam się. Jeszcze cieplutkie, pełne smaku i aromatyczne, wprost wyborne. Dokładnie takie jak sobie wymarzyłam. I co ważniejsze - wszystkie rogaliki przypominały rogaliki!

I tak w samo południe ostatniego dnia smakowitej, orzechowej zabawy prezentuję moje rogaliki. Częstujcie się i świętujcie spóźnionego Św. Marcina.

Rogale marcińskie

Ciasto:
1 szklanka ciepłego mleka
1 łyżka suchych drożdży (ja dałam 20 g świeżych drożdży)
1 jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3 1/2 szklanki mąki
3 łyżki cukru
szczypta soli

225 g miękkiego masła (z tego 2 łyżki użyjemy do ciasta)

Nadzienie:
30 dag białego maku
10 dag pasty migdałowej (marcepanu)
3/4 szklanki cukru pudru (dałam mniej niż 1/2)
10 dag orzechów włoskich (nie miałam, dałam 75 g orzechów laskowych, uprażonych i wyłuskanych)
10 dag zblanszowanych migdałów (dałam ok. 125 g płatków migdałowych)
1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej (dałam 2 łyżki)
2-3 łyżki gęstej śmietany (dałam 2)
3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki (ja dałam 6 amaretti)

Na glazurę:
1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

Lukier:
1 szklanka cukru pudru
2-3 łyżki płynu (może być woda, mleko, likier)
posiekane migdały lub migdałowe płatki

Przygotowanie: Drożdże rozczyniłam z mlekiem i cukrem. Do miski przesiałam mąkę z solą. Dodałam 2 łyżki masła i roztarłam je palcami. Wraz z pracującycm zaczynem dodałam jajko i wanilię. Wyrobiłam krótko ciasto, tylko aż stało się gładkie (ciasto powinno być lekko lepiące i chłodne, więc nie wyrabiać za długo!). Ciasto uformowałam w prostokąt i schłodziłam w lodówce przez ok. 1 godzinę. Schłodzone ciasto rozwałkowałam na blacie na prostokąt o wymiarach ok. 30x15 cm, tak aby krótsze boki stanowiły górę i dół. Masło rozsmarowałam na cieście, zostawiając 1/2 cm margines. Złożyłam 1/3 ciasta od góry, a następnie dolną cześć tak by przykryła górną. Dobrze skleiłam brzegi i rozwałkowałam na prostokąt o wymiarach 25x17 cm. Należy jak najmniej podsypywać mąki. Schłodziłam przez ok. 45 minut. Proces powtórzyłam jeszcze 5 razy (wystarczy 3 razy), chłodząc ciasto min. 30 minut. Potem ciasto należy schłodzić min. 5 godzin, a najlepiej przez noc.

Mak i orzechy sparzyłam wrzątkiem, po 15 minutach odcedziłam i dobrze odsączyłam. Zmieliłam dwukrotnie razem z migdałami. Marcepan roztarłam mikserem z cukrem pudrem, dodałam zmielony mak z orzechami, amaretti, skórkę pomarańczową. Śmietany dodałam tyle, by miało zwartą, ale plastyczną konsystencję. Może nie być potrzeby jej dodania.

Ciasto wyjęłam na 20 minut przed planowanym robieniem. Wywałkowałam prostokąt 65x34 cm i przecięłam wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy pasek pokroiłam na 12 trójkątów. Nadzienie rozsmarowywałam tak, by na wszystkich bokach trójkąta był mały margines. Zawijałam w rogaliki od podstawy trójkąta. Odłożyłam na blasze wyłożonej pergaminem na ok. 1 1/2 godziny. Posmarowałam jajkiem rozkłóconym z mlekiem. Piekłam w 180 stopniach Celsjusza przez ok. 20 minut, aż się ładnie zezłociły. Wyjęłam na kratkę, polałam lukrem, posypałam płatkami migdałowymi i wystudziłam.

Źródło: Najlepsze jedzonko Eli

Smacznego.



wtorek, 13 października 2009

Wrażenia z WC.


Miał być dzisiaj wpis z jubileuszowej Weekendowej Piekarni. Miał być i będzie ... kiedyś, ale bajgle stały się preclami, a właściwie to okrągłymi grissini, więc choć pożarte ze smakiem nie zostały uwiecznione. Właśnie wyrastają ponownie, tym razem już z udziałem słodu, pate fermentee na bagietki właśnie zaczyna się przegryzać, a ja ... ufff, mam kilka chwil by podzielić się z Wami ... wrażeniami z WC ...

... hihihi, nie mogłam się powstrzymać, by nie użyć tego skrótu ... no, a teraz do rzeczy ...


Na pierwszy ogień poszedł kruchy sernik z duszonymi jabłkami jaki zaproponowała nam Olciaky. Serniki to moja nieodwzajemniona miłość i nemezis w jednym, a ponieważ do tego wszystkiego nie wpływają zbyt przyjaźnie na szerokość bioder, rzadko decyduję się na jego upieczenie czy to dla gości czy na co dzień. Za to w domowym ciepełku i zaciszu własnej kuchni mogę sobie czasem poeksperymentować, tym bardziej gdy okazję do tego daje smakowita blogowa zabawa.

I jakie wrażenia, spytacie? Hmmm ... powiedziałabym mieszane. Kruchy spód prawie w całości został wyrzucony. Zbyt mokry, raczej ciągnący niż kruchy, niezbyt pasował mi do tego wypieku. Za to serowa masa była bajką. Ubita śmietanka i lekkie tylko wymieszanie składników sprawiło, że sernik miał konsystencję pianki. Dodatek crema di limoncello dał całości słodko-kwaśny posmak i piękny cytrynowy kolor.

Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie dokonała kolejnych modyfikacji. Jabłka, duszone z miodem w wodzie z kwiatów pomarańczy, posypane kardamonem i ... czarnym pieprzem ... rozpływały się w ustach, nęciły nos, pieściły podniebienie. Wraz z dodatkiem pulchniutkich żurawin stanowiły przysłowiową wisienkę na torcie. Ciasto zjedzone ze szwagierką i mężem w niedzielne popołudnie miło wykończyło nam czas pełen przyjemności.


Rogaliki, choć nie uwiodły mnie żadnym nieoczekiwanym elementem swej receptury, wiedziałam, że zrobię w któryś z pochmurnych ostatnio dni. I tak też się stało. Szarym rankiem zagniotłam ciasto, wyrabiałam je długo i zgodnie z zasadami pewnej mądrej Polki, pozwalając moim rękom pieścić ciasto, które pod wpływem ciepła rozwijało się, mi dodając sił i energii, tak potrzebnej w czas jesiennych szarug. Myśli płynęły mi swobodnie, zupełnie nie towarzysząc ciału, które wciąż i wciąż i znów i jeszcze raz zagniatało ciasto na dębowym blacie ...

... może gdyby choć kilka z nich spłynęło z wyżyn ponad chmurami zauważyłabym, że ciasto jest podejrzanie suche. Ja jednak robiłam je jak w transie. Musicalowa muzyka rozgościła się na dobre, moje nogi ulegały tym rytmom, a moim rękom dodawało to jeszcze mocy. Po z lekka wydłużonym kwadransie odłożyłam ciasto do rośnięcia, a później wracając do transu formowałam z niego najróżniejsze kształty, czasem nadziewając, czasem nie ...

No właśnie - nadziewając - to w nich było najwspanialsze ... może poza terapeutycznym działaniem samego wyrabiania. Śliwki, smażone, nie za długo, tylko do czasu aż zmiękły, by następnie poddać się torturom blendera, a potem znów wysokim temperaturom, uwolniły swoją słodycz, w nadmiarze niestety wzmocnioną przez cukier. Potem tylko jeszcze trochę brandy i wanilii dla aromatu, by przejść do klucza programu ... kakao i czekolady ...

Powstał dżem, czy może konfitura - nie jestem najlepsza w tym nazewnictwie, o niezwykłej słodyczy, ale też zadziwiającym smaku. Słodycz śliwek i cukru, w połączeniu z goryczką kakao i gorzkiej 80% czekolady, podkreślone aromatem wanilii i brandy, zrodziły idealne wprost nadzienie do tego lekko suchawego, niezbyt słodkiego ciasta drożdżowego. Rogaliki popijane zieloną herbatą na drugie śniadanie i proces poprawiania humoru i odstraszania jesiennych smutków czy tęsknot do słońca zakończony.

Dzięki Olciaky za ogromnie smaczne bądź relaksujące propozycje :*
Poleczko, masz u mnie wielkiego buziaka za opiekę nad WC (hihihi) i za dobre rady o drożdżowym :*

Kruchy sernik z duszonymi jabłkami

Ciasto kruche:
200 g mąki
2 łyżeczki kakao
szczypta soli
50 g cukru brązowego (zmiksowanego)
1 jajko
100g zimnego masła
100 g migdałów w płatkach

Masa serowa:
500 g twarogu do sernika (użyłam President, półtłusty)
125 g cukru
50 g mąki ziemniaczanej
4 jajka
50 ml. crema di limoncello
180 ml śmietany

Ponadto:
5 winnych jabłek (u mnie trzy większe)
4 łyżki miodu (u mnie 3)
sok 1/2 cytryny
1 łyżeczka kardamonu
chlust wody z kwiatu pomarańczy
pieprz kolorowy

Przygotowanie: W mikserze zmiksowałam mąkę z kakao, cukrem i solą, do połączenia składników. Dodałam jajko, zmiksowałam ok. 30 sekund. Wrzuciłam zmrożone masło, pokrojone na kawałki i miksowałam kielka chwil, do uzyskania grudkowej konsystencji. Musiałam dodać też trochę zimnej wody. Szybko zagniotłam ciasto, zawinęła w folię i włożyłam do zamrażalnika na ok. 1 godzinę. Potem rozwałkowałam ciasto, wyłożyłam nim spód tortownicy o średnicy 26, nasmarowanej masłem. Boki wysypałam płatkami migdałowymi, a część płatków docisnęłam do ciasta, niewielką garstkę zostawiłam do posypania masy serowej przed pieczeniem. Piekarnik nagrzałam do temperatury 160 stopni Celsjusz (termoobieg).
Śmietanę ubiłam na sztywno. Twaróg wymieszałam z crema di limoncello, cukrem, mąką i lekko rozkłóconymi jajkami. Delikatnie domieszałam ubitą śmietanę. Masę wylałam na ciasto. Piekłam przez 60 minut. Studziłam w otwartym piekarniku.
Jabłka obrałam ja sernik był już przestudzony. Skropiłam je sokiem z cytryny, pokroiłam na ósemki. Na patelni rozgrzałam miód i wodę z kwiatu pomarańczy. Włożyłam jabłka, oprószyłam je kardamonem i poddusiłam przez kilka minut. W tym czasie w rondelku podgrzałam żurawinę z kilkoma łyżkami wody, by napęczniały. Odcedziłam. Gorące jabłka wyłożyłam na sernik (opadł wtedy trochę) i doprawiłam je kolorowym pieprzem. Posypałam wszystko żurawiną i jak przestygło wstawiłam do lodówki na noc (minimalnie kilka godzin).

Źródło: Internetowa Cukierenka Olcik

Rogaliki

Składniki:
1 szklanka mleka
120 g masła
1/2 szklanki cukru brązowego (dałam mniej)
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka suszonych drożdży (20 g świeżych)
3 duże jajka
4 i 1/2 szklanki mąki typ. 550

Do posmarowania:
3 łyżki stopionego masła

Nadzienie:
dżem śliwkowy z czekoladą
część pozostawiona bez nadzienia

Przygotowanie: Drożdże, łyżkę mąki i łyżkę cukru zalałam 1/4 podgrzanego mleka. Odstawiłam do czasu, aż zaczyn ruszył. W tym czasie stopiłam masło i oddzielnie podgrzałam mleko z cukrem, do czasu roztopienia. Do przesianej mąki z solą wlałam zaczyn, przestudzone mleko i lekko rozkłócone jajka. Wyrobiłam ciasto do połączenia składników i stopniowo dodawałam masło. Po dodaniu całego masła wyrabiałam do uzyskania gładkiego i elastycznego ciasta. Odstawiłam do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Następnie wyjęłam ciasto, odgazowałam, podzieliłam na trzy części, rozwałkowałam ciasto w okręgi i formowałam rogaliki, bułeczki, pierożki i wszelkie kształty jakie przyszły mi do głowy. Przed zawijaniem i nadziewaniem ciasta smarowałam je wodą, a po ułożeniu na blasze posmarowałam je roztopionym masłem. Odłożyłam do podrośnięcia na ok. 20-30 minut. Piekłam ok. 8-20 minut (w zależności od wielkości) w piekarniku nagrzanym do 200 stopni Celsjusza (hydropieczenie). Po wyjęciu studziłam na kratce i posmarowałam roztopionym masłem.

Źródło: Internetowa Cukierenka Olcik

Śliwki w czekoladzie

Składniki:
2,5 kg wypestkowanych dojrzałych śliwek węgierek
około 700 - 800 g cukru (ilość zależna od stopnia dojrzałości śliwek)
spory chlust ekstraktu waniliowego
50 - 100 g kakao Deco Morreno (użyłam Van Houten)
100 g gorzkiej czekolady 80%
kilka łyżek brandy

Przygotowanie: Śliwki wrzuciłam do garnka i podgrzałam. Jak już trochę zmiękły to je zmiksowałam, zasypałam cukrem i smażyłam do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Na koniec dodałam wanilię, brandy, kakao, a posiekaną czekoladę dodałam jak już zdjęłam garnek z ognia. Przełożyłam do wyparzonych słoików i odstawiłam do góry nogami pod kocykiem.

Źródło: Bea w kuchni

Smacznego.



środa, 16 września 2009

Czy to może być aż tak grzeszne?


W takie dni jak dzisiaj ... pięknie słoneczne, pełne ptasich trelów za oknem ... mam ochotę wyjść z samego rana na spacer, a wracając zajrzeć na stragany wciąż pełne warzyw i owoców, wstąpić na latte do mojej ulubionej kawiarenki o wdzięcznej nazwie "Łyk Optymizmu", a później poszaleć w kuchni i korzystając z urzekającego światła powyginać się nad talerzami, by uchwycić najlepsze kadry.


Niestety od rana kolano spuchnięte, a ja zagryzam ze złości i smutku wargi. Nie pójdę na spacer, nawet pójście do kuchni po herbatę powoduje syki bólu. Potrzebowałam szybko jakiegoś poprawiacza nastroju. Czegoś co nie zmusi mnie do długiego stania w kuchni, a potem podjadane do herbaty czy inki z mlekiem podniesie mnie na duchu.

Wiem, wiem. Poprawiać sobie humor jedzeniem?! Toż to gotowa recepta na kłopoty! Nic to, mówię sobie. Jak tylko kolano wróci do normy, wybiorę się na spacer i basen, a tymczasem raczę się wspaniałymi muffinkami, jakie wczoraj wypatrzyłam u Majanki. Słodycz miodu i marcepanu przełamana goryczką orzechów włoskich, wszystkie te smaki zaokrąglone przez nieodzowną wanilię.


Nie siedzę długo przy laptopie, gdyż noga trzymana w dół od razu koszmarnie puchnie. Leżę więc na kanapie, oglądam nagrane programy kulinarne, na kolanie żelowa torebka wyjęta z zamrażalnika, na stole dzbanek zielonej herbaty, jaka dostała się mi po ostatnim tajfunie porządków u Oczka (Dzięki, Mała :*), a na moim kolejnym ulubionym talerzu złociste babeczki, ubrane w niewinną biel papilotek. Czy to może być aż tak grzeszne?

Miodowe muffinki z marcepanem
(teoretycznie 12 sztuk, mi wyszło 16)

Składniki:
200 g masy marcepanowej, startej na tarce o dużych oczkach
260 g mąki tortowej
1 łyżka proszku do pieczenia (następnym razem dodałabym mniej)
szczypta soli
80 g miodu akacjowego
2 średnie jajka
200 ml mleka
85 g oliwy
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (dałam spory chlust)
3/4 szklanki posiekanych orzechów włoskich

Przygotowanie: Piekarnik nagrzałam do 190 stopni Celsjusza (termoobieg). Do miski przesiałam mąkę z proszkiem i solą. Dosypałam starty marcepan, tak by jego wiórki obtaczać w mące i by się nie sklejał. Dorzuciłam też posiekane orzechy włoskie. W drugiej misce trzepaczką wymieszałam (nie ubijałam!) mleko, jajka, miód, oliwę, ekstrakt waniliowy. Do mąki i marcepanu wlałam mokre składniki i delikatnie wymieszałam łyżką tylko do czasu połączenia. Formę na muffinki wyłożyłam papilotkami, masę ciasta wlewałam do 3/4 wysokości. Piekłam ok. 20 minut, aż patyczek wbity w środek był suchy.
Muffinki można polukrować cytrynowym lukrem, posypać cukrem pudrem, lub ozdobić innym ulubionym sposobem, np. kremem.

Ważne: Żeby miód przelać z miarki w całości i by nie osiadał na ściankach, należy najpierw nasmarować miarkę olejem/oliwą, lub wykorzystać takie naczynie, w którym wcześniej odmierzaliśmy jakiś tłuszcz.

Co do ilości miodu - następnym razem dałabym go mniej, choć ja po prostu wolę mało słodkie muffinki, dlatego dla przeciętnie lubianego poziomu słodyczy myślę, że podana ilość jest wystarczająca, lub nawet trochę mała ;p

Źródło: Majanki pieczenie

Smacznego.

czwartek, 30 lipca 2009

Zapraszam na waniliowe szaleństwo.



Ściany otynkowane i pomalowane, podłogi ułożone, kartony prawie rozpakowane, choć na podłogach zalegają jeszcze pudła i pudełeczka z rozmaitymi drobiazgami i bibelotami. Przede mną jeszcze wiele drobniejszych i bardziej złożonych prac, ale to już jest DOM.

Pierwsze zapachy wanilii i pomarańczy zadomowiły się na dobre. A ciepło i miłe wrażenia jakie stworzyły, sprawiły że zapragnęłam ich więcej i więcej. Dlatego kiedy kilka dni temu zajrzałam do Majanki, a z ekranu monitora niemalże wyskoczyły do mnie apetyczne jagodzianki, nie mogłam się powstrzymać. Jakże mogłabym przejść obojętnie obok tych puchatych bułeczek, napełnionych jagodową dobrocią, gdy w czasie najcięższych prac sił dodawały mi właśnie jagodzianki z kruszonką z pobliskiej cukierni?

Pisałam już wiele razy, że nie lubię pieczywa kupnego, a ciasta i ciasteczka ze sklepów napawają mnie przerażeniem, gdy widzę na nich jaskrawe kolory ozdób, a na języku czuję tony cukru i przedziwnych, nie do wymówienia sztucznych składników. Z tymi jagodziankami jednak, popijanymi kefirem zaprzyjaźniłam się gorąco. W piekarni-cukierni "Czubak" jagodzianki były prawie tak doskonałe jak domowe, a przemiłe panie dodawały mi otuchy, gdy z wymęczoną miną przychodziłam po porcję jagodzianek na drugie śniadanie.


Prawie nie oznacza jednak, że zamierzałam zrezygnować z domowego wypieku. Więc kiedy tylko mogłam zorganizować sobie trochę czasu i sił, w moim domu znów pachniało wanilią. Chciałam by zapach ten na dobre zadomowił się w naszych ścianach, meblach, obrusach i kapach, więc wszędzie gdzie można było dodawałam waniliowe aromaty. Jeśli trzeba było dać cukier, ja dałam domowy cukier waniliowy, jeśli trzeba było dać pół łyżeczki ekstraktu, ja dałam dwie łyżki nastawionego kilka miesięcy temu ekstraktu na laskach wanilii. Cukier do jagód, oczywiście waniliowy, cukier do kruszonki, jakżeby inaczej, nie wspominając już o posłodzeniu samego ciasta drożdżowego.


Kiedy z piekarnika zaczął wydobywać się zapach, nie było miejsca w domu gdzie nie czuć by było tej egzotycznej przyprawy, a ja z niecierpliwością wpatrywałam się z brązowiejące śliczne bułeczki, ciesząc się jak dziecko nie tylko z nowego sprzętu i wreszcie porządnego piekarnika, ale i z zapowiedzi wspaniałej uczty, gdy do zapachu wanilii doszedł jeszcze aromat dobrej kawy, z której mój Ukochany wyczarował wspaniałe latte.


Na drugi dzień, zajadając jagodziankę (a raczej dwie) na śniadanie, popijając poranną inką uśmiechałam się na myśl o przyszłych - waniliowych i nie tylko - wypiekach. Dlatego teraz zapraszam na moje waniliowe szaleństwo.

Megawaniliowe jagodzianki z kruszonką

Składniki:
250 ml mleka
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii lub cukier waniliowy (ja dałam 2 łyżki domowego ekstraktu)
40 g masła
40 g drobnego cukru (ja dałam domowego cukru waniliowego)
20 g świeżych drożdży lub 7 g drożdży instant
1 jajko
450 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli

margaryna bez tłuszczów trans

Nadzienie:
250 g jagód
cukier do smaku (ja dałam 2 łyżki domowego cukru waniliowego)
1 łyżka tartej bułki

Kruszonka:
50 g mąki (można dać odrobinę mniej, tak ok. 40 g)
25 g cukru (ja dałam domowy cukier waniliowy)
25 g zimnego masła
szczypta soli

Przygotowanie: Składniki kruszonki utarłam w misce, rozcierając palcami. Lekko uklepałam i włożyłam do lodówki. Drożdże zasypałam cukrem i zalałam 2-3 łyżkami ciepłego mleka. Roztarłam i odstawiłam na ok. 20 minut. W tym czasie podgrzałam resztę mleka, masło i waniliowy aromat, do czasu aż masło się roztopiło. Ostudziłam do temperatury ok. 50 stopni Celsjusza. Do mąki wsypałam sól i wymieszałam. Dodałam mleko z masłem i wanilią, wyrośnięte drożdże i jajko. Wymieszałam do uzyskania gładkiej masy i wyrobiłam ciasto, co zajęło kilka minut. Włożyłam do miski na wyrośnięcie (na ok. 1 godzinę). Blachę do pieczenia wyłożyłam papierem. Wyrośnięte ciasto wyrobiłam przez chwilę, rozwałkowałam na kształt prostokąta i pokroiłam w szerokie pasy, a następnie w mniejsze prostokąty. Miękką margaryną bez tłuszczów trans smarowałam ciasto, układałam jagody wymieszane z bułką tartą i cukrem waniliowym. Po zawinięciu w podłużne paczuszki (wyszło mi 10 o cienkim cieście i 4 o grubym), przykryłam ściereczką i odłożyłam do wyrośnięcia na ok. 30 minut. Przed pieczeniem posmarowałam jeszcze raz margaryną i posypałam wyjętą z lodówki kruszonką. Piekarnik nagrzałam do 195 stopni Celsjusza na hydropieczenie (ewentualnie 200 stopni przy zwykłym pieczeniu lub 180 stopni przy termoobiegu). Piekłam ok. 20 minut.

Źródło: Blog Majanki i Blog Liski

Smacznego.

środa, 6 maja 2009

Wspomnienie majówkowego pikniku.



Słońce zrobiło nam wspaniały prezent na Majówkę. A co może być lepszego dla młodych i starych niż piknik. Trzeba jednak pomyśleć nad doborem potraw, by były wygodne, smaczne również na zimno, a przede wszystkim by mała niejadka w postaci uroczej siostrzenicy mojego męża chętnie spałaszowała obiadek.

Zaczęłam jednak od ... deseru. Łasuch ze mnie ogromny i wciąż wiele z dziecka we mnie siedzi, a wiem że nic tak dobrze nie przekonuje do zjedzenia obiadu, jak smakowite co nieco na podwieczorek i na deser. Głowiłam się nad pomysłami, a to zbyt słodkimi, a to zbyt sycącymi, a to zbyt brudzącymi jak na deser pałaszowany na świeżym powietrzu.


Z pomocą przyszła mi
Aga z Zapiecka i jej maślane rogale, których podobną wersję widziałam już kiedyś u Izy w jej smakowitej piekarni. Wybrałam więc mniej słodki przepis, i tak w piękny piątkowy dzień mogliśmy cieszyć brzuszki i podniebienia wybornymi, maślanymi rogalikami. Że zacytuję za Agą - "Dla mnie są absolutnie idealne. Koniec, kropka"


Deser już był, ale "Co ma być właściwym posiłkiem?" zastanawiałam się. Wiedziałam już, że najlepsza będzie powtórka ze smakowitych bułeczek, jakie dawno temu wypatrzyłam u Małgosi, a i sama piekłam je już kiedyś. Farsz jednak musiał być zupełnie inny. Proste smaki, trochę słodyczy, trochę warzyw, wszystko razem ukryte w miękkiej bułeczce o chrupkiej skórce. Jak jednak to osiągnąć?


Myślałam, że przyjdzie nam testować różne mięsne wariacje. Wydrukowałam moc przepisów, w myślach tworzyłam własne rozwiązania, a tutaj już pierwszy wybór okazał się tak doskonale trafiony. Od początku stawiałam na ulubione przez dzieci udka z kurczaka, mięso delikatne, ale i zwykle nie przesuszone. Jakie jednak dodać mu przymioty?

Trochę słoności z pewnością, odrobina kwaskowatości, zagubiona być musiała w słodyczy. I tutaj idealna okazała się nieoczekiwana para - miód akacjowy wraz z zalewą z ananasa. Imbir prawie niezauważalny przycupnął w oddali, bardziej dla dorosłych podniebień wyczuwalny, niż dziecięcego języczka.



Pozostał jeszcze wybór sposobu pieczenia. Jako farsz mięso powinno być możliwie wilgotne, by nie przesuszyło się dodatkowo w czasie pieczenia samych bułeczek. Gdybym miała podać same udka, pewnie postawiłabym na pieczone pod grillem piekarnika, o chrupkiej skórce, dodatkowo jeszcze skarmelizowanej. Ja jednak upiekłam je w torebce foliowej wraz z całą marynatą, dzięki czemu mięso było doskonale delikatne i kruche, a jednocześnie zachowało całą potrzebną wilgoć. Nawet w takiej postaci, choć może nie tak ładnie się prezentujące z pierwszymi szparagami z wody były doskonałym obiadem.


A dziś, gdy za oknem pada deszcz, ja wspominam miło piknik, piękne słońce i radosne zabawy i czekam na kolejne takie pełne słońca i śmiechu dni.

Rogale maślane

Składniki:
1/2 szklanki mleka
60 g masła

3 łyżki cukru (następnym razem dam 4-5)

2 1/4 szklanki mąki (dałam typ. 550)

2 jajka

10 g świeżych drożdży

1/4 łyżeczki soli


dżem jagodowy (lub inne nadzienia, choć może też być bez)


Przygotowanie:
Zagrzałam mleko do temperatury 40-50 stopni. Odjęłam 2 łyżki do miseczki, gdzie rozkruszyłam drożdże, dodałam trochę cukru i mąki z puli. Zaczyn rozmieszałam i pod przykryciem odstawiłam. W tym czasie mleko się zagotowało. wyłączyłam je, dodałam masło i cukier i dokładnie rozpuściłam. Odstawiłam do ostygnięcia. Mąkę przesiałam do miski, dodałam przestudzone mleko z masłem i cukrem, zaczyn, jajka i sól. Wymieszałam do uzyskania miękkiego i jednorodnego ciasta. Zostawiłam na blacie na 5 minut. Po tym czasie wyrobiłam do uzyskania gładkiej i lśniącej kuli ciasta (ok. 5 minut). Ciasto włożyłam do naoliwionej miski i zostawiłam do rośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie rozwałkowałam je na koło o średnicy 32 cm, a resztę ciasta rozwałkowałam na mniejsze koło (ok. 18 cm średnicy). Podzieliłam duże koło na 8 trójkątów, a mniejsze na 6. Kładłam po łyżeczce dżemu jagodowego (należy dawać bardzo płaską łyżeczkę - ja dałam za dużo i mi wykipiało z ciasta). Przed zawinięciem posmarowałam brzegi trójkątów roztrzepanym białkiem. Zawinięte rogaliki kładłam na blachy wyłożone pergaminem i smarowałam żółtkiem roztrzepanym z mlekiem. Odstawiłam na ok. 20-30 minut do rośnięcia, przykryte ściereczką. W tym czasie nagrzałam piekarnik do 200 stopni Celsjusza. Piekłam przez 8-10 minut. Studziłam na kratce.

Źródło:
Zapiecek Agi

Pieczone udka w marynacie miodowo-sojowej


Składniki:

1 1/2 kg. udek z kurczaka (wraz z biodrem, u mnie było 5 szt.)

(z ekologicznej hodowli)

50 ml. sosu sojowego

3 łyżki miodu akacjowego

sok z 1 cytryny (ok. 3 łyżki)
1 łyżeczka świeżo startego imbiru

ok. 5 łyżek zalewy z ananasa z puszki

Przygotowanie:
Udka kurczaka umyłam i oczyściłam. Przekroiłam w stawie, by rozdzielić pałki i biodro. Składniki marynaty połączyłam w miseczce. Mięso włożyłam do torebek do pieczenia i wlałam marynatę. Odłożyłam mięso na ok. 1 godzinę. Po tym czasie rozgrzałam piekarnik do 200 stopni Celsjusza i piekłam udka w torbach wraz z marynatą przez ok. 40-60 minut. 1 1/2 udka podałam jako obiad dla 2 osób ze szparagami z wody, polane sosem z pieczenia kurczaka i chlebem, a resztę zużyłam na farsz do bułeczek.

Bułeczki piknikowe dla niejadka

Składniki:

ciasto jak w przepisie tutaj (ale z podwójnej porcji)

Farsz:

mięso z kurczaka jak wyżej (bez 1 1/2 udka)
kilka krążków ananasa z puszki, pokrojone w kosteczkę
papryka czerwona, pokrojona w kosteczkę


Przygotowanie:
Mięso pokroiłam na małe kawałeczki, połączyłam z ananasem i papryką. Tym nadzieniem nafaszerowałam bułeczki. Przed pieczeniem posmarowałam roztrzepanym z mlekiem żółtkiem i posypałam sezamem.

Smacznego.

czwartek, 19 lutego 2009

Krótkie migawki ... Tłusty Czwartek.


Korzystając z chwilowego dobrodziejstwa dostępu do internetu, upojona zapachem i smakiem cudownych
znikających bułeczek, które z powodzeniem zastąpią nam dzisiejsze pączkowe szaleństwo mogę pokazać wam krótkie migawki z efektów prac wczorajszego wieczora i pieczenia dzisiejszego ranka. Ciasto na lekkie, puszyste i doskonale aromatyczne buchty w poczwórnej porcji zagniatałam wczorajszego wieczora ...

Och, co to była za praca ... dość powiedzieć, że mięśnie moich ramion trochę sobie poćwiczyły. Ale nic to! jak mawiał Mały Rycerz.
Kiedy ciasto wyrosło, zręczne i szybkie nasze dłonie lepiły malutkie kuleczki ze słodką niespodzianką w środku, które potem po spokojnie spędzonej nocy w chłodzie lodówki, wpadły wprost w stęskniony żar piekarnika.

Wraz z pierwszymi promieniami słońca
z pieca wyjęłam ogromną blachę słodkich bułeczek z powidłami, która po lekkim przestudzeniu pojechała z mężem do pracy. A kiedy jeszcze obłoki cytrynowych i słodkich aromatów unosiły się pod sufitem, budząc mnie w ten leniwy poranek w piekarniku dochodziły dwie mniejsze mniejsze, ale równie wyborne porcje tych słodkich wypieków, w sam raz dla rodzinki.

Zapraszam więc na nasz tłusty czwartek.


Smacznego.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...