Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb na drożdżach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb na drożdżach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 sierpnia 2010

Drabiny w kuchni ...


... to nie koniecznie oznacza remont, szczególnie gdy połączy się ...


... książkę, kawę i kota ... dwie koleżanki ... aż powstanie drabina ... nie jedna, a wiele. Oj wyszło ich dużo, ale najpierw była filiżanka kawki z "Ivonki" wypita siedząc na dębowym blacie, potem marudne ciasto i ciągłe wodą go chlapanie, aż na koniec ...

Ale, ale ... po kolei.

Wiecie już, że obok pieczenia, gotowania i wszelkich dań czynienia moim hobby jest ...


... fotografowanie fotografujących. Hihihi, Oczko wraz ze swym szklanym oczkiem może już sobie niezły albumik poczynić ze zdjęć, jakie zebrałam i kto wie, czy w końcu go nie stworzy. Ale tymczasem ja cykam fotki by uchwycić drugie spojrzenie. Bo czy nie ważne by pamiętać, że choć mamy różne spojrzenia, na to samo patrzymy?


No, ale bez filozoficznych wstawek. Miało być o drabinach, a więc prosto i nieskomplikowanie. Będzie więc ciasto i nadzienie i degustacja przyjemna wśród plotek i ploteczek, pośród śmiechów, ale i chwil zadumy. Ciało ciasta oporne było, a nasze dłonie wraz z miarką pełną wody gwałt mu zadawało. Czy to wina różnicy między francuskimi a polskimi mąkami czy może wina tłumacza - sama nie wiem. Dość powiedzieć, ze ciasto było okrutnie niechętne wszelkiej kooperacji. Suche jak wiór, rwało się i łamało, głuche na nasze starania*.


Nie ma jednak mocnych na dwie zdeterminowane Babeczki. Ma być drabina, więc będzie. Woda dolewana, ręce męczone, a ciasto w końcu coraz bardziej chętne do współpracy się stawało, aż smakowite fougasse powstały, wypełnione wytrawnie tapenadą albo i caponatą czy na słodko morelami, śliwkami i zajadane z moim dżemikiem rabarbarowo-truskawkowym z imbirowym pazurem.

I tylko kicia patrzyła się na nas z niezmiennym spokojem, gdy nad białym blatem pochylałyśmy się fotografując coraz to nowe dzieła.

Dzięki Mała za wspaniałą zabawę :*

* moje uwagi o pieczeniu drabin tutaj.

Przepis na drabiny tutaj i tutaj.

Caponata
(Sycylijski gulasz z bakłażanów)

Składniki:
Oliwa
2 duże bakłażany, pokrojone na grube pół plasterki
2 średnie cebule, z grubsza posiekane
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
1/2 szklanki czarnych oliwek bez pestek
duża garść świeżego tymianku i oregano, same listki
2 łyżki kaparów
1 puszka (450 g) pomidorów, krótko zmiksowanych
1 pęczek natki pietruszki, drobno posiekany
2-3 łyżki redukcji balsamico (lub innego octu ziołowego)
opcjonalnie: 2 łyżki migdałów, podprażonych (pominęłam)

Przygotowanie: Bakłażana doprawiłam solą i pieprzem i smażyłam 4-5 minut na średnim ogniu, aż zmiękł i trochę się przyrumienił*. Bakłażana zdjęłam, zeszkliłam cebulę, dodałam czosnek i po minucie dorzuciłam bakłażany. Wlałam pomidory, wrzuciłam listki tymianku i oregano, kapary i oliwki i dusiłam do miękkości ok. 15 minut. Potem doprawiłam do smaku solą i pieprzem i sporym chlustem redukcji balsamico. Doskonałe na ciepło i na zimno, z chlebem lub makaronem, jako dodatek do lasagne czy jako nadzienie do fougasse.

Źródło: Jamie Oliver "Włoska wyprawa Jamiego"

Tapenada

Składniki:
1 niewielki słoik czarnych oliwek (tak ok. 1 1/2 szklanki)
1-2 łyżki kaparów
fileciki anchois (do smaku - ja daję od 2 do 5, w zależności od ochoty)
2-3 łyżki świeżych liści tymianku
1 łyżka utartych w moździerzu ziół prowansalskich
1 ząbek czosnku, przetarty przez praskę
kilka kropel soku z cytryny
oliwa (aż do uzyskania gęstości pasty - ok. 1/4 szklanki)

Przygotowanie: Wszystkie składniki otrzeć w moździerzu lub zmiksować w blenderze, dolewając oliwę do pożądanej konsystencji. Doskonałe na kanapki czy grzanki, do nadziewania czy jako dip do warzyw. Wspaniałe też do zapiekania ryby.


* następnym razem podpiekę go w piekarniku w następujący sposób: plastry czy półplastry bakłażana najpierw ułożyć na durszlaku i posypać zmieloną gruboziarnistą solą. Przycisnąć czymś ciężkim i zostawić na 30 minut. Potem opłukać, osuszyć i ułoży na wysmarowanym oliwą pergaminie. Pędzelkiem posmarować oliwą kawałki bakłażana od góry. Włożyć pod silnie nagrzany grill w piekarniku i zapiekać aż zbrązowieją (kilka minut), potem przełożyć na drugą stronę i znów zapiekać aż zbrązowieją. Tak przygotowanego bakłażana można używać na pizzę, do gulaszy, sałatek czy wszelkich zapiekanek, a jeśli doprawimy np. papryką i podsuszymy go w piekarniku to jako chipsy.

Smacznego.

czwartek, 14 stycznia 2010

Żyć ... Piec.


Kocham Żyć. Ale Żyć przez duże Ż. Nie muszę nawet wychodzić z domu, ale muszę czuć jak krew szybciej płynie, jak powoli różne partie mięśni zaczynają pracować, czasem nawet pobolewać. Aktywność to moja druga natura. Podczas gdy mój Mąż najchętniej odpocząłby sobie jak każdy normalny człowiek, pozwalając ciału na odrobinę bezruchu (bez obaw, to wcale nie jest typ "kanapiany"), ja biegam i szaleję. I wszystko jedno co robię, wszystko jedno gdzie jestem, odpoczywam w ruchu. Czasem myślę sobie, że jestem jak rekin. Jeśli się zatrzymam, zatonę.

Dziś stanęłam. Gorzej! Od połowy dnia położyłam się obłożona książkami i leżałam na wpół martwa, a nie zdarza mi się to nawet w czasie większości chorób i przeziębień. Pasztet sojowy wprawdzie zrobiony, picadillo stygło w garnku, ja jednak czułam się zmasakrowana, z płucami zwiniętymi w rulonik. Gdyby nie fakt, że namoczona soja i kupiona wołowina czekały na mnie w kuchni, wyszłabym z domu i niczym się nie przejmowała. Musiałam jednak dzisiaj zostać, a pył ze zdzieranego tynku na klatce dostawał się do moich alergicznie reagujących na niego płuc.


I tak wczesnym popołudniem zamieniliśmy się rolami. Mój Ukochany po powrocie z pracy, posilony meksykańskim obiadkiem i kawą, zabrał się za odkurzanie i wycieranie kurzu z półek i szafek, a ja leżałam na łóżku, czytając i starając się nie zastanawiać czy bardziej dolega mi ból głowy czy duszność w płucach. Za to z dużą przyjemnością myślałam o moim zreanimowanym zakwasie, Matuszce.

Gdyż nic nie przebije smaku chleba na zakwasie.

Jego kwaskowaty posmak, wilgotność i swoista ziemistość zachwyca mnie z każdym kęsem, z każdym oddechem i wchłanianym w płuca zapachem. Ostatnio jednak jeszcze jeden smak i zapach podbił moje serce. Owsianka! Chrupkie płatki owsiane po ugotowaniu nabierają smaku przypraw - u mnie najczęściej z przewagą kardamonu lub świeżego imbiru, miękną, choć pozostają lekko twardawe, takie na ząb. I pachną. Pachną inaczej niż w ciasteczkach owsianych. Pachną bardziej dojrzale, trochę wilgotniej ... sama nie wiem jak to określić.


To samo dzieje się, gdy dodamy je do ciasta na chleb. Miękną, ale zachowują część swojej chrupkości, dodając smaku i ciekawej konsystencji miąższowi chleba. Dlatego kiedy kilka tygodni temu w Weekendowej Piekarni pojawił się kolejny przepis na chleb z dodatkiem płatków owsianych wiedziałam, że muszę go upiec. I upiekłam. Minimalnie za suchy, choć na szczęście nie kruszący, owalny bochenek powstał bez większych problemów. Za to kromka tego chleba z dowolną konfiturą, z pokruszonym białym serem była czymś czego długo nie zapomnę.


Podobnie jak i kolejnego w naszym Weekendowym Pieczeniu chleba nie zapomnę. Ten już nie był na zakwasie, za to miał w sobie inny wabik. Nową technikę. Pisałam już, ze uwielbiam się uczyć. Wiele nie wiem jeszcze zarówno o pieczeniu jak i o gotowaniu, ale nigdy ... no dobrze, prawie nigdy, nie przepuszczam okazji do nauki. Starter Tang Zhang, czyli paćka z gotowanej mąki - już od jakiegoś czasu czekała na swoją kolej. Ucieszyłam się więc niezmiernie, że Aklat zachęciła nas do niego w czasie wspólnej, weekendowej zabawy.

Chleb wyszedł w smaku lekko słodkawy i delikatny, powiedziałabym nawet że troszkę mdławy. Może za mało było w nim soli, a może taki już jego urok. Następnym razem dodałabym do niego trochę przypraw, choćby czarnuszki, choć i za pierwszym razem dosypałam mu trochę siemienia lnianego. Za to jego konsystencja była rewelacyjna. Miąższ był puszysty i mięciutki, lekko ciągnący, o delikatnej skórce. Wybornie nadawał się do kanapek z dżemem czy na tosty z miodem, popijane sokiem z pomarańczy lub grapefruita.

Siedzę teraz pisząc te wspominki o chlebach, o posiłkach z ich udziałem, a przywoływane z pamięci obrazki sprawiają, że się uśmiecham, gdy widzę uradowanego Męża krojącego jeszcze ciepły bochenek, oblizuję ze smakiem na widok opieczonych kromek oblanych leśnym miodem ... a przede wszystkim czuję się coraz lepiej. Dlatego właśnie kocham Piec.


Chleb na zakwasie z płatkami owsianymi

Składniki:
300 g mleka
150 g wody
200 g zakwasu
600 g mąki T 80 (mąka pół razowa - ale można dać mieszankę razowej i chlebowej czy jasnej, ja dałam pełnoziarnistą Lubelli)
50 g mąki żytniej jasnej
100 g płatków owsianych
15 g soli
3 łyżki cukru (miodu, melasy, itp)

Przygotowanie: Ciasto można wyrobić ręcznie lub w maszynie, mieszając i wyrabiając wszystkie składniki. Ciasto powinno być gładkie i nieklejące. Zostawiłam ciasto do wyrośnięcia na 4 godziny. PO tym czasie odgazowałam, uformowałam bochenek i w koszyku odłożyłam na kolejne 4 godziny. Piekłam w 210 stopniach Celsjusza z parą przez ok. 40 minut (przed pieczeniem nacięłam i posmarowałam mlekiem). Studziłam na kratce.

Źródło: Zapbook

Razowy chleb ze starterem TangZhong

TangZhong (Water Roux) starter:
50 g mąki
250 g wody

Przygotowanie: Mąkę i wodę wymieszać dokładnie w garnuszku i postawić na niewielkim ogniu. Podgrzewać cały czas mieszając, aż osiągnie temperaturę 65 stopni (lub aż masa stanie się szklista i będzie zostawiała wyraźne smugi na mieszadle). Starter przełożyć do miseczki i przykryć szczelnie folią spożywczą, tak żeby dotykała masy. Można go przechowywać w lodówce przez 3 dni. Przed kolejnym użyciem należy poczekać, aż starter nabierze temperatury pokojowej.

Składniki (na dwa 20 cm bochenki):
(A)
280 g mąki chlebowej,
200 g mąki razowej,
10 g drożdży instant,
50 g cukru,
7 g soli
(B)
60 g jajek (mniej więcej 1 duże jajko),
140 ml mleka w temperaturze pokojowej,
120 g tang zhong w temperaturze pokojowej

50 g miękkiego masła

Przygotowanie: W jednej misce wymieszać wszystkie składniki A, w drugiej składniki B. Przelać mokre składniki do suchych i dokładnie wymieszać. Przełożyć ciasto na blat i wyrabiać, aż będzie gładkie i elastyczne. Dodać masło i dalej wyrabiać. Ciasto będzie gotowe, gdy będzie można je rozciągnąć w dłoniach, aż utworzy się cienka membrana. Uformować kulę, przełożyć ją do miski i odstawić pod przykryciem do wyrośnięcia, aż podwoi swoją objętość. Ciasto podzielić na dwie części, każdą z nich podzielić na kolejne 4 części. Każdy kawałek rozwałkować, brzegi złożyć do środka, tak żeby powstał wałek o szerokości foremki, który następnie należy zwinąć (powinno to wyglądać jak tutaj). Zrolowane ciasto układać w foremkach (po cztery w każdej), następnie przykryć i odstawić do wyrośnięcia, aż wypełni foremkę w 80%. Piec w 180 stopniach ok. 30 minut. Wystudzić na kratce.
Uwaga! Bochenki szybko się rumienią.

Źródło: Ucztując u Aklat

Smacznego.



niedziela, 3 stycznia 2010

Ostatnia Piekarnia Ubiegłego Roku.


Weekendowa Piekarnia to zabawa niezwykła. Nie tylko można popatrzeć na wspaniałe wypieki jakie tworzą uczestnicy w swoich kuchniach, nie tylko można samemu upiec chrupkie i smakowite pieczywo, można się też nauczyć czegoś ciekawego.

Gospodarna Narzeczona, gospodarząc nam w ostatniej w ubiegłym roku Piekarni podzieliła się niezwykle świątecznymi pomysłami, zarówno na chlebek-prezent, jak i na szybkie chlebko-pierogi, które przez Ptasię zostały zidentyfikowane jako indyjskie parathy. Był również zwinięty słodki chlebek z szafranem. Na niego jednak nie starczyło mi czasu, choć zapamiętałam sobie i tą recepturę na przyszłość ... niezbyt odległą mam nadzieję.


Zaczęłam od gruszkowego prezentu, który upiekłam z myślą o przyjaciołach. Składniki wymieszane, mąki namoczone i zaczęło się wyrabianie. Muszę się przyznać, że gdyby nie przekonanie Narzeczonej (dziękuję :*), iż wiara w gluten czyni cuda, chyba całe ciasto wylądowałoby w keksówce lub w śmietniku. Wyrabianie było wymagające, późniejsze formowanie ciasta też, ale cała procedura była więcej niż przyjemna, gdy z początku lejące i oblepiające ciasto zaczęło powoli trzymać swoje kształty.

Jeszcze tylko chwila podsypywania mąką, by zawinąć dwa bochenki w rafię i już na blasze wylądowały te urocze prezenty. Z piekarnika wyjęłam zachwycające chlebki. Jeden błyskawicznie zniknął na naszym przedświątecznym stole jako towarzystwo do królika w suszonych śliwkach. Drugi zapakowany w torbę do przyjaciół pojechał, by im choć trochę naszych świątecznych życzeń i ciepła podarować.


Płaskie chlebki Hamelman'a, to druga propozycja Narzeczonej. Patrzę w przepis i szukam ... czego? Drożdży, zakwasu, a tu nic. Czy te osiem godzin wystarcza by ciasto przefermentowało? Hmmm ... zastanawiam się, ale za przepis się biorę i już po chwili ciasto leży pod folią w misce, a zaglądam do niego co chwil kilka.

Ciekawa niezmiernie byłam tych chlebko-pierogów, indyjskich parath, a ponieważ ostatnimi czasy jestem szczególnie rozmiłowana w tej aromatycznej kuchni, wiedziałam że i ten wypiek u mnie zagości. Wystarczyło trochę poekserymentować z nadzieniem, ugotować je zgodnie z indyjskimi technikami, doprawić tak by nosy i podniebienia przeniesione zostały z polskiej do indyjskiej kuchni i już pełen smaków posiłek na stole wylądował.

Wciąż się zastanawiam czy te chlebki to bardziej pierogi czy chlebki były ... ale jakież to ma znaczenie, skoro smakowały tak zachwycająco, że mój Ukochany domaga się ich wciąż, a ja miałam zabawę nie tylko dzięki nowemu przepisowi, ale i dzięki wykorzystaniu prezentu od Mikołaja, kamienia do pizzy. Coś czuję, że już za kilka dni znów zagoszczą u mnie te ... parathy.

I tak świątecznie minęła mi ostatnia Weekendowa Piekarnia Ubiegłego Roku.
Dziękuję Margot za opiekę nad nią, za stworzenie wspaniałego prezentu dla wszystkich zakochanych w domowym pieczywie :*
Dziękuję też Narzeczonej za wspaniałe jej gospodarzenie, za świąteczną oprawę i wiarę w gluten jaką mnie zaraziła :*



Chleby prezenty z gruszką
Essential's Sweet Perrin
(2 półkilogramowe chlebki)

Zaczyn:
1/4 łyżeczki drożdży instant
1 szklanka wody w temperaturze 40 stopni Celsjusza
175 g mąki pszennej chlebowej
175 g wody w temperaturze pokojowej

Przygotowanie: Drożdże wsypujemy do ciepłej wody, mieszamy i odczekujemy 5-10 minut. W tym czasie w misce mieszamy mąkę z wodą w temperaturze pokojowej, dodajemy dwie łyżki wody z drożdżami, mieszamy i odstawiamy pod przykryciem na 12 godzin. Resztę wody z drożdżami wylewamy!

Namoczka:
17 g połamanego ziarna żyta (wzięłam całe ziarna i w małych ilościach łamałam je w moździerzu, nie polecam użycia blendera)
17 g wody

Przygotowanie: Mieszamy w miseczce i odstawiamy na noc.

Ciasto właściwe:
300 g mąki pszennej chlebowej (lub mieszanki w proporcji 1:2 pszennej chlebowej i bardzo drobnej, odsianej pszennej razowej lub mąki high extraction)
40 g mąki pszennej razowej
1/4 łyżeczki drożdży instant
zaczyn
namoczka
120 g letniej wody
80 g przecieru gruszkowego dla niemowląt
12 g soli
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
115 g twardej gruszki pokrojonej w centymetrową kostkę (dałam jabłko)
60 g suszonych fig pokrojonych w kostkę
60 g podprażonych orzechów laskowych, otartych ze skórki i przekrojonych na pół
niebarwiona raffia ( do kupienia np. w empiku do wyszperania w szufladzie;-)

Przygotowanie: W misce mieszamy mąki i drożdże. Dodajemy zaczyn, namoczkę, wodę i przecier gruszkowy. Mieszamy do połączenia składników, przykrywamy i odstawiamy na 20-30 minut do autolizy. Dodajemy sól, przyprawy i wyrabiamy na gładkie ciasto pięć minut przy pomocy miksera, ręcznie nieco dłużej. Ciasto będzie miękkie i lepkie (!). Dodajemy gruszkę, orzechy i figi i wyrabiamy, aż dobrze wymieszają się z ciastem. Zostawiamy ciasto w misce do fermentacji na 3 godziny. W tym czasie namaczamy raffię w zimnej wodzie.
Omączoną ręką wykładamy ciasto na oprószoną mąką stolnicę. Dzielimy na dwie części. Z każdej formujemy kule i zostawiamy na piętnaście minut, by odpoczęło. Odgazowujemy, ponownie formujemy kule, wokół każdej zawijamy luźno raffię, jakbyśmy pakowały prezent, wiążemy na górze kokardkę. Odkładamy do wyrastania na papier do pieczenia. Przykrywamy wilgotną ściereczką i zostawiamy na półtorej godziny. Na około 45 minut przed końcem wyrastania nagrzewany piekarnik z kamieniem do temperatury 190 stopni Celsjusza. A tuż przed włożeniem chleba do środka umieszczamy naczynie z gorącą wodą. Wyrośnięte chleby razem z papierem zsuwamy na kamień i pieczemy 40-45 minut. W połowie czasu pieczenia obracamy bochenki o 180 stopni Celsjusza (pominęłam). Studziłam na kratce.

Hamelman's flatbreads (Paratha)
Płaskie chlebki z nadzieniem

Składniki:
460 g mąki na chapati (Jest to mielona na puch, odsiana mąka pszenna razowa. Jako zastępstwo Hamelman proponuje mieszankę chlebowej i pszennej razowej 1:2, ja za radą Narzeczonej dałam trochę więcej chlebowej)
305 g wody
23 g oleju roślinnego
9 g soli

Przygotowanie: Z podanych składników zagniatamy gładkie ciasto. Przykrywamy folią i zostawiamy na przynajmniej 8 godzin. W tym czasie szykujemy nadzienie (patrz niżej). Po tym czasie dzielimy je na sześć części, każdą formujemy w kulę. Na omączonym blacie wałkujemy każdą kulkę na okrągły placek grubości 2-3 mm (u mnie grubsze, bo ciasto się rwało). Na połowie placka układamy nie za grubą warstwę zimnego (!) nadzienia. Składamy ciasto na pół, dociskamy brzegi, a następnie raz zawijamy do góry jak mankiet. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 280-300 stopni Celsjusza (lub maksymalnej waszego piekarnika), najlepiej na kamieniu, bez pary, po 3-4 minuty z każdej strony. Gorące zawijamy w ściereczkę lub papierowy ręcznik, by zmiękły. Można odgrzać zawinięte w folię aluminiową.

Indyjskie nadzienie pomidorowe

Składniki:
1 puszka pomidorów
2 łyżki oliwy
cebulki dymki z 1 pęczka, posiekane w paseczki
2 siekane ząbki czosnku
po kilka szczypt: chilli w płatkach, nasion kolendry, nasion kminu rzymskiego, nasion kopru włoskiego, czarnuszki, czarnej gorczycy
1 szklanka ugotowanej fasoli, ciecierzycy, soczewicy, itp.
zielony szczypior z dymki
sól i pieprz

po 2 łyżeczki koziego serka na każdy placek

Przygotowanie: Puszkę pomidorów wlałam do garnka i na malutkim ogniu redukowałam przez blisko 2 godziny, mieszając od czasu do czasu. Na patelni przygotowałam tarkę. Rozgrzałam oliwę i wsypałam przyprawy. Podsmażałam przez 1-2 minuty, aż zaczęły pękać i uwolniły aromaty. Wrzuciłam cebulki i podsmażyłam je tylko, aż lekko zmiękły. Na ostatnią minutę wrzuciłam czosnek. Przygotowaną tarkę wrzuciłam do zredukowanych pomidorów. Gdy wszystko wystygło dodałam ostudzoną fasolę (ja dałam czerwoną), oraz posiekany szczypior. Doprawiłam solą i pieprzem. Nakładałam zimne nadzienie na placki, a na nadzienie kładłam serek.

Źródło obu przepisów: Kruchy spód u Narzeczonej

Smacznego.

WeekendowaPiekarnia



Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010

czwartek, 3 grudnia 2009

Inspiracje i miłe niespodzianki.


Dzisiaj będzie i o miejscach i o ludziach i o zabawach, czyli o inspiracjach i miłych niespodziankach. Niedawno pisałam jak inspirujące dla mnie potrafią być niektóre książki. Dziś dodam, że nie tylko te wydane na papierze. Za każdym razem, gdy spoglądam na smakowite blogi znajduję tam coś ciekawego. Czasem jakiś składnik, czasem sposób wykonania, a czasem zupełnie nową dla mnie ideę.

Tak było, gdy zaczęłam piec chleby. Pierwsze wprawki kończyły się bardzo często porażką, a ja nie miałam pojęcia dlaczego. Nie zrażałam się tym jednak. Zawsze, gdy upadam, podnoszę się i idę naprzód. Tak było i z pieczywem i tak jest z nim wciąż. Więc kiedy kilka tygodni temu Tatter zaproponowała niesamowicie smaczne wypieki w rocznicowym wydaniu Weekendowej Piekarni wiedziałam, że muszę je wszystkie wypróbować. I pomimo dwóch nieudanych prób upieczenia bajgli, które tak nęciły moje zmysły z Waszych wirtualnych kuchni, nie zrażałam się ani do tego ani do innych przepisów.


Dzięki temu w moim domu na stałe zagościł jeden z najsmaczniejszych chlebów, jaki jadłam w życiu. Borodinsky, ciemny, wyrazisty chleb, o dosyć regularnych dziurkach, miąższu wilgotnym, lekko słodkawym, a przede wszystkim niezwykle aromatycznym od uprażonej i zmielonej kolendry. Pierwszy bochenek zniknął jeszcze tego samego dnia wieczorem i wiedziałam, że muszę upiec go znów, by w nowe miejsce w jakie się wybieraliśmy, zawieźć ze sobą choć trochę tego niezwykłego pieczywa. W Chacie Magoda jedliśmy ten chleb na śniadania i wszyscy zgodnie uznaliśmy, że z każdym dniem zyskuje na smaku, tracąc słodycz, na rzecz wyrazistości kolendry.


Zaproponowane bagietki - jak można się domyślać - również wpisały się wielkimi literami na listę ulubionych wypieków. Puszyste, pełne niesamowitej palety smaków, były wyborne nie tylko jako kanapki czy odrywane pajdki dodane do aromatycznego gulaszu. Były również doskonałe jako prezent dla przemiłej, energicznej Rudej, jak to się określiła Peggy Kombinera, gdy w dniu urodzin Kubusia Puchatka znajomość wirtualną przemieniłyśmy w realną.


A było to w dniu, gdy Bajeczna Fabryka otworzyła swoje podwoje. W iście bajecznych nastrojach spotkałyśmy się w knajpce Lente, która choć na ul. Wareckiej swoje miejsce ma, to podwoje swoje otwiera nie od innej, a właśnie od ul. Kubusia Puchatka. Czekając na osóbkę, której twarzy jeszcze nie znałam* popijałam przyjemną, choć daleką od doskonałości latte, za to ślicznie ozdobioną we wzorek pajęczyny. Na stoliku pilnował mnie hefalump Lumpek (kto zna bajkę Disney'a o Kubusiu Puchatku i Hefalumpach ten wie), a wszystko dlatego byśmy mogły się poznać.


Potem już były rozmowy przy kieliszku wina i nawet się nie obejrzałyśmy, gdy późna pora nastała, a my rozstać się nie mogłyśmy. Cóż nam więc pozostało. W autko wraz z moim Ukochanym wsiadłyśmy i Karolcię do domu odwieźliśmy, by jeszcze trochę czas miły przedłużyć, na następne spotkania się umawiać, różne niespodzianki i plany obmyślać. Za to na drugi dzień w pełni słońca mogłam swoje piękne prezenty obejrzeć. Śliczna serwetka w pasące się krówki i uroczy błękitny talerzyk wciąż mi teraz Karolcię przypominają. Dziękuję Kochana :***


Na drugi dzień jeszcze jedno "wspólnie", choć daleko od siebie robiłyśmy. Bagietki pokrojone na kromeczki stały się podstawą wspaniałego śniadania. Gdybym tylko wiedziała jak wybornie smakowały te serowe bułki z konfiturą z karmelizowanej cebuli, również i słoiczek tego cuda sprezentowałabym wraz z ciepłym jeszcze wypiekiem. Kromeczki podgrzane lekko pod grillem, posmarowane konfiturą, której anyżkowy posmak i aromat przyjemnie pieścił zmysły sprawiły, że bez względu na czas posiłek zyskał na odświętności.


Muszę się jednak do czegoś przyznać. Nic, ani ten ani żaden inny chutney czy konfitura, nie podbiły mojego serca, podniebienia i zmysłów tak jak chutney śliwkowy Bei ... nie to nie jest po prostu chutney, to jest BOSKI chutney. Niezwykle zrównoważone smaki słodyczy i kwaskowatości, wyraziste śliwki uzupełnione nutą korzenną, wszystko to podkreśla jego nieziemskość. Zdążyłam go zrobić dwa razy w sezonie, gdy śliwki jeszcze pięknie się prezentowały na straganach. Za każdym razem z podwójnej ilości i za każdym razem było go nam mało. Ostatni słoiczek oszczędzamy, by przedłużyć możliwie najbardziej rozkosz jaką nam daje.

Teraz siedzę, jem na kolację kanapkę z domowego chleba posmarowaną cienką warstwą chutney'u i zaglądam do Waszych wirtualnych kuchni, czytam Wasze smaczne blogi - Największą Książkę Kucharską i czuję, że szczęście jest wokół mnie. W ten może i dziwny i pokrętny sposób dziękuję Wam za odwiedziny, za przemiłe komentarze, miłe słowa czy dociekliwe pytania, za wyróżnienia i nagrody jakie mi przyznajecie, za możliwość poznania Was nie tylko w wirtualnej, ale i realnej przestrzeni. To właśnie Wasza obecność u mnie, jak i moje inspiracje Waszymi smakowitymi pomysłami, niejednokrotnie już dla mnie przemienionymi w realne gotowania czy spotkania są dla mnie najwspanialszą nagrodą i darem. Wybaczcie, że w odpowiedzi na wyróżnienia nie typuję 6, 8 czy 10 blogów do wciąż pojawiających się zabaw. Doceniam je i cieszą mnie, ale nie umiem wybrać tylko kilkorga z Was. Podzielę się za to z każdym z Was moją kromeczką z boskim chutney'em, moją pasją i entuzjazmem. Częstujcie się :-)

Dziękuję Wam za inspirację i miłe niespodzianki :-***


* zdjęcia w profilach są dla mnie tak nie wyraźne i nie adekwatne, że nawet nie przejmowałam się próbą zapamiętania zdjęcia z profilu Peggy. A poza tym motyw szpiegowski "jak się poznamy?" "będę miała kapelusz ..., będę miała książkę/gazetę pod pachą ..." bardzo mnie bawi.

Borodinsky

Składniki:
450 g zakwasu żytniego razowego 150% (ja dałam 100%)
380 g mąki żytniej jasnej
8 g soli morskiej
160 g letniej wody
35 g melasy
20 g słodu
7 g kolendry, uprażonej i utartej w moździerzu
5 g całych nasion kolendry

Przygotowanie: Wszystkie składniki dokładnie wymieszałam. Bardzo lepkie i dość rzadkie ciasto włożyłam do wysmarowanej olejem i posypanej całymi ziarnami kolendry foremki (duża keksówka) (ciasto wypełniało nieco ponad połowę foremki). Przykrywam naoliwiona folią spożywczą i zostawiłam do wyrośnięcia. Gdy ciasto wypełniło już prawie całą foremkę, rozgrzewałam piekarnik do 230 stopni. Wierzch chleba posmarowałam oliwą, wysypałam nasionami kolendry. Piekłam przez 15 minut, a następnie zmniejszyłam temperaturę do 200 stopni i piekłam jeszcze 40 minut. Ostudziłam na kratce.

Bagietki z kozim serem, czerwona cebulka i rozmarynem

Pate fermentee:
300 g pszennej mąki chlebowej
195 g wody
1 łyżeczka soli
nieco ponad 1/2 g drożdży świeżych lub 1/8 łyżeczki drożdży instant

Przygotowanie: Wlewam wodę do miski. Drożdże wsypuje do wody, mieszam i dodaję mąkę i sól. Gdy składniki się połączą, zakrywam miskę folią i zostawiam na 12-16 godzin w temperaturze pokojowej (ok. 21 stopni Celsjusza).

Ciasto właściwe:
550 g pszennej mąki chlebowej
150 g mąki pszennej razowej
415 g wody
18 g soli
15 g świeżych drożdży lub 1 1/2 łyżeczki drożdży instant
cale pate fermentee

150 g sera koziego twardego, pokrojonego w kostkę
90 g posiekanej czerwonej cebulki, podsmażonej na maśle, wystudzonej i odsączonej
10 g posiekanego z grubsza świeżego rozmarynu

Przygotowanie: W dużej misce mieszam wszystkie składniki z wyjątkiem zaczynu i soli. Potem wyjmuję ciasto i po trochu dodaję pete fermentee i sól, zagniatając ciasto, aż stanie się spójne i niezbyt luźne (ok. 10 minut). Na koniec dodaję cebulkę, rozmaryn i ser. Zagniatam, aż składniki równo rozłożą się w cieście. Odstawiam do naoliwionej miski i zostawiam do rośnięcia na 1 1/2 godziny, składam po 45 minutach. Następnie dzielę na 4 (lub 6) części, formuje lekkie kule, zakrywam i czekam 20 minut. Kształtuję bagietki i złączeniami w górę układam pomiędzy fałdami płótna. Zostawiam do wyrośnięcia szczelnie przykryte na 1 1/4 godziny. Piekłam (najlepiej na kamieniu) na rozgrzanej blasze w piekarniku rozgrzanym do 240 stopni Celsjusza przez 20 minut, potem obniżam temperaturę do 220 stopni Celsjusza i pieke kolejne 10 - 15 minut. Studzę na kratce.


Bajgle**

Składniki:
15 g świeżych drożdży lub 1 1/2 łyżeczki instant
2 łyżeczki słodu diastatycznego w proszku
350 g letniej wody
600 g białej pszennej maki chlebowej
2 łyżeczki soli
4 łyżki oleju

2 łyżki syropu słodowego
1-2 białka roztrzepane z 1 łyżką zimnej wody
mak, sezam do posypania

Przygotowanie: Drożdże rozpuszczam w wodzie. W misce mieszam mąkę, słód i sól. Wlewam wodę z drożdżami, mieszam i dodaję olej. Po dokładnym połączeniu składników wyrabiam ciasto ok. 8 minut (gluten ma być mocno rozwinięty). Zostawiam ciasto na 1 godzinę. Następnie dzielę ciasto na 20 części (ok. 48 g każda) i z każdej formuję okrągłe bułeczki. Zostawiam je na 5-10 minut, po czym spłaszczam i w środku robię dziurkę. Na palcu/trzonku drewnianej łyżki kręcę delikatnie bułeczkami, by powiększyć dziurki (muszą być dość spore, gdyż zmniejszą się podczas wyrastania). Zostawiam do wyrastania na 10-15 minut. Rozgrzewam piekarnik do 220 stopni Celsjusza i na ogniu stawiam duży garnek z woda i dodatkiem ekstraktu słodowego. Gdy woda zawrze, zmniejszam ogień odrobinę i wkładam po kilka bułeczek. Gotuje 1 minutę i przekładam je na drugą stronę. Wyjmuje na czyste płótno po 30 sekundach. Gdy przestygną, układam je na naoliwionej blasze, smaruje białkiem, posypuję makiem/sezamem/przyprawami/solą lub zostawiam "golaski". Piekę 30 minut. Studziłam na kratce.

** umieszczam tutaj przepis, gdyż jak napisałam powyżej piekłam bajgle dwa razy i za każdym razem wyszły z piekarnika nieudane, choć zjadliwe. Nie poddaję się jednak i pewnie niedługo znów się z nimi zmierzę :)

Źródło wszystkich trzech powyższych przepisów: Palce Lizać u Tatter

Boski chutney śliwkowy

Składniki:
800 g śliwek, wypestkowanych i pokrojonych na 8-10 części
200 g czerwonej cebuli, poszatkowanej
150 g rodzynek (dałam złote)
90-100 ml czerwonego wytrawnego wina
40 ml octu balsamicznego
100 g miodu
50 g cukru muscovado
1/2 - 3/4 łyżeczki imbiru w proszku (lub ok. 1/2 łyżki świeżego, startego)
1 łyżeczka kardamonu
1/8 łyżeczki zmielonych goździków
szczypta pieprzu kajeńskiego (pominęłam)

Przygotowanie: Wszystkie składniki umieściłam w rondlu i smażyłam na wolnym ogniu, aż masa dobrze zgęstniała. Regularnie mieszałam, by nic nie przywarło. Zajęło to ok. 1 godziny (również przy podwójnych porcjach). Przełożyłam do słoików i pasteryzowałam 15 minut.

Źródło: Kuchnia Bei

Anyżkowa konfitura z karmelizowanej czerwonej cebuli

Składniki:
6 łyżek oliwy
5 czerwonych cebul, obranych i drobno posiekanych
3 łyżki brązowego cukru
1 łyżeczka granulowanego czosnku (ja dałam 3 roztarte ząbki czosnku)
100 ml wina (czerwonego lub białego, dowolnie, ja dałam wermut)
200 ml wody
3 listki laurowe
2-3 gwiazdki anyżu
sok z 1/2 cytryny
4 łyżki octu balsamicznego (esencji balsamico)
sól i pieprz do smaku

Przygotowanie: Na rozgrzanej oliwie dusiłam cebulę ok. 15 minut, aż zmiękła. Potem dodałam brązowy cukier i karmelizowałam ją kilka minut. Dodałam czosnek., listki laurowe, gwiazdki anyżu, wermut i wodę. Dusiłam na malutkim ogniu, aż płyny odparowały (ponad godzinę). Doprawiłam sokiem z cytryny, esencją balsamico, solą i pieprzem. Dusiłam jeszcze kilka minut. Przełożyłam do słoiczków, a następnie pasteryzowałam je ok. 15 minut.

Źródło: White Plate Liski

Smacznego.

Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010

WeekendowaPiekarnia

sobota, 21 listopada 2009

Korzenna Uczta Wielkiej Trójcy.


Wielka Trójca spotkała się, by Korzenne Gotowanie rozpocząć, by początek ten wielkimi dziełami naznaczony został, by smakoszy podniebienia rozpusty zaznały. Oj, działo się, działo! Nosy co i rusz drażnione przez wspaniałe zapachy, podniebienia łaskotane ciągłym próbowaniem gotowanych dań, popijane w między czasie trunki, plotki i ploteczki ... nie da się tego pokrótce opisać, tego śmiechu, tych zachwytów, tych rozmów, a nawet tej krwi z pociętego paluszka niżej podpisanej ... ale może od początku opowiem, byście i Wy mogli choć przez chwilę towarzyszyć nam w czasie Wielkiej Korzennej Uczty, której degustatorami trzy kuchareczki wraz z moim Ukochanym Mężem byli.


Kimże były te trzy kuchareczki, zapytacie? Już spieszę z odpowiedzią. Niżej podpisana gościła w swojej kuchni, w swoim małym zakątku szczęścia, Oczko i Ptasię. Skoro więc sama Gospodyni zarówno Korzennego Tygodnia jak i Weekendowej Piekarni nam towarzyszyła nie pozostało nam z Oczkiem nic innego, jak podpatrywać jak nam nasza Mistrzyni chleb zagniatała, pachnący daleką Prowansją, pełnym ciepła i domowego nastroju, pomagając jej przy tym z całych sił swych. Czyż nie pisałam ostatnio o konieczności elastyczności? Pisałam! Więc i tym razem do tej elastyczności się odwołałyśmy, chlebek zamiast tylko pszennego, również i orkiszowy piekąc, oraz aromatycznym tymiankiem go wzbogacając, co już od samego początku naszego spotkania wprowadziło nas w rozkoszną niecierpliwość.


Nie zapomniałyśmy jednak i o korzennych nutach, wręcz obowiązkowo pojawiających się na zimowych stołach. Soczyste pomarańcze, egzotyczne przyprawy, zagadkowe nazwy - to był nasz główny punkt programu. Khoresht, perski gulasz, nie tylko przeniósł nas w słodkie i odległe tereny, ale i nasze Oczko mięśnie zdeprawował (na co dowód dostarczam poniżej). Kto w kuchni lubi sobie pogrzeszyć, pofolgować sympatiom i smakom, ten prawdziwie szczęśliwy będzie, kiedy parujący półmisek pełen kruchych kawałeczków jagnięciny, okraszonej słodziutkimi pomarańczami i marchewkami, chrupkimi pistacjami i orzeźwiającą mięta, oblany złotym, aromatycznym sosem pojawia się na stole. Niemalże jak bogactwo stołu pasz i sułtanów, tak i nasz stół zastawiony był najróżniejszymi skarbami.

Skoro więc przy stole tak smakowicie grzeszyliśmy, najpierw łez tysiące popłynęły gdy cebuli niezliczone ilości pokrojone zostały. Również krwi kropel kilka na ostrzu się pojawiły, gdy niżej podpisana wielkie pomarańcze obierała. Oparzenia czy do od pary, czy od nagrzanej w piekarniku blachy dopełniły naszej odpustowej listy, czyste sumienie na kulinarne przewiny pozostawiając.


Gdy więc czas Uczty nadszedł, a czwórka smakoszy do stołu zasiadła, bez żadnych wyrzutów pozwoliliśmy korzennej sałatce apetyty nasze wyostrzać. Chrupkie piórka cebuli, mięciutkie kawałeczki pomarańczy, mięsiste oliwki wszystko skąpane w dressingu tak niezwykłym, jak można by się spodziewać po tym dniu. Tam imbir z kardamonem toczyły swoje ostro-słodkie boje. W asyście cynamonu i miodu słodycz wygrała, choć i ostrość i kwaskowatość swoje miejsce w tle palety smaków zajęły. Dowodem wyborności smaków, prawdziwym uznaniem dla starań naszych, talerze do czysta wycierane kromeczkami chleba były.

W towarzystwie win uprzyjemniających Ucztę, niespieszne, pełne radości rozmowy się toczyły, a ciche brzęki kieliszków dawały melodyjne tło naszym śmiechom i głosom. Białe wino wprost z australijskich winnic Deakin Estate, szczepem Sauvignon Blanc dzieliło się z nami przyjemnym orzeźwieniem, w czasie gdy sałatka wraz z chlebem królowały na stole. Jagnięcina jednak czerwonych kolorów się domagała i w zależności od gustów chilijskie Alto Vuelo, z ekologicznej uprawy dopełniało rozkoszy stołu. Malbec dla lubiących mocniejsze, treściwsze wina, a szczepy Cabernet Sauvignon wraz z Carmenere dla delikatniejszych podniebień doskonale się sprawdziły.


Niestety Ptasia, nasza miła towarzyszka do swoich zajęć musiała się udać, deser pozostawiając tylko naszej degustacji. Popijając więc zdrowie nieobecnej, łyżeczki w mięciutkich babeczkach zatopiliśmy, by i zaległej Weekendowej Cukierni zadośćuczynić. Oj, smakowite było to zajęcie. Smakowite, choć pełne wstrzymywanego oddechu, gdy babeczki na talerzykach kształt kapelusików przybrały, upust swojej kapryśności dając. Żadne jednak smuteczki nie miały do nas dostępu. Białym złotem oblane, brązowe słodkości zakończyły nasze wyborne biesiadowanie. Mięciutkie babeczki, lekko pękające na języku, z ostrawym imbirem przełamującym słodycz nie pozwoliły myśleć o ich formie, na wybornym smaku karząc się koncentrować, ciesząc się z tak wybornie kończonej Uczty.

Takie to było Wielkiej Trójcy gotowanie, takie to było naszej czwórki ucztowanie. Teraz radosne i smaczne wspomnienia rozjaśniają jesienne szarugi, inspirując do kolejnych czy to korzennych czy to wspólnych dokonań. Dzięki Dziewczynki za wspaniałą zabawę :***

Biały chleb prowansalski*
(Chleb z cebulą na białym winie)

Składniki:
500 g mąki pszennej chlebowej i zwykłej (my dałyśmy mieszankę orkiszowej chlebowej typ 1100, chlebowej pszennej i odrobinę tortowej pszennej)
15 g świeżych lub 1,5 łyżeczki drożdży instant
150 ml białego wina
130-150 ml letniej wody (dałyśmy więcej ze względu na użycie mąki orkiszowej)
2 łyżki masła
2 małe cebule
duża szczypta tymianku
1,5 łyżeczki soli

Przygotowanie: Cebulki drobno posiekałyśmy. Na stopionym maśle zeszkliłyśmy cebulkę, na koniec dodając szczodrą szczyptę tymianku. Patelnię zdeglasowałyśmy ok. 60 ml. wina. Odstawiłyśmy do ostudzenia, nie odstawiając cebulki do odcedzenia. Następnie wymieszałyśmy mąki, drożdże, sól z ostudzoną cebulką, resztą wina i wodą. Odstawiłyśmy wszystko na 10 minut. Po tym czasie zagniotłyśmy ciasto, aż stało się zwarte i elastyczne (w między czasie musiałyśmy dodać wody, bo było za suche). Odłożyłyśmy ciasto do naoliwionej miski na ok. 1 1/2 godziny, raz w między czasie składając ciasto. Po tym czasie uformowałyśmy 2 bochenki, ułożyłyśmy je w koszykach i odstawiłyśmy na ok. 30-45 minut do podwojenia objętości. W między czasie nagrzałyśmy piekarnik do 230 stopni Celsjusza (hydropieczenie) z blachą w środku (zamiast kamienia). Bochenki wyłożyłyśmy na blachę, posmarowałyśmy mlekiem, nacięłyśmy i piekłyśmy ok. 20-25 minut. Studziłyśmy na kratce.

* w czasie uczty mój Mąż wyraził rozczarowanie, że chleb nie ma swojej nazwy. Zgodnie więc nazwaliśmy chleb - Białym (bo z jasnych mąk) chlebem (pomimo lekko bułkowego miąższu, ale o chrupkiej i wyrazistej skórce) prowansalskim (ze względu na użycie tymianku, cebulki i wina, które pasowało nam ogromnie do sztandarowego dania regionu, ratatouille)

Źródło: Coś niecoś Ptasi

Marokańska sałatka z cebuli i pomarańczy

Składniki: 500 g cebuli (czerwonej)
3 soczyste pomarańcze
3/4 szklanki oliwek czarnych i wędzonych

Dressing: 4 łyżki oliwy
1 1/2 łyżki octu z granatów i soku z cytryny
1 łyżeczka miodu leśnego
szczypta cynamonu
szczypta kardamonu
szczypta imbiru mielonego
czarny mielony pieprz
fleur de sel

Przygotowanie: Składniki dressingu wymieszałyśmy w słoiczku, do uzyskania jednolitej emulsji. Cebulę pokroiłyśmy w cienkie piórka i zalałyśmy ją dressingiem. Odstawiłyśmy tą mieszaninę na ok. 30 minut (można dłużej, by cebula straciła jeszcze więcej swojej ostrości, ale nie za długo, by nie straciła chrupkości). Po tym czasie wyfiletowałyśmy pomarańcze tak, by sok z nich spływał do miski z cebulą. Wymieszałyśmy, doprawiłyśmy do smaku. Na koniec dodałyśmy czarne i wędzone oliwki, pokrojone na połówki.

Źródło: Galeria Potraw

Pomarańczowo-korzenny khoresh z jagnięciny

Składniki:
4 pomarańcze (ok. 700 g)
30 g masła
2 łyżki cukru (brązowy)
szczypta soli

1 łyżka oliwy
1,8 kg jagnięciny (łopatka i karkówka), pokrojone na 4 cm kawałki
400 g cebuli, pokrojonej w płatki
1/2 łyżeczki cynamonu (dałam 1)
4 ziarna kardamonu, rozbite (dałam 8)
szczypta szafranu (duża)
1 limonka
600 g marchewek, pokrojonych w plasterki
2 łyżki wody z kwiatu pomarańczy (dałam 1)
40 g niesolonych pistacji
garść liści mięty
sól i pieprz

Przygotowanie: Najpierw należy przygotować kandyzowaną skórkę pomarańczy. Z 3 pomarańczy obrałyśmy skórkę (bez albedo), pokroiłyśmy w paski. W rondlu z wrzątkiem gotowayśmy ją przez 3 minuty, po czym odcedziłyśmy. W rondelku skórki podsmażyłyśmy na maśle z dodatkiem soli i cukru, aż zrobiły się lekko brązowe. Odcedziłyśmy tak, by masło spłynęło do garnka, w którym później robiłyśmy gulasz. Skórki odłożyłyśmy na bok, do późniejszej dekoracji dania.

W garnku z masłem dodałyśmy oliwę i rozgrzałyśmy go. Obsmażałyśmy mięso partiami tak, by tylko zamknąć pory mięsa z każdej strony, a następnie odkładałyśmy na talerz. Potem obsmażyłyśmy cebulę, aż się zeszkliła i lekko przyrumieniła, dodałyśmy cynamon, kardamon oraz szafran i podsmażyłyśmy ok. minutę, by uwolnić aromaty. W między czasie z 2 wcześniej obranych pomarańczy i limonki wycisnęłyśmy sok. Wrzuciłyśmy mięso wraz z sokami jakie z niego wypłynęły do cebuli z przyprawami, doprawiłyśmy solą i pieprzem, dokładnie wymieszałyśmy. Dolałyśmy sok z cytrusów oraz wodę, by lekko przykryła składniki gulaszu. Przykryłyśmy i dusiłyśmy na malutkim ogniu ok. 1 1/2 godziny (u nas wyszło to o ok. 30 minut dłużej, by mięso było odpowiednio kruche). Na ostatnie 30 minut duszenia dodałyśmy pokrojoną marchewkę, a na sam koniec dodałyśmy wyfiletowane ostatnie 2 pomarańcze. Gotowałyśmy ok. 10 minut bez przykrycia. Podałyśmy z ryżem basmati, posypane listkami mięty (można je pokroić na paseczki), kandyzowaną skórką oraz pistacjami. Miętę, skórkę i pistacje w większości podałyśmy w osobnych miseczkach, by każdy nałożył sobie według uznania.

Źródło: Chocolate and Zucchini

Czekoladowe babeczki z gruszkami i imbirem

Składniki:
60 g miękkiego masła
70 g cukru (drobnego)
350 g gruszek (u nas to były 2 duże)
4 łyżki soku z cytryny (u nas sok z 1 cytryny)
30 g kandyzowanego imbiru
100 g czekolady (70% kakao)
4 jajka
szczypta soli
2 łyżki syropu gruszkowego (pominęłyśmy)
1 łyżeczka cukru pudru

Przygotowanie: 6 kokilek (o pojemności 200 ml) posmarowałyśmy masłem i wysypałyśmy cukrem. Gruszki obrałyśmy, pokroiłyśmy w kostkę. Imbir kandyzowany również pokroiłyśmy drobniutko i wymieszałyśmy z gruszkami wraz z sokiem z cytryny. Odstawiłyśmy na bok, dizęki czemu w między czasie gruszki puściły odrobinę soku. Czekoladę rozpuściłyśmy w kąpieli wodnej, przestudziłyśmy. Piekarnik nagrzałyśmy do 250 stopni Celsjusza (bez termoobiegu!) i przygotowałyśmy dużą formę, gdzie wstawiłyśmy kokilki. W czajniku zagotowałyśmy wodę, by babeczki upiec w kąpieli wodnej. Żółtka utarłyśmy z masłem, dodałyśmy czekoladę i dokładnie połączyłyśmy. Białka ubiłyśmy ze szczyptą soli, następnie pomału dodałyśmy cukier. Białka delikatnie połączyłyśmy z masą z czekoladą. Kokilki napełniałyśmy do ok. 3/4 wysokości, na koniec do każdej włożyłyśmy po płaskiej łyżce mieszaniny gruszkowo-imbirowej. Naczynie, w którym stały kokilki napełniłyśmy gorącą wodą (do 2/3 wysokości kokilek) i piekłyśmy przez ok. 20 minut. Po 10 minutach powinnyśmy położyć na babeczkach folię aluminiową, ale zrezygnowałyśmy z tego. Podałyśmy ciepłe z gruszkami i imbirem, oprószone cukrem pudrem.

Źródło: Salt & Pepper

Oto dowód mięsnej deprawacji Oczka - nie tylko jagnięciną się zajadała (nie raz!), ale i sama ją kroiła z uśmiechem na twarzy. Ta druga para rączek do niej właśnie należy, za to ta rękawiczka zaplastrowany paluszek niżej podpisanej ukrywa. Muszę jeszcze dodać, że większość zdjęć tutaj zamieszczonych (poza zdjęciami deseru), choć moim aparatem, ale zdolnościami i staraniami zdolnej Zemfi powstały - niezłe ma oczko nasze Oczko, prawda :) Za to niżej pokazane zdjęcie powstało dzięki Ptasi :*

Smacznego.



WeekendowaPiekarnia



poniedziałek, 2 listopada 2009

Pomarańczowe kromeczki z niezwykłymi powidłami.



Przetworowe szaleństwo jakie dotknęło mnie przed tygodniem, akurat na początku Festiwalu Dyni zakończyło się niezwykle smakowitymi słoiczkami zgromadzonymi w szafkach i lodówce. Nie jestem wielką fanką jesieni, czasu zadumy i szarości. To czego jednak od pewnego czasu nie może mi zabraknąć w październiku, a czasem i w listopadzie to przetwory. Kolorowe słoiczki poustawiane w szafkach, wyjmowane czy to do posiłków, czy na prezenty ... no właśnie, na prezenty. Uwielbiam innych obdarowywać tym co ugotuję, co upiekę ... jednym słowem dziełem moich rąk.


Uwielbiam również, gdy smaruję kromki z domowego pieczywa takimi właśnie przetworami. Pomarańczowo-brązowy dżem ... nie, nie dżem, powidła raczej, jeśli brać pod uwagę długość ich smażenia jest słodkim hitem tej jesieni. Dynia o karmelowym posmaku, jaki uzyskałam dzięki brązowemu cukrowi, pachnie i smakuje imbirem, a gdzieniegdzie pod zębem chrupie orzeszek. Sama przyjemność zamknięta na czas słoty i deszczy, na czas zimna, na czas, gdy smutek wprasza się nieproszony.


Na taki czas uwielbiam jeszcze jedno. Piec ... a jeśli chodzi o szczerość, to nie tylko piec, ale i wyrabiać drożdżowe ciasta. Czy na słodko czy wytrawnie, czy w kształcie bułeczek, warkoczy, bochenków, rogalików ... bez znaczenia ... proces zagniatania ciasta tak ogromnie mnie relaksuje, że mogłabym robić to całymi dniami. Szczególnie, gdy w moje łapki wpada tak przyjemna i łatwa receptura, jak na sefardyjski chleb dyniowy, jaki zaproponowała nam w ostatniej Weekendowe Piekarni Narzeczona.

Lekko słodkie, krągłe bułeczki zniknęły jeszcze przed wieczorem, gdy mój domowy Miłośnik Bułeczek dorwał się do wciąż jeszcze ciepłych wypieków. Również prawie cała chałka zajadana z kozim serkiem wyparowała stanowczo za szybko. Rankiem już sama końcóweczka pozostała mi na śniadanie. Te wypieki były tak dobre, że z samego rana mąż zamówił sobie kolejną porcję na dzisiejsze popołudnie ... więc piekę, wyrabiam i piekę ... a potem zajadam te pomarańczowe kromeczki z niezwykłymi powidłami.

Powidła dyniowe z orzechami

Składniki:
2 1/2 kg obranej dyni, startej na grubych oczkach (w mikserze)
30 dag cukru (następnym razem dam mniej)
2 opakowania naturalnej pektyny
świeży imbir (ilość do smaku)
3 duże garście orzechów włoskich, z grubsza posiekanych

Przygotowanie: Dynię gotowałam na małym ogniu. Należy jej pilnować, aż nie puści soku, żeby się nie przypaliła. Gdy puściła soki, wsypałam cukier. Pod koniec należy dodać pektynę i ciągle mieszając gotować ok. 10-15 minut. Na koniec dodałam imbir (starty na tarce) oraz orzechy.
Dynię gotowałam długo - przez trzy dni ją odparowywałam po kilka godzin smażenia. Czas jednak zależy od pożądanej konsystencji i wodnistości dyni. Mi trafiła się szczególnie wodnista (polska odmiana bambino). Dynię można miksować, zostawić w takich miękkich wiórkach, a nawet przecierać. Ja ją lekko tylko zmiksowałam i nawet pomimo długiego gotowania pozostały kawałeczki "nazębne".

Źródło: Starcie dyni na tarce przed jej smażeniem poradziła mi Jagódka (Chata Magoda), ale ze względu na wodnistość dyni zupełnie zmieniłam recepturę. Jagoda radziła, by smażyć dynię króciutko, tylko do czasu zagotowania.

Pan de Calabaza (Sefardyjski chleb z dynią)
(2 półkilogramowe bochenki lub 16 bułeczek)

Składniki:
115 g dyniowego pure
21 g świeżych
po 1/2 łyżeczki mielonych kardamonu i imbiru
500 g mąki chlebowej pszennej
140 g ciepłej wody
70 g cukru
1 1/2 łyżeczki soli
55 g oleju
1 jajko

mleko na glazurę
ziarna sezamu po posypania

Przygotowanie: Drożdże, kardamon, imbir i 90 g mąki, zalałam ciepłą wodą i wymieszałam. Odstawiłam na ok. 20 minut, aż zaczyn ruszył. Potem dodałam resztę składników, ale mąkę dosypywałam w czasie mieszania/wyrabiania. Ciasto powinno być twarde i nie lepiące, ale elastyczne. Wyrobione ciasto przełożyłam do naoliwionej miski, przykryłam folią i odstawiłam na 2-3 godziny (powinno potroić objętość). Po tym czasie lekko odgazowałam, podzieliłam na dwie części. Z jednej zaplotłam chałkę z 4 sznurków, a z drugiej części uformowałam 8 bułeczek. Odstawiłam na blasze do wyrośnięcia na ok. 1 - 1 1/2 godziny. Piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza. Chałkę piekłam ok. 40-45 minut, a bułeczki ok. 25 minut. Przed pieczeniem posmarowałam mlekiem i posypałam sezamem (białym i czarnym), a bułeczki jeszcze nacięłam. Studziłam na kratce.

Źródło: Na kruchym Spodzie Narzeczonej

Smacznego.

WeekendowaPiekarnia



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...