Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia chińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia chińska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lutego 2011

Spotkania blogerek.


Perfekcjonizm ... zaleta czy wada?


Ten obiad zjedliśmy ze smakiem już wiele miesięcy temu, ale zdjęcia nie spełniające moich wymagań sprawiły, że nie mogłam przekonać się do napisania o nim. Macie tak czasem? Smakowite danie, ale jednak kadry nie takie, światło przeszkadza i z pamięci ulatuje napisanie posta.

Tak właśnie było tym razem. Z początku chciałam szybko je powtórzyć, ale każdy kolejny dzień przynosił nowe pomysły, nowe eksperymenty i tak jesienno-zimowy stir-fry odchodził w niepamięć. W końcu i o fotkach zapomniałam ... aż do teraz. W końcu moja ulubiona wersja tego chińskiego fast food'u, który w dodatku tak często pojawia się na moim stole, musiał i w moim wirtualnym zakątku zagościć.

Najpierw kilkanaście dni temu miałyśmy go zjeść z Olą i Amber, ale ostatecznie stanęło na pasztecikach z łososiem. Tamten lunch skończyłyśmy wspaniałym deserem, który powstał przy naszym współudziale. Kawałek dyniowo-orzechowej tarty był nie tylko wyborny, ale i piękny w przekroju. Ciemnopomarańczowa warstwa dyniowo-kokosowa, pod nią ciemna orzechowa linia, by na samym dole wgryźć się w chrupki spód. Korzenne wypełnienie było satynowo gładkie i tak przyjemnie kontrastowało z chrupkim kruchym spodem. Całość była może odrobinę za słodka, ale tego właśnie, obok naszych kulinarnych pogaduszek, w tamten wietrzny dzień potrzebowałyśmy.


Mój ulubiony stir fry doczekał się swojego nowego zdjęcia po tym jak przedwczoraj wraz z Niną urządziłyśmy sobie babskie przedpołudnie. Ona, odrywająca się na chwilę od nauki, ja, zostawiając na blacie rosnące chleby, nad aromatyczną miseczką pełną makaronu, lekko ostrego kurczaka, chrupkich warzyw prowadziłyśmy rozmowy o zakwasie, o gotowaniu, o urządzaniu kuchni, o poznawaniu ... czyli wszystko to o czym mogą rozmawiać dwie blogerki, gdy się spotkają.


Ten dzień osłodziła nam Nina swoimi kokosowo-migdałowymi ciasteczkami, które chrupałyśmy sobie do kawy czy herbaty. Chrupkie, leciutko ciągnące w środku, bardzo kruche kółeczka bardzo nam posmakowały. Ale nie tylko nam. Mój ukochany też załapał się na kilka z nich, gdy wrócił do domu i po pierwszym kęsie wiedziałam, że mam zamówienie na kolejny wypiek.

Nino, Olu i Amber, wspaniale było się spotkać, wspólnie kucharzyć, a teraz czekam na kolejne takie okazje ... nie tylko u mnie w domku, o czym pewnie napiszę już niedługo :-)

A tymczasem zbieram pomysły na czekoladą wypełniony weekend u Atinki i Bei.


Mój ulubiony stir-fry
(4 porcje)

Składniki:
200 g mięsa (pierś kurczaka, indyka, polędwiczka wieprzowa, pierś kaczki, chuda wołowina) lub tofu

Marynata do mięsa:
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego
2 łyżeczki octu ryżowego
1/4 łyżeczki oleju sojowego

1 łyżka oleju arachidowego
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 duży ząbek czosnku, posiekany
1 mała ostra papryczka, bez nasion i błonek, pokrojona w paski, lub kosteczkę

4-5 grzybów suszonych shitake (namoczonych przez 20 minut, pokrojonych w paski) lub innych grzybów (czasem zdarza mi się o nich zapomnieć :D)
2 garście dyni, pokrojonej w paski (można zastąpić ją marchewką)
2 garście groszku cukrowego, pokrojonej w paski (można zastąpić go zieloną fasolką szparagową)

Sos do smażenia:
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczka oleju sezamowego
1 łyżeczka sosu ostrygowego lub rybnego
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej, rozpuszczonej w 2-3 łyżkach wody

posiekana dymka, zielone części do dekoracji
uprażony sezam, do dekoracji
świeżo mielony pieprz

makaron soba, 2 porcje, ugotowany z dodatkiem wody z moczenia grzybów

Przygotowania: Dzień wcześniej zamarynować mięso. Jeśli używamy tofu, zamarynować rankiem. Mięso też można zamarynować rankiem. Warto by było w marynacie przynajmniej przez godzinę.
Po namoczeniu grzybów, ugotować makaron, odcedzić i przelać go zimną wodą. Wymieszać składniki sosu i zebrać pozostałe składniki, gdyż kiedy zaczniemy smażenie nie będzie już na to czasu.

Na oleju podsmażyć czosnek, chilli i imbir przez ok. 1 minutę. Dodać odsączone z marynaty mięso i przesmażyć je z każdej strony. Dodać grzyby i dynię, przesmażyć, dodać groszek. Podsmażyć wszystko, często mieszając, przez 2-3 minut. Podczas smażenia sprawdzić, czy nie potrzeba dodać oleju. Wlać sos do smażenia i od razu dodać makaron. Wymieszać wszystko i smażyć przez 1-2 minuty. Posypać dymką, sezamem, nałożyć porcje na talerze.

Źródło: to wypadkowa wielu przepisów, które wypróbowałam, dlatego tym razem mogę powiedzieć, że to "mój" stir-fry :-)

Korzenna tarta dyniowa

Składniki:
125 g masła, miękkiego, ale nie za bardzo
90 g miałkiego cukru (dałam zmielony wcześniej na cukier puder trzcinowy) (lepiej dać mniej - tak ok. 60 g)
1 żółtko
150 g mąki pszennej
100 g mąki orzechowej (ja dałam mieszankę orzechów, zmielonych na proszek)
1 białko, do posmarowania w czasie podpiekania

1 1/2 szklanki orzechów laskowych, uprażonych i obranych ze skorupek
1/3 szklanki brązowego cukru (lepiej dać ciut mniej niż 1/4 szklanki)

1/2 szklanki orzechów laskowych, uprażonych i obranych ze skorupek

1 1/2 szklanki puree z dyni
chlust wanilii
2 łyżki mieszanki przypraw korzennych (można dać piernikowej z dodatkiem kardamonu i gałki muszkatołowej)
3 duże jajka
1 szklanka mleka kokosowego
1-2 łyżki miodu (najlepszy jest leśny lub wrzosowy, można użyć syropu klonowego)
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej (nie koniecznie, ale wtedy wypełnienie będzie stabilniejsze)

Przygotowania: Najpierw należy przygotować ciasto: masło utrzeć z cukrem, aż się połączy, ale nie do puszystości. Najlepiej robić to ostrzami miksera. Wsypać mąki i sól. Zmiksować krótko, dodając żółtko. Jeśli potrzeba dodać 1-2 łyżki zimnej wody. Wyłożyć ciasto na blat. Uformować jednolite ciasto (szybko, bo wyrabianie sprawia, że upieczemy zbyt twardy spód). Uformować płaski dysk, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w zamrażalniku przez ok. 30-45 minut lub w lodówce przez 2-4 godzin.

1 1/2 szklanki orzechów laskowych zmielić z cukrem trzcinowym do uzyskania pasty.

Puree z dyni zmiksować z ekstraktem z wanilii, przyprawą korzenną i miodem. Osobno wymieszać jajka z mlekiem kokosowym i ewentualnie skrobią. Dodać tą mieszaninę do puree.

Piekarnik nagrzać do 200 stopni Celsjusza. Ciasto rozwałkować i wyłożyć nim foremkę (ja piekłam w takiej o średnicy 24 centymetrów i nie zużyłam całego ciasta - resztę można zamrozić). Ponakłuwać w wielu miejscach widelcem. Schłodzić. Wyłożyć ciasto pergaminem do pieczenia i wysypać obciążnikami (ja używam ryżu/fasolki). Podpiec przez 15 minut, potem zdjąć pergamin z obciążnikami, posmarować rozbitym białkiem i zapiec przez ok. 5 minut. Wyjąć spód, rozsmarować na nim pastę z orzechów laskowych, a na to wylać masę dyniowo-kokosową. Zapiekać ok. 30-40 minut, a po 20 minutach przykryć folią aluminiową by się nie przypalił wierzch. Nadzienie ma być ścięte, ale nie wysuszone.

Źródło: spisałam ten przepis już dawno temu z jakiegoś anglojęzycznego bloga i niestety nie zapisałam źródła, dlatego jeśli ktoś z Was na niego wpadnie, będę wdzięczna za informację :-)

Smacznego.

środa, 11 marca 2009

Spotkanie bliskiego z dalekim ...


... wschodem nastąpiło, gdy dwie kuchareczki spotkały się na kolejnych szaleństwach kulinarnych. Miało być sushi, ale zakupowe przeszkody spowodowały, że trzeba było przestawić się na inną azjatycką zabawę. A jaką może być zabawa z Zupiarą, przynającą się do zupoholizmu i miłości do ryb?


Powiedzielibyście pewnie zupa rybna. I wiele byście się nie pomylili. Zupa miso, bogata w witaminy i minerały, dodatkowo wzmocniona została proszkiem dashi, czyli ekstraktem z ryby bonito, inaczej zwanego tuńczykiem pasiastym. Ale dosyć tych mądrości. Nie na lekcje spotkały się dwie kuchareczki, tylko na smakołyków próbowanie, warzenie zupki, pichcenie, klejenie i lepienie. Zupka okazała się doskonała jako przystawka, a nawet pełne danie, gdy wraz z tofu i bok choy podgrzała się w garnuszku, a już w miseczkach kiełkami została posypana. Jeszcze tylko pałeczki ... no dobra, to tylko dla największych twardzieli - my zaopatrzyłyśmy się w łyżki i zupkę ze smakiem spałaszowałyśmy.


Po zupce, co to nas do pięknej Japonii zabrała, na kontynent skoczyłyśmy, do chińskiej prowincji Syczuan (a tak w ogóle czy ktoś wie, czy pieprzy seczuański to ma coś wspólnego z Syczuanem w Chinach) na rybkę w sosie słodko-kwaśnym z delikatnym makaronem somen. Lekko pikantny płetwal, pływał w słodkawym sosie o kwaskowatym posmaku, wraz z chrupkimi warzywami. A wszystkie te dobroci ginęły w objęciach makaronu, lekkiego, pszennego, tak niezwykle delikatnego, że jego struktura aż mile podniebienie łechtała. Tym razem jednak nie urągałyśmy tradycji i grzecznie pałeczkami śliski makaron zajadałyśmy, nawet przez chwilę nie próbując powstrzymać śmiechu, gdy kolejna nitka kogoś w nos uderzyła.


Tym smacznym obiadem pożegnałyśmy daleki wschód, na znacznie bliższy teren się przenosząc. Skoro wczoraj Purim, czyli "żydowski karnawał" się odbywał trzeba było uczcić jakoś to wspaniałe spotkanie i święto (a nawet trzy). Więc zimne, oczkowe palce wyrabiały ciasto drożdżowe, ugniatając i uderzając, nie dając mu chwili wytchnienia, by narzucić mu swoją wolę, by gładkie i jędrne ciasto uzyskać. Ja w tym czasie głównie leniuchowałam, przygotowując tylko kolejne składniki słodkiej i zniewalająco pachnącej masy ...


... A co takiego szykowały dwie kuchareczki? Pewnie wszyscy już wiedzą, że to hamantasze powstawały, słodkie kapelusze Hamana, ciasteczka drożdżowe wypełnione słodkim makiem, rumiane i mięciutkie. Zanim jednak te smakołyki jeść można było, najpierw ugniatanie się odbywało, potem spokojne ciasta rośnięcie, by na koniec brutalnie je wałkiem potraktować i krążki równiutkie wykrawać. Jak tu z koła trójkącik ma powstać, zastanawiały się dwie kuchareczki, głupiutkie skojarzenia mając o kółkach i trójkącikach ;-p


A gdy już wszystkie trójkątne kapelusiki leżały na blasze, Hirek z Ptaszynami próbowali nam podjadać słodki mak, pachnący miodem i kwiatem pomarańczy, dopełniony bakaliami, a dłonie nasze, wciąż jeszcze pachnące orientalnymi zapachami kwiatów pomarańczy uwieczniały te ptasze zabawy wśród słodkich ciasteczek, cykając coraz to zabawniejsze fotki.


Konsumpcja tych słodkości to dopiero była zabawa. Miękkie ciasto, lekko tylko słodkie, tworzyło łóżeczko dla słodyczy oblepiającego mak miodu, dla upajających zapachów wody z kwiatu pomarańczy. Popijane białą kawą z "ptasich" kubeczków, coraz to nowe pomysły na ujęcia powodowały. I tak powstało najbardziej "nieprzyzwoite" oczkowe zdjęcie, które na przekór Dnia Mężczyzny kobiece elementy dostrzegło w kapeluszach Hamana. No bo spójrzcie na trzecie zdjęcie powyżej akapitu i powiedzcie czy żadnych seksownych myśli nie macie? ... No właśnie, a nie mówiłam ;-p


Sesje zdjęciowe i ciasteczek i orzeszków na zakończenie wieczoru się dobywały. Jasna lampa świeciła w sufit, z pokoju obok dobiegał nas stuk klawiatury, gdzie mój małżonek przy okazji przelewania swojej tajemnej wiedzy w komputerek, konsumował dobrocie zrobione przez nas, a my urządziłyśmy sobie lekcję fotografii. Ujęcie za ujęciem, kadr za kadrem ... oj daleko mi jeszcze do doskonałości, ale tyle radości przyniosło nie tylko pałaszowanie naszych smakołyków, ale i ich uwiecznianie oraz już nie tylko wirtualne rozmowy o nich.


Ach i zapomniałabym. Wszak choć to dzień wschodu był, to zaczął się bardzo francuskim akcentem. A mianowicie pyszną tartą cytrynową, która w ciągu dnia, po kawałeczku znikała, znikała ... aż w końcu zniknęła całkowicie. A tak doskonała była, że gdy rankiem wyjęłam ją z lodówki kicia nasza z prędkością małej błyskawicy znalazła się przy moich nogach. Zdradzę Wam sekret ... Briczolla jest ogromną miłośniczką wszystkich lodów, a że tarta i zimna i pachnąca i słodka była, to i nasze kocie nie mogło jej przepuścić. Dostała wprawdzie tylko okruszki, ale i one zadowoliły naszego łasucha, który potem w sen zapadł na cieplutkim kaloryferze.

I taki to był dzionek - zabawny, owocny, smaczny ... bliski i daleki, bo choć w pamięci pozostanie żywy, coraz odleglejszy w czasie będzie ... aż do następnego razu.

Buziaki Oczko :*

Zupa Miso z tofu i bok choy
(4-5 porcji)

Składniki:
1 1/2 l. bulionu warzywnego
5-6 suszonych grzybków mun
ok. 1/4 szklanki suszonych kwiatów lily
1 cm. kawałek imbiru, pokrojony w cienkie słupki
1/2 łyżeczki pasty z natki kolendry (lub 2-3 łyżki posiekanych korzeni i łodyżek natki kolendry)
1/2 łyżeczki pasty z galangalu (lub 1 łyżka startego galangalu)
1/2 łyżeczki pasty z trawy cytrynowej (lub 2 łodygi trawy cytrynowej, zgniecione)
1 listek limonki kafir (lepiej dać 2-3)
3-5 saszetek pasty miso (każda po 18 g., ale należy dawać do smaku)
1-3 łyżek dashi (do smaku)
1-2 bok choy
300 g tofu
kiełki fasoli mung

Przygotowanie: W bulionie namoczyłam kwiaty Lily i grzyby przez 30 minut. Po tym czasie zagotowałam bulion i gotowałam do miękkości grzybów i kwiatów. Kwiaty były miękkie wcześniej, więc wyjęłam je i pokroiłam (a raczej Oczko pokroiła ;) podobnie jak tofu i bok choy). Pokrojony w drobne słupki imbir wrzuciłam do gotującego się na małym ogniu bulionu razem z pastami (bez miso) oraz listkiem limonki kafir i gotowałam do miękkości grzybów (gotowanie grzybów zajęło ok. 30 minut). Gdy grzyby były miękkie, zostały pokrojone w cienkie wstążeczki oczkowymi rączkami. W tym czasie do bulionu dodałam pastę miso i rozmieszałam dokładnie. Na ostatnie 5 minut gotowania wrzuciłam pokrojoną bok choy, tofu i grzyby oraz kwiaty Lily. Podałam z garścią kiełków fasoli mung dla chrupkości.

Ryba po syczuańsku w sosie słodko-kwaśnym z makaronem somen
(5-6 porcji)

Składniki:
50 dag filetow ryby o białym mięsie (np. sola)
1 łyżka oleju z orzeszków ziemnych/oliwy
1 łyżka sosu sojowego
sok z 1/2 cytryny
1 łyżeczka syropu klonowego/miodu
pieprz seczuański

Sos słodko kwaśny:
400 g passaty pomidorowej
30 ml. octu ryżowego
2 łyżki cukru trzcinowego

40-50 dag pokrojonych w cienkie słupki warzyw (może być mieszanka chińska z mrożonki, ale bez sosu)
40 dag makaronu somen, ugotowanego według instrukcji na opakowaniu

Przygotowanie: Rybę zamarynowałam w sosie sojowym, soku z cytryny, syropie klonowym i pierzu przez 30 minut, a następnie razem z marynatą upiekłam w rękawie przez 15 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza. W tym czasie zagrzałam w garnku passatę z octem i cukrem (sprawdziłam do smaku, by uzyskać słodko-kwaśny smak - ja ze względu na różne żołądkowe problemy raczej uzyskuję bardziej słodki, a mniej kwaśny smak, ale najlepiej to gdy oba smaki byłyby zrównoważone). Gotowałam sos przez 5 minut, a po tym czasie dodałam warzywa (z mrożonki) i dotowałam w sosie przez ok. 12 minut. W tym czasie ugotowałam też makaron, odcedziłam i zachartowałam pod zimną wodą. Wymieszałam go z warzywami w sosie. Rybę po upieczeniu wyjęłam z rękawa, zachowując ok. 3 łyżki płynu, który wylałam na dno foremki do zapiekania. Ułożyłam na dnie podzieloną na kawałki wielkości kęsa rybę i przykryłam wszystko makaronem z warzywami w sosie. Przykryłam folią i piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 5 minut, do połączenia się smaków. Podałam udekorowane kolendrą.

Kapelusze Hamana

Składniki:
100 ml mleka
1 jajko
250 g mąki
25 g cukru pudru
szczypta soli (1/4 łyżeczki)
25 g topionego i ostudzonego masła (ja dałam margarynę Flora, bez konieczności topienia jej)
1 łyżeczka drożdży instant

Nadzienie: 50 g mielonego maku (może być też niemielony, ale mielony lepiej się sprawdza)
30 g masła (ja dałam margarynę Flora)
25 g mielonych migdałów
2 łyżki miodu (ja dałam gryczany)
1 łyżka miękkiej skórki pomarańczowej, cytrynowej lub mieszanej (pominęłam)
1 łyżka miękkich bakalii (ja dałam 2 łyżki żurawiny)
2 łyżki orzechów włoskich
1 łyżka wody z kwiatu pomarańczy

jajko rozbełtane+łyżeczka wody do posmarowania

Przygotowanie: Mleko połączyłyśmy z jajkiem, dodałyśmy drożdże, następnie mąkę, cukier, sól, a na końcu masło. Ciasto wyrobiłyśmy ręcznie aż było gładkie i elastyczne. Odstawiłyśmy do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. W tym czasie przygotowałyśmy masę makową. W garnuszku połączyłyśmy wszystkie składniki poza makiem i zagotowałyśmy. Dodałyśmy mak i na małym ogniu gotowałyśmy stale mieszając przez 5 minut. Ostudziłyśmy.
Po wyrośnięciu ciasta, wyjęłyśmy je na omączony blat, rozwałkowałyśmy na 1/2 cm. grubość i wykrawałyśmy kółka średnicy 8 cm. Na środku każdego placuszka kładłyśmy masę makową i zlepiałyśmy z trzech stron, tak by powstał trójką. Gdyby ciasto się nie kleiło można zwilżać palce wodą. U nas kleiło się idealnie, tylko trzeba było pilnować by placuszki leżały na omączonym blacie, by nie przyklejały się do niego. Kapelusze ułożyłyśmy na blasze wyłożonej pergaminem w odstępach 3-4 cm.. Odstawiłyśmy do wyrośnięcia na 30 minut. Przed pieczeniem posmarowałyśmy ciasto jajkiem rozkłóconym z wodą. Piekłyśmy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 15 minut (do 18 minut).

Źródło: Blog Liski "White Plate"

Smacznego.

czwartek, 18 grudnia 2008

Bułeczki ... inaczej.


Trwa zwariowana karuzela różnych prac i spotkań przedświątecznych, więc i na gotowanie obiadów mniej czasu, nawet jeśli chęci jest w bród. Do tego wciąż nie mogę zapominać o rehabilitacji, więc szukam czegoś co nawet jeśli zajmie trochę czasu przy pierwszym przygotowaniu, to pozwoli odpocząć przy każdym kolejnym podaniu. Mój typ padł na bułeczki w chińskim stylu jakie kilka dni temu widziałam u Małgosi, która przepis ten wypatrzyła u Tatter.

Zachwyciłam się nimi, zarówno dlatego, że przypomniały mi o jednym z moich ulubionych wakacyjnych dań, jak również dlatego, iż pozwoliły mi pogodzić się - choćby częściowo - z moją maszyną do pieczenia chleba. Kiedy w te jak i poprzednie wakacje, gdziekolwiek wyjeżdżaliśmy z mężem przygotowywałam kurczaka w sosie alla satay, zawijałam go w tortille z sałatką i była to doskonała przekąska podczas jazdy samochodem. Słono-słodki smak sosu, delikatnie tylko podostrzony przez sos tabasco lub papryczki chilli, dopełniony kwaskowatym smakiem limonki. Tym razem jednak musiałam sos przygotować w jak najbardziej stałej konsystencji, by nie przemiękał przez bułeczki, więc zrezygnowałam z soku jabłkowego i podwójnej dawki soku z limonek.

Ale hitem w tym daniu okazało się połączenie z bułeczkami. Pyszne, chrupkie i pewnie doskonale by wyrosły gdybym tylko dała im ich czas. Ale nawet w takiej słabo wyrośniętej wersji były doskonałe i przypomniały nam wersje z tortillą. A przy tym wszystkim ciasto tak proste w wykonaniu, gdy pogodziłam się z moją maszyną, która za mnie wyrobiła i pozwoliła ciastu wyrosnąć. Ponieważ już bardzo się spieszyłam ostatnią fazę wyrastania musiałam skrócić do 20 minut, co niestety odbiło się na puszystości bułeczek, choć w smaku nie utraciły niczego. Mój mąż po posiłku powiedział, że najchętniej codziennie jadłby takie obiadki, więc pewnie jeszcze nie raz pojawią się na naszym stole.


Bułeczki w chińskim stylu

Składniki:
280ml mleka (ja przez roztargnienie dałam tylko 250 ml)
30g masła, roztopionego
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
450g białej pszennej mąki chlebowej
1 1/2 łyżeczki drożdży instant

żółtko
woda
czarny sezam i wiórki kokosowe

Przygotowanie: Wszystkie składniki wrzuciłam do maszyny do pieczenia w podanej kolejności i włączyłam ją na program "ciasto rosnące" ("dough"). Po wyjęciu ciasta, pokroiłam je na w miarę równe kawałki (powinno wyjsć 14, ja miałam 13) i w formie kuleczek zostawiłam pod przykryciem do wyrośnięcia na 20 minut. Potem rozwałkowałam każdą bułeczkę na cienki placek (średnica ok. 15 cm), nakładałam na nią nadzienie i znów formowałam bułeczki, zlepieniem kładąc na blasze wyłożonej pergaminem. Odstawiłam do wyrośnięcia na 45 minut (ja niestety musiałam przerwać ten proces już po 20 minutach). Przed włożeniem do piekarnika posmarowałam żółtkiem roztrzepanym z wodą i posypałam czarnym sezamem i wiórkami kokosowymi. Piekłam w piekarniku nagrzanym do 220 stopni Celsiusa przez 25-30 minut. Gdyby bułeczki się zbytnio rumieniły, należy przykryć je folią aluminiową.

Nadzienie z indyka alla satay

Składniki:
1/2 kg piersi indyka
sok z 2 limonek
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka przyprawy pięć smaków
2 łyżki masła orzechowego
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
szczypta ostrej papryki lub kilka kropel sosu tabasco
drobno posiekana skórka z limonki
1 łyżeczka świeżo startego imbiru
2 szklanki warzyw drobno pokrojonych, ja tym razem dałam żółtą fasolkę, marchewkę z groszkiem, posiekany pęczek szczypioru z dymki)
świeża kolendra

Przygotowanie: Indyka pokroiłam na cienkie paseczki i zamarynowałam przez 30 minut w soku z limonki, oliwie i przyprawie "pięć smaków". Przygotowałam warzywa. W miseczce połączyłam dokładnie masło orzechowe, sos sojowy, ostrą paprykę, skórkę z limonki i imbir. Silnie rozgrzałam patelnię (bez tłuszczu!) i stopniowo wrzucałam na nią indyka, pilnując aby cały czas się smażył, a nie dusił. Nie powinno to zająć więcej niż 1-2 minuty. Potem szybko dodałam sos z masła orzechowego i intensywnie mieszałam, by stworzył emulsję, oblepiającą mięso. Cały proces można przeprowadzić w woku. Zdjęłam z ognia i odstawiłam do przestudzenia w misce. Na rozwałkowywane bułeczki kładłam po łyżce mięsa i łyżce warzyw. Gdybym miała dodałabym jeszcze świeżej kolendry.

Smacznego.

sobota, 29 listopada 2008

Pomarańczowo-korzenny posiłek.


Aromaty korzenne zawsze u mnie łączą się z cytrusami, dlatego tak bardzo lubię to danie. Podoba mi się połączenie jesiennego brązu sosu i mięsa, z pomarańczowymi akcentami skórek i marchewki. Również aromaty i smaki tak nietypowo się tutaj uzupełniają - ciężki wołowy bulion, sos zagęszczony słodyczą cebuli i wytrawnością selera naciowego, przełamany zostaje orzeźwiającym smakiem pomarańczy zarówno w postaci kwaskowatego soku, jak i słodkawo-gorzkiej marmolady. Wszystko okraszone imbirem i kardamonem oraz pięcioma smakami, jeszcze bardziej wzmocnionymi przez dodatkowe goździki.

To ciężkie danie smakuje wybornie na delikatnym kuskusie, choć by być bardziej tradycyjnym należałoby je podać z ryżem ugotowanym na sypko. Jako zielony dodatek, wciąż pozostający w trendzie pomarańczowo-korzennym, pojawiają się pyszne, ugotowane i podsmażone na chrupko brokuły. Prawdziwa zimowa uczta, rozgrzewająca, sycąca, przenosząca swoimi zapachami w nastrój świąt. Doskonałe z piwem aromatyzowanym imbirem i korzeniami.


Pomarańczowa wołowina z imbirem

Składniki:
200 ml. bulionu wołowego
3 goździki
3 nasiona kardamonu, lekko roztłuczone
opcjonalnie kawałek kory cynamonowej (ok. 2-3 cm)
2-3 łyżki oleju z czerwonej palmy i kanoli
70-90 dag mięsa wołowego (może być dowolne do duszenia, ale ja zwykle używam chudej zrazówki lub udźca)
2 duże cebule
świeży imbir, 2-5 cm obranego i pokrojonego w cienkie paski kłącza (w zależności od upodobań ostrości, ja daję 5 cm)
1-2 duże marchewki
seler naciowy (ilość do smaku, ja użyłam 1 gałązkę)
3 łyżki sosu sojowego jasnego
250 ml. soku z pomarańczy
do 1 szklanki marmolady z pomarańczy (najlepiej możliwie gorzka, z dodatkiem skórek)
2 łyżki przyprawy pięć smaków

Przygotowanie: Bulion wołowy zagotowuję z goździkami, kardamonem, korą cynamonową i gotuję na małym ogniu ok. 20 minut. Przecedzam. W tym czasie obsmażam pokrojone na kilkucentymetrowe kawałki mięso na oleju. Robię to partiami i na bardzo dużym ogniu, by szybko jedynie ściąć mięso z zewnątrz, a w środku by było surowe. Aby nie pryskał olej, dokładnie wycieram ręcznikiem papierowym mięso z wody. Obsmażone mięso przekładam do brytfanki, a na pozostałym tłuszczu karmelizuję cebulkę i imbir, tj. smażę go na niewielkim ogniu z niewielkim dodatkiem bulionu, tak by raczej poddusić, niż usmażyć cebulę. Wszystko łączę w brytfance, do której wrzucam pokrojone na duże kawałki marchewki i pokrojonego w cieniutkie paseczki selera naciowego. Wlewam sok pomarańczowy, marmoladę, przyprawę pięć smaków, sos sojowy oraz przecedzony bulion. Doprowadzam wszystko do wrzenia. Zmniejszam ogień i gotuję pod przykryciem przez 1 1/2 godziny. Ostatnie 10-20 minut gotuję na dużym ogniu bez przykrywki, by nadać sosowi mocniejszego smaku. Sprawdzam, czy nie trzeba doprawić. Podaję z ryżem (lub kuskusem czy puree) oraz z warzywami aromatyzowanymi na sposób azjatycki, np. brokułem.


Brokuł z orientalnym sosem

Składniki:
1 główka brokułu, podzielona na różyczki, łodyga pokrojona na talarki
(opcjonalnie, przy gotowaniu brokuła w wodzie: sól, cukier, trochę soku z cytryny)
2 łyżki oleju arachidowego
2 ząbki czosnku, pokrojone w płatki
chilli, do smaku
3 cm. imbiru, pokrojonego w paseczki
3 łyżki marmolady pomarańczowej
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka wina ryżowego
kilka kropel sosu sojowego
garść uprażonych płatków migdałowych (ew. sezamu)

Przygotowanie: Brokuł gotuję na parze przez ok. 2-3 minuty. Kiedy gotuję go w wodzie, to dodaję odrobinę cukru i soku z cytryny, by zachować jego zieloniutki kolor. Delikatnie przelewam go zimną wodą. W miseczce łączę marmoladę, sos sojowy, sok z cytryny, wino ryżowe. W woku na rozgrzanym oleju podsmażam czosnek i imbir, ewentualnie również chilli. Uważam, aby czosnek się nie przypalił, gdyż wtedy gorzknieje. Wrzucam podgotowanego brokuła i zalewam go przygotowanym sosem. Smażę kilka chwil (do 2-3 minut), polewam kilkoma kroplami oleju sezamowego i posypuję płatkami migdałowymi (ewentualnie uprażonym sezamem).

Smacznego.



środa, 12 listopada 2008

Kurczak po chińsku.


Nie znam się na kuchni chińskiej ani na jej filozofii, choć zawsze gdy o niej słucham jestem nią zafascynowana. W moim gotowaniu jednak kuchnia chińska (czy azjatycka w ogóle) to po prostu inspiracja. Egzotyczne dodatki, sosy i kombinacje zamieniają się w coś co dla mojego podniebienia smakuje Chinami. Kiedy wyjmuję woka, wymyślam połączenia azjatyckich sosów przyprawowych czuję się jak czarodziejka albo odkrywczyni nieznanych terenów.

Dzisiaj w moim woku powstał całkiem zwyczajnie brzmiący kurczak z nerkowcem, ale w smaku ... symfonia. Połączenia konsystencji - miękki i soczysty kurczak oraz chrupkie orzechy, połączenia smaków - ostry, słodki, słony i kwaśny, to jest moja kuchnia chińska. Czy oryginalna? Na pewno nie, ale bardzo smaczna.


Kurczak z orzechami nerkowca

Składniki:
1 łyżka oleju arachidowego
2 cm imbir, posiekany w słupki
1 ząbek czosnku, pokrojony w płatki
1 cała pierś kurczaka, pokrojona w paseczki
szczypta brązowego cukru
duża garść orzechów nerkowca
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka słodkiego wina ryżowego
1 łyżka sosu chilli (słodki lub pikantny zależnie od upodobań)
1 łyżeczka sosu rybnego
sok z 1 limonki
1 duża marchewka, pokrojona w słupki
posiekane czerwone chilli
garść pokrojonej dymki
duża garść kiełków (ok. 1/2 średniej tacki)
makaron gryczany, nitki
olej sezamowy (do smaku)
szczypiorek do dekoracji

Przygotowanie: Przygotować wszystkie składniki, gdyż jak zacznie się smażenie w woku nie będzie już na to czasu. Ugotować makaron gryczany i pozostawić go w cieple, lub po prostu pod przykryciem. Do nagrzanego woka (duży ogień) wlałam olej i podsmażyłam na złoto czosnek i imbir. Po ok. 1-2 minutach wyjęłam czosnek i imbir i wrzuciłam kurczaka ze szczyptą brązowego cukru. Obsmażyłam ze wszystkich stron i po ok. 2-3 minutach dodałam orzechy nerkowca. Po 2 minutach smażenia dodałam sos sojowy, wino ryżowe, sos chili i sos rybny oraz sok z limonki wraz z marchewką, chili i dymką. Smażyłam ok 3-5 minut i na koniec dodałam podsmażony wcześniej czosnek i imbir oraz kiełki, a po 1 minucie dorzuciłam makaron i kilka kropel oleju sezamowego. Po chwili zdjęłam wszystko z ognia, udekorowałam szczypiorkiem.

Smacznego.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...