Pokazywanie postów oznaczonych etykietą torty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą torty. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2011

Jak wino z pasztetami pożenić?


Czas leci nieubłaganie, a ja mam wrażenie, że przemyka mi pomiędzy górą planów, jakie snuję, jeszcze większą wieżą z marzeń i pragnień, ze wszystkich stron oblężony oczekiwaniami i kaprysami ... moimi i cudzymi.


Siadam więc z kubkiem herbaty, odpędzam natrętne myśli o czekających do wsadzenia ziołach, chleb sobie rośnie, a ja zaglądam do wspomnień i zdjęć ostatniego tygodnia. Zanim jednak podzielę się z Wami pięcioma dniami po brzegi wypełnionymi kulinarnymi szaleństwami w Akademii Kurta Schellera, już dziś pokażę Wam kilka migawek z soboty, kiedy to niezliczona (naprawdę niezliczona, sama już nie wiem ile nas tam było ... ale na pewno było nas duuużo) grupa bloggerów (w tym jeden Winny Rodzynek) w kuchni Makro się spotkała.

Zaczęło się od win i na winach skończyło, a w miedzy czasie pasztety i sery, pogaduszki i śmiechy, uciszania i podpalania ... ach, czego tam nie było.


Najpierw krwawą robotę trzeba było wykonać, więc rękawiczki na ręce kto chciał i za czyszczenie wątróbek drobiowych się towarzystwo zabrało. Kilka żyłek i błonek wyciętych, mięso pokrojone, szalotki poszatkowane, listki tymianku pieczołowicie zrywane z krzaczka i już na klarowanym maśle smażenie się zacząć mogło. Wtedy to najbardziej widowiskowy moment się zaczął, gdy winiak na patelni się znalazł, a w ruch poszły zapalniczki. Płomienie buchnęły i zapach piękny się uwolnił. Krótko to jednak wszystko trwało, bo przecież każdy wie, że wątróbki nie lubią na ogniu dużo czasu spędzić. Szybko więc do malaksera mięso powędrowało, gdzie z solidną porcją masła się spotkało i w try miga w gładką masę połączyło ...


... ale nie żeby trochę ramionek pomęczyć nie trzeba było. W końcu francuskie pate robiliśmy, więc nasza masa z malaksera na sitko powędrowała, gdzie łyżką była przecierana. Potem już tylko chwil kilka potrzeba było, by pasztet do foremki wyłożonej folią powędrował. I już na tym można by poprzestać, ale w przedświątecznym nastroju jeszcze przybranie z jabłek i jabłkowej galaretki się pojawiło, by nasz smakołyk piękny spód dostał.


Do lodówki kokilki schowane, a my znów w sali konferencyjnej byliśmy, by o winach słuchać.

Gdyż to właśnie te rozkoszne trunki gwoździem programu były. O nazwach, o etykietach, o szczepach doświadczeni sommelierzy nam opowiadali. Elementy obowiązkowe etykiety wina i te dodatkowe, które czasem się pojawiają, o genezie nazw, o apelacjach, o kolorach, o smakach, o procentach i dodatkach ...


... hojnie swą wiedzą się panowie dzielili, ale co by nie tylko na poważnie było, to i etykiety trunków, co to raczej winami nie mogą być nazwane się pojawiły. Śmiech był w całej sali, bo któż nie słyszał choćby o winie marki "Wino". Zaraz też inne nazwy dały się słyszeć, a atmosfera od razu zrobiła się lekka.

Nastrój ten i przy stołach się utrzymał, gdy kolejne butelki były otwierane, a do nich towarzystwo wszelakich pasztetów i terrin oraz serów mnogość się pojawiła. O zmiennym smaku wina można się było przekonać, gdy najpierw łyk (lub li tylko przepłukanie kubków smakowych) w ustach się pojawił, a potem proponowany smak pasztetu czy sera. Własne też połączenia od razu się pokazały i jeszcze raz najważniejsza maksyma smaku się objawiła - nie ważne co mówi kanon, ważne co mówią Ci Twoje kubki smakowe!


Każdy z nas z zapamiętanymi ulubionymi smakami wyszedł, by do naszych pate zajrzeć, w dekoracje się pobawić, dodać a to konfitury z cebuli a to bakalii w miodzie. Jak widać moja wspaniała Para, Gospodarna Narzeczona (zdjęcie po prawej) w mazurkowym temacie już była, a mi zachciało się napisów, które uparcie nie chciały się stworzyć. Za to pomysłów już na podkręcenie smaku naszych smakołyków od razu pojawiało się więcej niż było nas. A to komuś morele się zamarzyły, a to lubczyk czy grzybki do głowy przychodziły. Ja oczywiście już nad gotowaniem sous vide się zastanawiałam i nalewek różne smaki chodziły mi po głowie. Kto wie, jak jeszcze przyjdzie nam zmieniać ten bazowy przepis?


Na zakończenie oczywiście sesje foto musiały się odbyć, a że wdzięcznym tematem były puste butelki, tak więc radosne i zadumane miny ponad nimi się pojawiały. Ekipa Makro wielkanocnie się z nami pożegnała, żurkiem i jedzeniem rozmaitym, jabłecznikiem i buteleczkami na drogę.


I tak skończyło się to blogowe spotkanie. Tym razem w większej i bardziej roześmianej grupie się odbyło, a i na inne elementy nacisk tym razem kładziono. I tak jest dobrze. W różnorodności spotkań jest największa zaleta. Raz bardziej kulinarnie, więcej gotujemy, bardziej na potrawach się skupiamy, innym razem znów wiedzę teoretyczną zdobywamy, w praktyce ją sprawdzając i porównując nasze doznania w szerszym gronie, niźli tylko w parach. Za wspaniałą atmosferę wielkie brawa się organizatorom należą. Wierzcie mi, kucharze do tak rozbawionego i "niesubordynowanego" towarzystwa raczej nie są przyzwyczajeni, ale uśmiech i spokój naszych kucharzy nie opuszczały, ani sommelierów, gdy najdziwniejsze propozycje mieliśmy :-)


Gdy wszyscy już do domów się rozjechali, w moim Szczęściu kilka Babeczek się spotkało. Wielkie i ambitne plany miałyśmy, by drożdżówki z rozkosznymi dżemami robić, by babę wielkanocną piec, a na obiad pizzą się posilić. Nic jednak z planów nie wyszło, ale ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy, bo gdy Lo ze swym tortem się pojawiła, nie pozostało nam nic jak rozpłynąć się w zachwytach i zastanawiać która z warstw najprzyjemniej nasze podniebienia pieściła. Ja zakochałam się na zabój w kremie zabaglione z marsalą i figami i jeszcze dziś jak o nim pomyślę, to mam ochotę do kuchni biec i krem kręcić. Miękki biszkopt orzechowy i chrupka beza szczęście dopełniły, a my na pogaduchach czas spędziliśmy, zamiast rękawy zakasać i ciasta wyrabiać.


Sobota minęła, zaczęła się niedziela i kolejne plany się pojawiają, moc pomysłów rodzi się w głowie, a czas nie guma i wszystkiego nie chce pomieścić. I co tu poradzić? ...

... Nic. Cieszyć się i planować dalej, a tego co wypadnie poza margines czasu nie żałować. Radować się tym co tu i teraz :-)

Do zobaczenia.

czwartek, 24 marca 2011

Szczęśliwe kartki pamięci.


Prawie tydzień już mija od czasu, gdy połączone wspólną pasją, ale rozdzielone wieloma kilometrami zabrałyśmy się za słodkie pieczenie wraz z Oliwką. Tamtego dnia w moim Szczęściu rękawy zakasały jeszcze Kasia i Poleczka, więc silna ekipa powstała do kulinarnych zabaw i pogaduszek na gadu-gadu. Zapytacie cóż wyszło spod naszych rączek?


Musiało być coś bezowego, ponieważ jak wiadomo moje jajka są z samymi białkami* :-D Wymieniając maile z Oliwką, zastanawiałyśmy się tylko przez chwilę. Na tapetę miały pójść bezy i to nie byle jakie bezy, ale tort bezowy z przepisu cukierniczego mistrza Pierre'a Herme. Oczywiście trzeba było odrobinę zmodyfikować przepis. Nie byłybyśmy kulinarnymi eksperymentatorkami, gdybyśmy nie miały czegoś dodać, coś odjąć ... jednym słowem pokombinować.

Jak już postanowiłyśmy, że beza ma mieć kawowo-różany smak i aromat, trzeba było zdecydować się na krem. I tutaj muszę przyznać się do pewnego błędu. Zakochana w kremie cukierniczym i metodzie jego tworzenia, jaką przekazała mi Ela, zaproponowałam byśmy krem stworzyły na jego bazie. Powstał więc zabójczy w smaku kawowy krem o kardamonowej nucie, wzbogacony mocno ubitą kremówką. Tak to jednak bywa z tortami, że powinny one poleżeć w lodówce, ale niestety ten krem zbyt rozmiękczał bezy, przez co zmieniały one znacząco swoją strukturę, stając się piankowate - trochę jak ptasie mleczko. Trzeba więc albo go zamrozić i podawać zamrożony, albo zmienić krem.

W smaku tort nie stracił nic a nic, ale jego prezencja ... hmmm ... już tak. Dlatego podaję też poniżej przepis na mus czekoladowy, jaki Herme podał w swojej recepturze na tort bezowy dla wszystkich tych, którzy chcieliby przygotować ten tort i podawać go w niezmrożonej postaci.

Jednak żadna wpadka nie mogła nam w tamten weekend popsuć humoru. Ani pękające bezy, ani płynny krem, gdyż najważniejsza była wspólna kulinarna zabawa i pogaduszki, zwieńczone degustacją tortu, który w myślach nazwałam tortem-"etonkiem"**. Wczesnym południem już zaczęłyśmy z Poleczką pogaduszki z Oliwką na gadu, potem dołączyła jeszcze do nas Kasia i czas biegł przemiło, aż nie zorientowałyśmy się kiedy zapadł zmierzch i czas było się rozstawać.

I tak dzisiaj piszę te słowa, ale wspomnienie tortu, jego smaku i aromatu unosi się wciąż wokół mojej głowy, sprawiając że na języku czuję lekko chrupką, piankową bezę o uwodzącym zapachu róży i pobudzającym smaku kawy, przełożoną kokietującym podniebienie swym kardamonowym akcentem kawowym kremem i wiem, że dla każdej z nas będzie to kolejna kartka pamięci zapisana nie tylko wybornie, ale i szczęśliwie.

Dziękuję Oliwko za wspólne, wirtualne pieczenie i pogaduszki i Wam, Poleczko i Kasiu za kuchenno-salonowe zabawy :-)*

A już tuż, tuż kolejne wspaniałe wydarzenia będą zapełniać moją pamięć cudownymi obrazami, smakami i aromatami. Ile szczęścia może dać kuchnia :-)


* spójrzcie na jeden z komentarzy Lo do mojego komentarza :)
** od angielskiego deseru "eton mess", który jest połączeniem ubitej kremówki, pokruszonych bez i rozgniecionych owoców.


Kawowy tort bezowy z orientalnym akcentem

Beza francuska
(500 g)*

Składniki na blaty:
5 białek
340 g cukru pudru (ja mielę cukier trzcinowy na coś zbliżonego do pudru, ale uwaga: zmienia to kolor bezy)
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
1 łyżeczka wody różanej

Składniki na krem:
15 g zmielonej kawy
330 ml mleka pełnotłustego
(ew. bez kawy zmielonej - 300 ml mleka + 30 ml espresso)
6 żółtek (ok. 100 g)
6 łyżek cukru (ok. 100 g) (może być trzcinowy)
1 pełna łyżka (ok. 11 g) skrobi kukurydzianej
1-2 łyżeczki kardamonu mielonego (najlepiej świeżo utarty w moździerzu)
30-50 g masła miękkiego + do posmarowania folii
100 g kremówki, zimnej
opcjonalnie żelatyna lub agar-agar, jeśli tort ma dłużej postać

Przygotowanie blatów: Nagrzać piekarnik do 110 stopni Celsjusza. Kawę zmiksować z cukrem pudrem. Białka ubić na pół sztywno, wtedy zacząć dosypywać stopniowo cukier z kawą cały czas ubijając, aż piana będzie sztywna i lśniąca.Można zrobić test miski nad głową :-D Na sam koniec ubijania dodać powoli wodę różaną. Masę włożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką i wycisnąć 3 blaty o średnicy 22 cm. Krążki bezowe piec przez 90 minut.

* Według Pierra Herme na 3 takie blaty należy wziąć tylko 250 g masy na bezę cukrową, ale mi zawsze potrzeba więcej, więc wolę zrobić dwa razy więcej masy, a z tego co zostanie robię beziki.

Przygotowanie kremu: Jeśli używamy zmielonej kawy, należy zalać ją zimnym mlekiem, doprowadzić do wrzenia, zdjąć z ognia i zostawić na 30 minut. Jeśli używamy espresso dolewamy je do mleka, jak już ono się podgrzeje.
Mleko z kawą (lub kawowe mleko) podgrzewamy na średnim ogniu, doprowadzając niemal do wrzenia. W tym czasie ubijamy żółtka z cukrem, aż potroją objętość. Najlepiej mikserem. Pod koniec dodajemy przesianą skrobię i kardamon i ostrożnie miksujemy, by skrobia nam się nie rozniosła po kuchni.
Kiedy mleko zaczyna wrzeć, zmniejszamy ogień do małego, wlewamy na jego środek ubite żółtka i nie mieszamy! Pozostawiamy to na ok. 1 minutę, aż mleko zacznie "na poważnie" wychodzić bokami. Wtedy trzepaczką balonową ubijamy kilka razy, zdejmujemy z ognia i ubijamy przez chwilę do gładkości. Dodajemy masło i ubijamy znów do gładkości. Przelewamy do miseczki, którą wkładamy do większej, wypełnionej zimną wodą z lodem. Przykrywamy folią posmarowaną masłem, którą kładziemy bezpośrednio na kremie, dzięki czemu nie powstanie na nim kożuch. Jak już będzie letni, wkładamy go do lodówki lub zamrażalnika i schładzamy.
Gdy już jest zimny, ubijamy zimną kremówkę. Delikatnie łączymy ją z kremem. Przed połączeniem z kremówką można doprawić kardamonem lub np. likierem kawowym.

Blaty przekładamy kremem. Najwygodniej krem włożyć do rękawa cukierniczego. Schładzamy po przełożeniu. Najlepiej przez noc. Po tym czasie można tort oblać czekoladową polewą lub obłożyć kremem, ale moim zdaniem najładniejsze jest właśnie takie - nieregularne :)
Niestety jak pisałam ten krem bardzo szybko rozmięka bezy, więc należy go włożyć do zamrażalnika, a nie do lodówki i podawać w wersji zamrożonej lub zamienić krem na ten podany przez Pierre'a Herme, który zmodyfikowałam tylko smakowo. Przepis znajdziecie poniżej.

Mus czekoladowy z kawą i kardamonem

Składniki:
260 g gorzkiej czekolady + 35 g
15 g mleka, prawie wrzącego
185 g masła, miękkiego
2-3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
1-2 łyżeczki kardamonu
3 żółtka
5 białek
15 g cukru pudru

Przygotowanie: 25 g czekolady posiekać i zalać prawie wrzącym mlekiem. Mieszać, dodając i delikatnie przestudzić ten sos czekoladowy. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Masło ubić do puszystości i powoli wlewać rozpuszczoną czekoladę, cały czas ubijając. Ubijać do czasu aż znów masa będzie lekka i puszysta. Żółtka ubić i wlewać do nich sos czekoladowy, cały czas ubijając. Gdy już będą puszyste, dodać je do musu i ubić znów do puszystości. Białka ubić na sztywno z cukrem pudrem. Dodać najpierw 1/4 piany z białek do musu i wymieszać delikatnie. Potem stopniowo dodawać białka do musu i delikatnie mieszać, nie miksując.

Blaty bezowe przekładać tym musem, można je też nim obłożyć. Pierre Herme radzi włożyć tort na 2 dni do lodówki, a tuż przed podaniem udekorować.

Źródło: Przepisy na bezę i mus czekoladowy z książki Pierre Herme "Desery", metoda na krem kawowy od Eli z My best food, za to tort to moje kompozycje smakowe.

Smacznego.

piątek, 28 stycznia 2011

Torty ... wspaniała zabawa.


Lubię dekoracje na talerzu, ale nie wtedy, gdy przyćmiewają potrawę. Są jednak takie dania, które powstają po to, by być nośnikiem dekoracji. Torty!

Kiedy chcemy świętować czy to urodziny, czy to rocznice, czy to wspaniałe osiągnięcia, a do tego gdy to świętowanie odbywa się w szerszym gronie doskonale sprawdzają się torty. Nie raz piekłam już torty dla rodziny czy przyjaciół. Zawsze na twarzach biesiadników widziałam jak zachwycali się dekoracjami. Proste różyczki z czekolady czy marcepanu, rozetki z bitej śmietany, listki z masy cukrowej ... a czemu nie pójść na całość?

I tak zaczęła się moja przygoda z tortami.


Ten najbardziej udany powstał dla przyjaciółki na urodziny, w czasie gdy dowiedziała się o płci swojego dziecka. Zainspirowany piękną stroną Cake Girl. Jasny i kakaowy biszkopt upiekłam oczywiście zgodnie z przepisem Roux. Po przecięciu na trzy części przełożyłam truskawkową masą, aż wyszedł najwyższy tort jaki piekłam do tej pory. Nasączony mocnym earl grey'em smakował wspaniale.


Ale w tym torcie nie o smak tylko chodziło, a o prezent sam w sobie. Formując grzechotkę czy smoczek, wałkując śliniaczek miałam ogromną zabawę, ale i poznawałam ciekawostki. Gdy masa po raz kolejny wałkowana na kolejną ozdobę, zaczęła mi się kruszyć od podsypywania cukrem pudrem, odkryłam olejowy trik. Odrobina oleju arachidowego zapobiegała przyklejaniu się masy do blatu, a jednocześnie nie pozwalała na jej wysychanie i kruszenie.

Jedna tylko uwaga! Naprawdę to musi być odrobinka oleju. Najlepiej cieniutko posmarować pędzelkiem blat, bo większa ilość może uniemożliwić sklejenie ozdób, a poza tym, kto chce jeść ociekający tłuszczem tort.


Przy okazji różnych tortów odnalazłam swój absolutny faworyt do przekładania biszkoptów. Masa powstała na bazie gęstego jogurtu i kremu cukierniczego z dodatkiem puree owocowego i miodu. Jest idealnie lekka, a dzięki żelatynie lub agarowi wystarczająco mocna, by utrzymać nawet wysoki tort.

Przy okazji eksperymentów nad tortem dla brata, okazało się, że nawet ogromna misa może przysłużyć się do zrobieniu tortu. Wystarczyło wyłożyć ją folią spożywczą (możliwie gładko), delikatnie posmarować olejem, wlać masę i poczekać aż odrobinę zastygnie w lodówce. Potem nałożyłam blat cienkiego biszkoptu, dociążając go, by skleił się z masą, ale w nią nie zapadł. Na drugi dzień wystarczyło obsypać tort kokosowymi wiórkami i wyszedł najlżejszy i najbardziej minimalistyczny tort jaki zrobiłam. Za to smak był doskonały, idealny na późną wiosnę i zwieńczenie popołudnia z dziećmi.


A najbardziej skomplikowany tort? To był ten pierwszy. Choć masa cukrowa była za gruba, a i sam tort niemiłosiernie słodki, wrażenie zrobił niezwykłe. Jak widać pieczony był dla siedmioletniej fanki Hannah Monthany, a wykorzystałam do niego również gotowy opłatek z nadrukiem i opłatkowe kwiatki.


Za to świeczki, ślimaczki, kokardki, całe pokrycie to był mój - a raczej nasz (mój i Męża) debiut. Przerażają Was błękitne palce po takiej zabawie. Bez obaw. Domyły się błyskawicznie, a jeśli nie chcemy się o to martwić, wystarczy użyć cienkich rękawiczek. Za to gwarantuję, że każde dziecko oszaleje ze szczęścia za kolorowy, bajecznie udekorowany tort.

Teraz zabieram się za dekoracje nie tylko piękne, ale i smaczne. Gdyż przyznaję, że taki tort z masą cukrową wygląda pięknie, ale sama masa to ... to cukier. Każdy wie jak on smakuje. Niewiele pomaga użycie cukru pudru trzcinowego. Za to czekolada czy marcepan to już inna bajka. Taka, którą będę teraz poznawać :-)

Krem owocowy do tortów

Składniki:
Puree z 1 kg owoców (dobrze jest je przecedzić przez sitko, ale to wszystko zależy od owoców i gustu)
ok. 800 g gęstego jogurtu (bałkański, grecki - można też dodać śmietany kremówki)
krem cukierniczy z 6 żółtek (przepis poniżej)
miód do dosłodzenia (zawsze dosładzam do smaku, bo zależy to od owoców)
żelatyna/agar agar (najlepiej sprawdzić jakie proporcje podają na opakowaniu i rozprowadzić proszek w 50-100 ml mleka lub innego płynu)

Przygotowanie: Puree z owoców mieszam z jogurtem i kremem cukierniczym na jednolitą masę. Dosładzam do smaku miodem (pamiętając, że dekoracje i biszkopt też są słodkie, więc lepiej, żeby masa była trochę mniej słodka). Żelatynę lub agar rozpuszczam w ilości potrzebnej na ok. 2 l. płynu w dodatkowych 50-100 ml. mleka, zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Łączę wszystko i miksuję, by napowietrzyć masę (potrzebna jest do tego naprawdę duża miska, inaczej gruntowne sprzątanie kuchni gwarantowane).
Masę wkładam do lodówki na 10-15 minut, by zaczęła tężeć. Potem w tortownicy wyłożonej po bokach pergaminem powyżej jej wysokości, układam na zmianę biszkopty i masę.

Zwykle wkładam 1 biszkopt, potem masę, potem biszkopt i pozwalam temu się połączyć i zestalić. Potem znów masę, kolejny biszkopt i znów na 10 minut do lodówki. I tak w kółko, aż do wykończenia.

Ta ilość masy wystarcza na każdy z tych tortów powyżej. Pierwszy powstał na bazie 2 biszkoptów genueńskich (jeden jasny, drugi kakaowy), przeciętych na trzy. Było więc 6 warstw biszkoptu, 5 warstw masy, a na tym wszystkim, pod masą cukrową był krem maślany. Jest on konieczny by masa się nie odbarwiała od wilgoci kremu do przełożenia.

Drugi tort powstał w misce ok. 3 litrowej, a na spód upiekłam biszkopt genueński w 30 cm tortownicy w proporcjach na 20 cm tortownicę. Dzięki temu biszkopt był idealnie okrągły i cienki.

Trzeci tort to była smakowa porażka. Skorzystałam z przepisu Anny Olson na tort z białą czekoladą, ale wyszedł tak słodki, że nie dało się go jeść. Nie będę więc podawać przepisu, a tylko link do niego.

Krem maślany

Składniki:
3 białka
140 g cukru drobnego
50 ml wody
250 g masła, bardzo miękkiego
aromat waniliowy/laska wanilii

Przygotowanie: Masło ucieram z wanilią, żeby było puszyste. Potem szykuję bezę włoską. W oddzielnej misce ubijam białka, a w rondelku gotuję syrop z wody i cukru, aż osiągnie temperaturę 115 stopni Celsjusza (przydaje się tutaj termometr cukierniczy lub wprawne oko - tutaj). Powoli wlewam do prawie ubitych białek syrop, cały czas ubijając. Gdy wleję cały, ubijam ok. 10-15 minut na wysokich obrotach, do momentu, aż beza osiągnie temperaturę pokojową. Wtedy po łyżce dodaję masło, dalej miksując, teraz jednak na średnich obrotach.

Ten krem idealnie nadaje się do sklejania różnych warstw czy dekoracji. Można go też zabarwić, najpierw barwiąc masło wybranym barwnikiem. Konieczny jest też do oddzielenia innych kremów na bazie śmietany czy jogurtu od lukru i barwników. Inaczej wyjdą nam zacieki.

Krem cukierniczy di Luca Montersino

Składniki:
100 g żółtek (zwykle ok. 6 szt.)
100 g cukru drobnego (6 łyżek)
wanilia lub inny dodatek smakowy
11,5 g skrobi kukurydzianej (można zmieszać pół na pół ze skrobią ryżową) (nie bardzo czubata 1 łyżka)
260 ml mleka pełnotłustego (ale używałam też wszelkich innych)
75 ml kremówki (czasem jak zabrakło mi kremówki, dawałam mleko skondensowane niesłodzone, albo samo mleko, dolewając po prostu te 75 ml mleka)

Przygotowanie: Mleko z kremówką podgrzewam powoli w garnku. W tym czasie żółtka ubijam z cukrem i dodatkiem smakowym. Gdy mam już puszystą, jasną masę przesiewam skrobię i delikatnie ubijam przez ok. 1 minutę. Mleko doprowadzam do wrzenia. I tutaj zaczyna się magia. Ogień zmniejszam na malutki, a żółtka wlewam na gotujące się mleko. Nie mieszać!!! Żółtka zostają na górze. Gotuję tak przez ok. 1 minutę, aż mleko zacznie wychodzić bokami (trzeba pilnować wysokości ognia - musi być naprawdę malutki). Po tym czasie trzepaczką mieszam kilka razy, wyłączam ogień i mieszam dalej, aż uzyskam jednolitą konsystencję. Potem szybko schładzam przekładając do miseczki, którą wkładam do większej wypełnionej lodem i zimną wodą. Krem przykrywam posmarowaną masłem folią, tak by dotykała powierzchni kremu. Nie zrobi się wtedy kożuch.

Wiem, że ta metoda jest daleka od tej tradycyjnej, gdzie żółtka gotuje się z mlekiem, cukrem i skrobią, długo ubijając i modląc się by się nie ścięło. Ale przy odrobinie odwagi, koncentracji i szybkości udaje się idealnie. Wyszedł mi za każdym razem, a robiłam go już niezliczoną ilość razy. Również do makaroników. Połączony z roztopioną czekoladą, jest doskonały do przełożenia tych piękności.

Przepis dostałam od Eli, a ona od znajomego cukiernika. Dzięki Elu :-)

Biszkopty do tortów zawsze piekę z przepisu Roux. Nigdy mnie jeszcze nie zawiódł. Zwykle dzielę je na trzy części, nasączam albo wybranym alkoholem, albo syropem z herbatą lub kawą. Wszystko zależy od smaków tortu.

Masa cukrowa

4 łyżeczki żelatyny rozpuścić w 70 ml wody razem ze 100 g glukozy (w proszku lub w żelu) w kąpieli wodnej. Nie wolno zagotować! Gdy syrop ostygnie dosypać stopniowo cukier puder. Dobrze jest mieć przygotowane ok. 800 g, ale zwykle schodzi mi sporo mniej. Zagnieść rękami na stolnicy, do uzyskania elastycznego "ciasta".

Barwniki należy dodawać w zależności od ich konsystencji. Barwnik w proszku dodajemy wraz z pierwszą partią cukru pudru (to powinna być mała ilość cukru pudru). Barwniki w żelu, paście lub płynie dodajemy po wyrobieniu masy i podsypujemy cukrem pudrem w zależności od wilgotności barwnika.

Zamiast lub dodatkowo do barwników można dodawać jakieś smakowe dodatki. Najlepiej w proszku, takie jak suszone i sproszkowane skórki cytrusów, owoce ewentualnie kawę. Zastanawiam się nad możliwością dodania kakao, ale tego jeszcze nie sprawdzałam.

Smacznego.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...