Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby i owoce morza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby i owoce morza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lutego 2011

Warsztaty w Makro i co z tego wyniknęło.


Co jest takiego w kuchni i jedzeniu, że tak wspaniale zbliża? Nie raz, w mniejszym lub większym gronie spotkałam się już z podobnymi do mnie Kulinarnymi Maniaczkami. Zawsze były to smaczne, pełne szczęścia spotkania*, których owocem były nie tylko niezwykłe dania, ale i rozszerzenie horyzontów, poznanie nowych osób ... jednym słowem Pełnia Szczęścia.


To czym dzisiaj chcę się z Wami podzielić, to morskie inspiracje jakie w ten weekend przeżywałam. Wszystko zaczęło się w piątek, gdy w Makro spotkało się kilkanaście blogerek na rybnych warsztatach. Pod okiem Grzegorza Kazubskiego najpierw mogłyśmy spróbować smakołyków, jakie specjalnie dla nas przygotowała ekipa z Makro Centrum HoReCa. Przechadzając się z talerzykami w jednej ręce, w drugiej zaopatrzone w aparaty, poznawaliśmy się, rozmawiając o gotowaniu, o początkach naszych blogów, o kulinarnych atrakcjach.

Dalej było to co takie Szalone Babeczki jak my lubią najbardziej. Nauka i wspólne gotowanie. Po lekcji filetowania, wyboru świeżej ryby, stanęłyśmy na stanowiskach kuchennych dobrane w pary. Siekanie i mieszanie, a w między czasie oczywiście zdjęcia. Gdyż to od nich wszystko się zaczęło i na nich skończyło, a i każda z nas chciała uchwycić te radosne chwile kucharzenia pod okiem doświadczonych szefów kuchni.


A cóż takiego ugotowałyśmy, zapytacie?

Najpierw na talerzach pojawił się stek z łososia podany na jaśminowym ryżu z pomidorową salsą ukrytą w zblanszowanej osłonce fenkuła. Ciekawie cięte filety, tak by uzyskać stek o wdzięcznej nazwie "butterfly" zgrillowałyśmy na patelni, wcześniej oczywiście na 10 minut odstawiając posmarowane olejem, doprawione solą, pieprzem i brązowym cukrem, by w tym czasie ugotować na parze ryż i zrobić aromatyczny dodatek z warzyw. Potem z dumą prezentowałyśmy nasze dzieła, zajadając je i dzieląc się spostrzeżeniami.

I tak nadszedł czas na danie, które stanowczo stało się moim faworytem. Wiadomo, łosoś zawsze jest wspaniały, tym bardziej jak towarzyszą mu warzywa z egzotycznym akcentem, ale halibut to moja najbardziej ukochana ryba. Ugotowane na parze filety z halibuta z dodatkiem pietruszki, koperku i natki z kopru włoskiego oraz obowiązkowo z plasterkiem imbiru podane zostały na fantazyjnie wyciskanym puree z ziemniaków i groszku ze zblanszowanymi marchewkowymi płatkami i ostro-słonym sosem. Dodałabym jeszcze do niego papryczkę chilli, ale i bez tego dodatku wraz z Gospodarną Narzeczoną zajadałyśmy się ze smakiem naszym dziełem.

To był wspaniały czas. Aż nie chciało się nam wychodzić, rozstawać się, ale czas się kończył, a wieczór zapadł. Te rybne ekscesy jednak nie mogły się tak szybko zakończyć. Po ustaleniach z Poleczką i Oczko postanowiłyśmy sobie zrobić "wspólne" gotowanie w sobotę, by znów poczuć ten wspaniały nastrój wspólnego kucharzenia.

Po kilku mailach decyzja zapadła. Skoro Polcia w Anglii, a my w Polsce, skoro wszystkie trzy na ryby miałyśmy chętkę, a do tego zima trzyma nas w silnym uścisku, na stole musiało pojawić się kedgeree, danie angielskie o indyjskim rodowodzie.


Krewetki, wędzony łosoś i ryż basmatii kupiłyśmy z Oczko jeszcze w piątek w Makro, wychodząc z warsztatów. Zaopatrzone przez organizatorów w świeże zioła, na drugi dzień za kuchenne szaleństwa mogłyśmy się zabrać. Niestety wirus jakiś paskudny Polcię do łóżka położył, ale my z Oczkiem tak ciepło o niej myślałyśmy, że na drugi dzień i ona tym wspaniałym daniem mogła się delektować.


Oczywiście najpierw za aromatyzowanie bulionu się zabrałyśmy. Domowy bulion z kurczaka z zamrażalnika wyjęłyśmy, by po jego zawrzeniu łososia, a później doskonałe krewetki w nim ugotować, z obowiązkowym dodatkiem tymianku i szafranu. Ryż na zeszklonej szalotce i czosnku najpierw się podsmażył, by potem zalany został rybnie aromatyzowanym płynem. Zostało jeszcze tylko jajeczka przepiórcze ugotować na półmiękko, cytrynę w cząstki pokroić i tylko czekać, by wszystko połączyć.


Jak na moje i Oczka gotowanie przystało, najpierw musiałyśmy nosy i palce niemalże odmrozić, w czasie sesji foto na zmrożonym balkonie, gdzie światło tak pięknie nam grało. I nawet pomimo przejmującego chłodu, w najróżniejsze kadry się bawiłyśmy, fotografując jedzenie, siebie nawzajem i wszystko dookoła. Zima jednak nie była nam straszna, skoro wiedziałyśmy, że zaraz usiądziemy do stołu, zjemy aromatyczny ryż, delikatne płatki łososia, mięsiste krewetki i zaokrąglające wszystko przepiórcze jajeczka, wszystko skropione sokiem z cytryny. Deser już nasz poznaliście, a naleweczka agrestowa wygnała z naszych ciał resztki chłodu.

I tak blogowe gotowanie przedłużyło się smakowicie. Ale gwarantuję, że to nie koniec najprzyjemniejszych z możliwych spotkań i relacji z nich. W końcu życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie przyjemności ... oczywiście z zachowanie odrobiny rozsądku w tle :-D


Inne relacje z warsztatów znajdziecie u Oczka, Krokodyla, Hani-Kasi, Grace, Kolcia oraz Shinju.

* o których możecie poczytaj tutaj i kolejne spotkania na trasie Warszawa-Toruń-Warszawa, i oczywiście jeszcze tu, tu też, tam i tutaj, oraz wielu, wielu innych :-)


Szykowne kedgeree Gordona

Składniki (dla 4-6 osób):
700 ml bulionu z kurczaka lub rybnego
kilka gałązek tymianku
szczypta szafranu
250 g lekko wędzonych filetów z łososia bez skóry
200 g surowych krewetek tygrysich, obranych i oczyszczonych
2 łyżki oliwy z oliwek
2 szalotki, drobno posiekane
kilka kawałków masła
1 łyżeczka łagodnego curry
350 g ryżu basmati
12 jaj przepiórczych o temperaturze pokojowej
garść posiekanej pietruszki
cząstki cytryny do dekoracji

Przygotowanie: Wlej do rondla bulion, dodaj tymianek, szafran oraz po szczypcie soli i pieprzu. Zagotuj i powoli zanurz w wywarze filety z łososia. Gotuj je 4 minuty, a następnie wyjmij delikatnie łyżką durszlakową. Włóż do wywaru krewetki i gotuj przez 2 minut, aż stwardnieją i przestaną być błyszczące. Wyłów krewetki i połóż obok łososia. Przykryj folią aluminiową, by nie wystygły.
Przecedź wywar i wyrzuć gałązki tymianku. Wstaw rondel na ogień, wlej oliwę. Zeszklij szalotki, doprawiając je solą i pieprzem. Dodaj masło i curry. Mieszaj 2 minuty, potem wsyp ryż i smaż kilka minut. Wlej bulion, zamieszaj i zagotuj. Przykryj rondel i gotuj na małym ogniu przez 10 minut. Po tym czasie wyłącz ogień i zostaw nie odkrywając na 5 minut.
W tym czasie ugotuj jaja w małym rondlu przez 3 minuty. Odcedź i przepłucz zimną wodą. Obierz jajka i przekrój na pół. Spulchnij ryż widelcem i sprawdź jego doprawienie. Można też dodać łyżkę
masła. Podziel filety łososia na duże kawałki i dodaj do ryżu wraz z krewetkami oraz większością posiekanej pietruszki. Delikatnie wymieszaj. Rozłóż na płaskie talerze, udekoruj połówkami jajek, pozostałą pietruszką i połówkami jajek. Podawaj od razu.

Źródło: Gordon Ramsay "Szef kuchni po godzinach"

Moje poprzednie kedgeree w wersji warstwowej znajdziecie tutaj.

Smacznego.

poniedziałek, 13 września 2010

Co ma komiks do obiadu?


Już tłumaczę i bynajmniej nie chodzi mi o czytanie komiksów przy obiedzie. Znacie Asteriksa?

Jeśli tak, to pewnie pamiętacie Ahigieniksa. Sprzedawcę zawsze śmierdzących ryb, które przydawały się li tylko, aby tłuc rzymian i biednego Kakofoniksa. Niestety ta postać z komiksu towarzyszyła mi przez większość chwil, gdy wchodziłam do sklepów rybnych lub podchodziłam do takowych stoisk w marketach. Nieznośny zapach odstręczał od podejścia do nich, a jeśli nawet nie on jako pierwszy odrzucał, to był to z pewnością widok marnych ochłapów, przyozdabianych najróżniejszymi rekwizytami (jak sztuczne owoce czy atrapy sieci lub wodorostów), ułożone tylko chyba po to, by ukryć jak zły towar się sprzedaje. Nic jednak nie ukryje braków w jakości, gdy wyjmowałam najlepszy jak się wydawało kawałek łososia, a on powalał (bynamniej nie w sensie pozytywnym) swoim zapachem, gdy kładłam go na patelnię. Dwa razy dałam się tak nabrać w osiedlowym sklepie rybnym i powiedziałam "Koniec!"


Niestety to również oznaczało koniec zajadania się moimi ulubionymi przysmakami chyba, że miałam czas by jechać do dalekiego Makro lub Almy, albo jeszcze dalszego Piotra i Pawła. Myślałam, że sytuacja pozostanie już tak beznadziejna, aż niedawno, dzięki czytelniczce mojego bloga odkryłam wspaniały sklep rybny. Świeże, wręcz doskonale filety czy całe ryby, bardzo miły i co ważniejsze uczciwy sprzedawca, który nie tylko podpowie, co do danej potrawy będzie najlepsze, ale i poradzi, w jakiej temperaturze piec i po jakim czasie wyjąć, by rozkoszować się wybornym i wilgotnym mięsem ryby. Pełnię szczęścia uzupełnia jeszcze odległość. Wystarczy krótki spacerek czy to z domu czy to z pracy i z torebką pełną smakołyków wracam, obmyślając jak wyeksponować i nie zagłuszyć wybornego, naturalnego smaku morskich przysmaków.

Przy okazji festiwalu rybnego, jaki urządziłam nam w domu, jeszcze raz mogłam zobaczyć jak to moja Briczolla za rybami wariuje. Wystarczy wyjąć rybę z lodówki, a już po chwili kicia siedzi w drzwiach i PATRZY. A wzrok ma tak wymowny, że muszę się bardzo pilnować, aby nie rzucić jej kawałeczka. Jednak już przy fotografowaniu* potrawy kicia pokazuje na całego swoje zainteresowanie i przy okazji niezadowolenie z pominięcia w rozdawaniu przysmaków. Pakuje się na blat czy stołeczek i w czasie, gdy ja łapię kadry ona przymierza się do parującej rybki. Śmiechu jest przy tym co nie miara :-)


Nie tylko jednak kicia ostatnio szalała ze szczęścia. Wiadomo, że gdy kupuje się ogromne ilości ryby, a do tego są to całe filety, z czego tylko grube części obsmażane lub pieczone w piekarniku zapełniały nam brzuszki w czasie obiadów, z pozostałych części filetów trzeba przygotować jakieś smakowite potrawy, np. rybne dukaty**. Skoro więc na stole pojawiły się w sobotnie popołudnie takie rybne kotleciki nie mogło zabraknąć jeszcze jednego ... tak! frytek!

A nie ma większego ich miłośnika nad mojego męża. Od czasu dostania frytkownicy broniłam się przed jej używaniem ... choć sama nie wiem dlaczego. Jakoś zakodowane stereotypy nie pozwalały rozkoszować się chrupkimi z zewnątrz i mięciutkimi w środku frytkami ... a tymczasem dobrze przygotowane potrawy smażone w głębokim oleju wcale ani tłuste ani nie zdrowe być nie muszą. Wiadomo, że nie jest to dieta codzienna, ale czemu od czasu do czasu nie zrobić sobie przyjemności. W końcu w jedzeniu nie tylko o zaspokojenie głodu chodzi, ale przede wszystkim o tą rozkosz, jaką czujemy, gdy na podniebieniu i języku rozlewają się najróżniejsze smaki i o to niezwykłe ciepło, gdy patrzymy jak ukochana osoba ze szczęściem wymalowanym na twarzy delektuje się posiłkiem.

I na koniec tego worka przyjemności jeszcze mały deser, który znika szybciej niż trwa pójście po aparat. Chipsy. Dwa ziemniaczki super cienko pokrojone i na chrupko usmażone .... mmmm to dopiero była przyjemność.

Dzięki Karolino za wyborną inspirację, a czytelniczkę mojego bloga, Małgosię, która była tak wspaniała i w marcu mailowo podzieliła się sekretem istnienia tego sklepu wirtualnie ściskam i wielkie całusy przesyłam :**

* dziś też na Gospodarnym Szczęściu dowód miłości mojej kici do domowego chleba. Wie zwierzak co dobre :-)
** patrz ciekawa dyskusja o kotlecie w komentarzach u Karoliny ;-)

Sklep Frutti di Mare
ul. Dereniowa 6
Warszawa
(spacerkiem 5-10 minut od Metra Imielin).


A teraz zapraszam na przekrój rybnych propozycji:

Limonkowa ryba z limonkowym ryżem

Składniki:
Filety z okonia morskiego na 4 osoby (zwykle biorę po ok. 20 dag ryby na osobę)
sok z 2 limonek (skórka z limonek użyta do doprawienia ryżu)
1 łyżeczka sosu sojowego
olej w orzeszków ziemnych
pieprz kolorowy

Przygotowanie: Rybę zamarynowałam w soku z limonek i sosie sojowym przez min. 30 minut. Przed pieczeniem nagrzałam piekarnik do 185 stopni Celsjusza i cienko posmarowałam rybę olejem. Piekłam w naczyniu do zapiekania (wysoko w piekarniku by uzyskać efekt karmelizacji na wierzchu ryby) przez ok. 10-15 minut (czas zależny od wielkości porcji, zasadniczo ryba powinna dawać łatwo się oddzielać na płatki, ale wciąż być soczysta).

Podałam z taką szybką wariacją na temat pilawu: ryż z fasolką, dymką i skórką z limonki. Ryż (odmiana ribe, która gotuje się na sypko, ale nie za bardzo ;D) ugotowałam w podwójnej ilości wody w stosunku do objętości suchego ryżu z kawałkiem trawy cytrynowej, a na ostatnie 6 minut dorzuciłam mrożoną fasolkę, by ugotowała się z ryżem. Trzeba pilnować, czy ryż nie potrzebuje więcej wody. Potem na patelni podsmażyłam szybko białe części dymki, wrzuciłam ryż z fasolką, dodałam skórkę z limonek, zielone części dymki, sól i pieprz i odrobinę oliwy.

Maślany okoń w dwóch orientalnych wariantach

Składniki:
Filety z okonia morskiego na 4 osoby
sól i pieprz
dobre, nie! najlepsze (!) masło i odrobina oliwy

Przygotowanie: Kawałki okonia z grubszej* części filetu posoliłam i popieprzyłam. Dużą patelnię porządnie rozgrzałam i dopiero wtedy wlałam na nią łyżkę oliwy i włożyłam kawałek masła. Jak masło się rozpuściło, zmniejszyłam ogień do średniego włożyłam rybę (po 2 kawałki na raz, by za bardzo nie ostudzić patelni) i smażyłam po kilka minut z każdej strony, aż ryba była usmażona, ale soczysta. Można to wyczuć pod palcem, ale jak ktoś nie ma wprawy, to można sprawdzić widelcem czy płatki się oddzielają, a mięso ryby nie jest już przezroczyste.

Na koniec zrobiłam dwa warianty dania:
Jeden: rybę zdjęłam z patelni, wlałam kieliszek wermutu i łyżkę chutney'u z mango. Wymieszałam, zredukowałam i taki sos wlałam do przygotowanego już kuskusu, wymieszałam. Rybę ułożyłam na kuskusie w towarzystwie ugotowanej fasolki posypanej sezamem.
Drugi: osobno ugotowałam makaron soba, wymieszałam go z olejem sezamowym i posiekaną dymką. Podałam ze zwykłą sałatą, choć lepsza była by pewnie chrupka pekińska, doprawiona pieprzem.

* Cieńsze kawałki filetu (te od brzuszka) upiekłam w papilotach z wermutem, sokiem z cytryny, estragonem, solą i pieprzem przez 15 minut w 180 stopniach Celsjusza i zużyłam do kotlecików rybnych (patrz niżej).

Niestety tej maślanej rybki nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Raz, że w tamte dni spieszyliśmy się ogromnie z mężem do innych spraw, stąd też takie szybkie dania na obiad, a dwa, że była wtedy paskudna pogoda, deszczowo i pochmurnie, a bez dobrego oświetlenia to zdjęcia wychodziły fatalne. Jednak chociaż w piśmie nie mogłam nie utrwalić sobie w pamięci tamtych wybornych obiadów :-)

Co do źródła tego przepisu to nie ma go, albo raczej jest ich zbyt wiele by wymienić. Ryba podsmażona na maśle to sztandarowe danie francuskie, ale i w polskich starych książkach kucharskich nie raz można ją spotkać. A dodatki to już czysta fantazja.

Kotlety rybne vel dukaty

Składniki:
250 g puree ziemniaczanego (bez dodatku mleka i masła)
300 g upieczonej w wermucie i estragonie ryby (tym razem okoń morski), podzielonej na płatki
200 g wędzonego pstrąga (uwaga na ości!), podzielonego na płatki
1/2 pęczka dymki, drobno posiekanej
1 jajko, rozbełtane
sól i pieprz
mąka, 2 jajka i bułka tarta na panierkę

Przygotowanie: Wymieszałam wszystkie składniki i doprawiłam solą i pieprzem. Masę odstawiłam na 1 godzinę do lodówki, by stężała. Formowałam raczej większe kotleciki (4 większe, 3 średnio-małe), obtaczałam je w mące, potem jajku, potem bułce tartej, potem znów w jajku i znów w bułce. Odkładałam na talerz, aż przygotowałam wszystkie.
Smażyłam je w głębokim oleju we frytkownicy w 180 stopniach Celsjusza przez ok. 5 minut (aż się zbrązowiły). Na drugi i trzeci dzień odgrzewałam je w piekarniku, choć można również przez 1-2 minuty we frytkownicy (180 stopni).

Podałam je z frytkami i obłędną mieszanką sałat od rewelacyjnego Pana Sałatki, ale o nim innym razem.


Źródło: Zmysły w kuchni

Frytki

Składniki:
ziemniaki
olej słonecznikowy
sól

Przygotowanie: Ziemniaki obrałam i pokroiłam (ja wolę grubsze - chrupkie z zewnątrz, w środku jeszcze miękkie, "ziemniaczane", a mój Ukochany woli cieńsze, przez to bardziej chrupkie i wysmażone również w środku). Potem dokładnie je umyłam w zimnej wodzie, by zmyć z nich skrobię. Odcedziłam i wysuszyłam, aż były absolutnie (!) suche (inaczej nie tylko olej będzie pryskał, ale i same frytki zamiast się smażyć, uduszą się w parze wodnej, jaka wokół nich powstanie, posklejają się i nasiąkną olejem).
Sekretem frytek jest smażenie ich dwukrotne. Raz w oleju o temperaturze 160 stopni Celsjusza przez 4-5 minut (na tym etapie można sprawdzić czy wystarczy im czasu wkładając nóż we frytkę - jeśli czubek noża wchodzi bez problemu, znaczy że mają dość). Potem należy je przekładać na ręczniki papierowe by odciekły i wystudziły się. Następnie smażymy je w 180 stopniach przez ok. 5-7 minut. Wykładamy na ręcznik papierowy, żeby odsączyć je z oleju, solimy i podajemy.

Są również inne warianty temperaturowe smażenia frytek - 120-130 stopni Celsjusza przez 7-8 minut, a potem w 175 stopniach przez 2-3 minuty lub jak u Karoliny najpierw w 190 stopniach, potem w 200-210 stopniach, choć muszę przyznać, że trochę obawiam się tak wysokich temperatur tym bardziej, że moja frytkownica teoretycznie nagrzewa się tylko do 190 stopni.

Źródło: Zmysły w kuchni

Poza w/w pozycjami, delektowaliśmy się jeszcze łososiem teriyjaki lub miso albo w takiej sezamowej otoczce albo w takiej prostej formie i w wielu modyfikacjach tego pysznego smaku - ha! niech mi ktoś powie, że ja nie lubię łososia :-)

Chipsy

Składniki:
ziemniaki
olej słonecznikowy
sól

Przygotowanie: Ziemniaki kroimy na cieniutkie plasterki (można nożem, mandoliną lub mikserem), myjemy i dokładnie suszymy. Smażymy do zezłocenia w oleju nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 4-5 minut. Osuszamy na ręczniku papierowym, solimy i zajadamy jak przestygną.

Smacznego.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Pierwsze kroki ... siedmiomilowe.


To było miłe popołudnie kilka tygodni temu. Pisałam już nie raz, że najbardziej ze wszystkiego lubię się uczyć. Tak wiem, że brzmi to dziwnie, ale kiedy staję przed czymś dla mnie nowym, a w całym ciele czuję to uczucie oczekiwania, te motylki w brzuchu, wiem że zaraz wydarzy się coś ciekawego. I zwykle się dzieje.


Tamtego dnia z lodówki wyjęłam całego sandacza, dzień wcześniej "wyłowionego" w sklepie. Oczyszczony już wprawdzie, ale wciąż cały czekał na moje pierwsze w życiu filetowanie. Nóż naostrzony, deska przygotowana, ja uzbrojona w wiedzę z najróżniejszych filmików - można było zaczynać. I ... i myślałam, że będzie to trudniejsze. Prawdą jest, że sandacz ma, jak to na drapieżnika przystało, twardą skórę, ale nie był to problem z którym porządnie naostrzony nóż by sobie nie poradził. Za to przyjemność ze zrobienia czegoś po raz pierwszy była bezcenna.


Od tamtego czasu nie kupuję już prawie filetów, znacznie wyżej ceniąc sobie całą rybę, tym bardziej że z tego co zostanie mogę ugotować wyśmienity bulion, a potem choćby smakowitą bouillabaise. A co ważniejsze, zawsze wiem że kupuję świeżą rybę. Po filecie nie zawsze pozna się na pierwszy rzut oka kiedy jeszcze rybka pływała w wodzie, a gdy widzę całą rybę, jej czerwone skrzela, niewielką ilość śluzu na skórze i jasne, wypukłe oczy, wiem, że kupuję świeżą sztukę.

A potem? Potem już tylko trzeba smakowicie ją przyrządzić. Tamtego dnia sandacz skąpał się w sosie kokosowym, aromatycznym, choć delikatnym by nie przytłumić całkowicie smaku ryby. Delikatny ryż basmati, kilka kropel soku z cytryny, garstka liści kolendry i już jedliśmy wyborny, lekko korzenny obiad, który przeniósł nas do ciepłych, tak urozmaiconych kulinarnie Indii. Takie to były moje pierwsze kroki, które okazały się siedmiomilowymi.


Ryba w mleku kokosowym

Składniki:
1 (do 2) łyżek oleju arachidowego (lub innego)
1/2 łyżeczki nasion gorczycy
4 goździki
6 strączków zielonego kardamonu, lekko zmiażdżonych
1 duży kawałek kory cynamonu
1 mała cebula, drobno posiekana
5 cm kawałek świeżego imbiru, obrany i grubo pokrojony
2 duże ząbki czosnku
1 łyżeczka mielonej kolendry
300 ml mleka kokosowego
2-4 zielone papryczki chilli, w całości (ja dałam szczyptę płatków suszonego chilli)
100 ml wody (nie dałam, było wystarczająco dużo sosu)
500 g filetów białej ryby o zwartym mięsie, pokrojonych w duże kawałki
10 liści curry
3/4 łyżeczki garam masala
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Do podania:
2-3 łyżeczki soku z cytryny
50 g posiekanej świeżej kolendry

Przygotowanie: Rozgrzać na patelni olej arachidowy, włożyć gorczycę, goździki, strączki kardamonu i cynamon i smażyć, mieszając, przez 20 sekund. Dodać połowę cebuli i smażyć 4-5 minut, aż zmięknie. Tymczasem umieścić resztę cebuli, imbir, czosnek i mieloną kolendrę w blenderze, wlać 100 ml mleka kokosowego i zmiksować na gładką pastę. Przełożyć pastę do przypraw z cebulą, dodać papryczki, posolić i zamieszać. Przykryć pokrywką i gotować na małym ogniu 12-15 minut, od czasu do czasu potrząsając rondlem. Dodać resztę mleka kokosowego, wodę, liście curry, garam masalę i kawałki ryby, doprawić pieprzem i podgrzewać 3-5 minut, aż ryba będzie ugotowana. Przed podaniem dodać sok z cytryny i świeżą kolendrę, wymieszać. Podawać z cytrynowym ryżem - ja podałam po prostu z basmati, doprawionym nutą kardamonu.

Źródło: Program na kuchni.tv. "Łatwa kuchnia indyjska"

Smacznego.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Kicia i Kocia Ciocia.


Dziś będzie o mojej kici, Briczolli. Ja wiem, że to blog kulinarny i od razu wszystkich uspokajam - pasztetu z niej nie zrobiłam :-D, za to towarzyszkę - kuchenną i nie tylko - mam z niej wspaniałą.


Zwykle leży na poduszce na parapecie lub na krzesełku pod stołem, a gdy smakowite zapachy do niej dobiegają nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, jest przy nogach, ociera się i mruczy. Kiedy na balkonie kadry łapię, ona to podgryzie jakiś zwisający frędzel, to wespnie się powąchać co tam ciekawego jest na stołeczku i tym sposobem obok niezliczonych już zdjęć jedzenia, mam pokaźną kolekcję kocich kadrów. Taką atencję jednak do niedawna wykazywała tylko względem mnie lub jej PANA*.


Ostatnio jednak, gdy przychodzi Ciocia Oczko, Briczolla popatruje ciekawie co tym razem szalonej ciotce do głowy skoczy. Czy w paparazzi się będzie bawić, czy pomizia po futerku czy może jakimiś smakołykami nakarmi? Nie muszę mówić, że ta ostatnia opcja jest ulubiona, ale i pierwsza wywołuje coraz żywsze zainteresowanie. Początkowo kicia ignorowała całkowicie wszelkie próby zrobienia jej zdjęcia, skutkiem czego można było jej cyknąć dobrą setkę zdjęć ... tej samej pozycji. Z czasem jednak zaczęła coraz bardziej interesować się co to czarne pudełko robi, tym bardziej że Kocia Ciocia najróżniejsze, czasem wręcz karkołomne pozycje przybiera, aby te fotki zrobić.


I tak kilka dni temu razem z Oczko obfotografowałyśmy nasz obiadek, a Briczka siedziała to na parapecie, to w kącie balkonu, popatrując na nas z miną pełną pobłażliwego zaciekawienia**. Aż zastanawiałam się co jej w główce siedzi. Czy myśli nad tym co te dwie szalone, dwunożne i łyse (łyse z punktu widzenia kota, of kors) baby robią nad tą miseczką smakowicie pachnącej rybki, zamiast ją zjeść? Czy też może wszystko rozumie i tylko w pełnej zwątpienia co do naszych zdrowych umysłów pozie, czeka aż wyszalejemy się cykając dziesiątki zdjęć?


Tak czy siak, potem przychodzi czas obiadu. Mój Ukochany wraca z pracy, ja nakładam ryż i rybę na talerze, wszyscy zanosimy talerze i kubki z herbatą na stół. Kilka pierwszych kęsów, kilka pierwszych słów i ... i dzieje się rzecz niesłychana. Kicia, która jeszcze nigdy nikomu poza nami nie dała się wziąć na kolana, sama wskakuje na kolana Oczka. Czy to ta rybka taką ją skusiła? Być może. Niezwykle aromatyczna, lekko kwaskowata dzięki tamaryndowcowi i pomidorom, uzupełniana słodyczą zeszklonej i uduszonej cebuli oraz z wyraźnym, lekko gorzkawym smakiem kozieradki. Ryba w tym gęstym, oblepiającym sosie smakowałaby równie doskonale zawinięta w pitę, z porcją chrupkich warzyw, przegryzana na pikniku.

A Briczolla? Nie, nie dostała nic z talerza***, za to głaskaniom i mizianiom nie było końca. Tak to może zaskoczyć i wywołać wiele śmiechu koci domownik, gdy w kimś znajdzie sobie Kocią Ciocię ;-)


* Mój Ukochany jest niezaprzeczalnie najukochańszym PANEM przez same duże litery, a to dlatego że bezustannie wykazuje się niezachwianym uwielbieniem, wręcz ubóstwieniem dla kici :-) Znacie ten kawał ... Myśli sobie pies "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszą być bogami", myśli sobie kot "Głaszczą mnie, karmią mnie, bawią się ze mną - muszę być bogiem" :-D
** kto ma kota ten wie jak to kot potrafi patrzeć się na innych z charakterystyczną, kocią wyższością :-), a kto nie ma niech poogląda o kocie Simona.
*** poza kupowaną u weterynarza specjalną karmą niestety nie może nic innego jeść.


Łosoś ala po keralsku

Składniki:
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka nasion gorczycy
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 łyżka drobno posiekanego czosnku
2 małe cebule, posiekane w piórka
10 liści curry (suszone)
szczypta płatków chilli
szczypta kurkumy
1 strączek czarnego tamaryndowca
1 puszka pomidorów, zmiksowanych
duża szczypta mielonych nasion kozieradki
750 g dzwonków łososia (może być inna ryba, najlepiej bez skóry i ości)
sól do smaku

Przygotowanie: Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam gorczycę, przykryłam pokrywką i smażyłam 20-30 sekund, aż zaczęłam strzelać. Dodałam imbir, czosnek, cebulę i liście curry, i smażyłam 2-3 minuty, stale mieszając, aż czosnek i cebula się zrumieniły. Zmniejszyłam ogień, dodać chilli i kurkumę. Dokładnie wymieszałam i smażyłam, aż przyprawy zaczęły pachnieć. Wlałam zmiksowane pomidory, wsypałam kozieradkę, wrzuciłam strączek tamaryndowca, wymieszałam i włożyłam ryby, przykrywając je sosem. Patelnię przykryłam pokrywką i dusiłam na malutkim ogniu ok. 10-15 minut (zależnie od wielkości, u mnie 15 bo dzwonka były duże). Po tym czasie wyjęłam dzwonka z sosu, zdjęłam z nich skórę, wyjęłam ości i podzieliłam na duże kawałki. Łososia włożyłam do sosu, wyłączyłam gaz i zostawiłam pod przykryciem na ok. 1 godzinę (jeśli sos jest zbyt płynny, należy go odparować przed włożeniem do niego znów ryby). Po tym czasie ryba powinna przejść już mocno smakiem sosu. Można ją delikatnie podgrzewać, ale nie za gwałtownie by ryba nie stała się sucha. Podałam z ryżem basmati.

Oryginalny przepis nie zawiera pomidorów, ma inne proporcje składników i inny sposób przygotowania od momentu dodania ryby. Link poniżej.

Źródło inspiracji: Program na kuchni.tv: Łatwa kuchnia indyjska 2

Smacznego.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Uwaga paparazzi!


Trochę ponad tydzień temu dzień wietrzny, ale ciepły nastrajał optymizmem do odnalezienia wiosny. Wybrałyśmy się więc z Oczkiem z aparatami pod pachą tropić wiosnę. A co wytropiłyśmy?



W oczekiwaniu na przybycie Oczka, siedząc wygodnie na dębowym blacie zajadałam granolę wymieszaną z jogurtem. Pachniało mi kardamonem, cynamonem i imbirem, słodko było od lipowego miodu i żurawin, ziemiście, czasem nawet lekko gorzkawo od nasion wszelakich. Sił to śniadanie dodało mi co nie miara, ale nawet mimo sił, mimo optymizmu wielkiego wiosny tamtego dnia wiele nie wytropiłyśmy. Pączki jeszcze niemrawe, trawa też jeszcze bardziej brązowo-szara niż zielona, tylko niebo jasne i błękitne świadczyło, że Pani Wiosna otwiera już oczy. Nawet bielutki kot sąsiadów na parapecie już usiadł, ciepełko z pierwszego tchnienia wiosny czerpiąc, na nasze szklane oczka się wystawiając.



Zmęczone ogromnie po długim spacerze, odwiedzeniu orientalnych sklepów, najpierw szybki lunch, znów siedząc na kuchennym blacie, sobie zrobiłyśmy. Kilka plastrów wytrawnego keksu, w którego neutralnym cieście skryły się smakowite marchewki i groszek, by z wyrazistych przypraw czerpać dodatkowe smaki. A potem? Potem znów polowanie. Kadr tu, kadr tam, ujęcie tak, a może inaczej.



Nic nie umykało przed naszym cykaniem. Cyk, cyk, cyk i kolejne zdjęcia zapisane w pamięci. Nie znalazłyśmy tego dnia Wiosny na dworze, to prawda. Jednak w azjatyckim sklepie udało się nam jej namiastkę zakupić. Malutka kuleczka w kubku pełnym ciepłej wody w piękny kwiat się zamieniła, uwodząc nas swoim czarem niesłychanie. I znów kolejnym zdjęciom końca nie było. Nawet siebie wzajemnie uwieczniałyśmy, śmiejąc się z nas, paparazzich.



I tak popołudnie nas zastało. Szyki więc obiadek trzeba było zrobić. Krótko upieczony łosoś, w najprostszy z prostych sosów został przyobleczony, różowy od wyśmienitego, orzeźwiającego wina, na łóżeczku z aromatycznego basmati, z pięknie zieloną sałatą w iście wiosenny obiad się przemienił. Tym razem jednak ja poległam już na polu fotograficznych bitew. Na tle toskańskiej ściany czy na balkonowym parapecie to Oczko kolejne kadry łapała, ja w tym czasie na talerze kolejne porcje obiadu układałam.



I tak z tej współpracy albumik nam się stworzył. Trochę jedzenia i trochę trunków*, trochę kotów i odrobina wiosny. A moja kicia? No cóż, Briczolla na widok paparazzich wypięła się i miała wszystko w tyle ... aż do kolacji :-)


* wieczorem jeszcze obalałyśmy "superrozczarowanie" (klik na Kosę) oglądając "Ucztę Babette", film trochę może zbyt powolny w wyrazie, choć obrazki z czasu szykowania uczty ogromnie mi się spodobały.



Granola
I

Składniki:

350 g płatków owsianych

180 ml. soku jabłkowego

100 g miodu lipowego

3-4 łyżki oleju

2 łyżeczki cynamonu

1 łyżeczka mielonego imbiru

duuuużo kardamonu (chyba ok. 1 łyżki)

szczypta soli

1-litrowy pojemnik nasion i bakalii: pestek słonecznika, pestek dyni, migdałów w płatkach, żurawin, orzechów włoskich, siemienia lnianego, czarnego sezamu)


Przygotowanie:
Wszystkie składniki wymieszać, rozłożyć na dużej blasze na pergaminie i piec w 180 stopniach przez 40 minut, 2-3 razy mieszając wszystko w między czasie.

Źródło inspiracji: do zrobienia granoli zainspirowała mnie
Truskawkowa Ania, która przepis zaczerpnęła z "Nigella Feasts". Za pierwszym razem robiłam dokładnie według jej przepisu, ale trochę mi nie pasowało to zestawienie, więc potem bardzo pozmieniałam proporcje i składniki.

Wytrawny keks z semoliny


Składniki:

165 g semoliny

125 ml jogurtu naturalnego

125 ml wody

ok. 1/2 szklanki warzyw: groszek, pokrojona fasolka szparagowa, marchewka starta na grubej tarce lub marchewki baby (zwykle używam mrożonych warzyw)

2,5 cm korzenia imbiru, starty na tarce

½ łyżeczki kurkumy

sól do smaku
(ja daję ciut mniej niż 1/2 łyżeczki)
3 łyżki oleju arachidowego

szczypta płatków suszonego chili

1 łyżeczka nasion gorczycy

½ łyżeczki nasion kminu

1 łyżeczka ziaren sezamu do posypania

1 łyżeczka kolendry

½ łyżeczki sody oczyszczonej


Przygotowanie:
Nagrzać piekarnik do 200 stopni Celsjusza i natłuścić olejem małą formę do keksu (ja wysypuję jeszcze dno i boki do 1/2 wysokości jasnym sezamem). W dużej misce wymieszać semolinę, jogurt, wodę, warzywa, imbir, kurkumę i sól. Na patelni rozgrzać olej, dodać gorczycę, kmin, sezam, płatki chilli i kolendrę. Prażyć, często mieszając, przez 20 sekund, aż gorczyca zacznie strzelać, a kmin i sezam pachnieć. Wlać olej z nasionami do ciasta, wymieszać. Jeżeli ciasto jest za gęste, dodać odrobinę wody. Dodać sodę, wymieszać i natychmiast wlać ciasto do formy. Posypać sezamem i piec 35-40 minut. Wierzch ma być złocisty, a wyjęty z ciasta patyczek – suchy. Zostawić do wystygnięcia w formie. Doskonałe samo, z jogurtem lub chutney'em.

Źródło:
Program na kuchni.tv "Łatwa kuchnia indyjska"

Łosoś w różowym sosie


Składniki:

oliwa

3 duże dzwonka łososia

1 łyżka soku z cytryny

1 szalotka, drobno posiekana

100 ml. różowego wina

ok. 150 ml. śmietany

sól i kolorowy pieprz


Przygotowanie:
Piekarnik nagrzać do 200 stopni Celsjusza. Naczynie do zapiekania wysmarować oliwą. Łososia umyć, ew. oczyścić, skropić oliwą, cytryną, doprawić solą i pieprzem. Najlepiej jeśli by pomarynował się tak w lodówce od 30 minut do 2-3 godzin. Piec przez ok. 8 minut. W tym czasie przygotować sos. Szalotki lekko zeszklić na oliwie, dolać wino i odparować prawie całkowicie. Dodać śmietanę, zagrzać i gotować przez kilka minut, aż zgęstnieje. Doprawić solą i kolorowym pieprzem.

Smacznego.


Kuchnia Wielkanocna 2010

wtorek, 5 maja 2009

"Jaka ryba na obiad?"



Dawno już wpadła mi w łapki pewna broszurka, ale niestety wtedy o niej zapomniałam. Ostatnio jednak Bea przypomniała mi o niej i zainspirowała do odszukania jej w jednym z pudeł z ciekawostkami. O czym mowa? O ekologicznym poradniku WWF "Jaka ryba na obiad?". Poza uświadamiającym wstępem, pełnym w gruncie rzeczy oczywistych, ale tak często zapominanych ostrzeżeń, dowiedziałam się z niej wiele o rybach ... zagrożonych i tych którym przepołowienie nie grozi, o ich rozmiarach i występowaniu.

Książeczka dzieli sie również z czytelnikiem kilkoma ciekawostkami o niektórych wymienionych w niej rybach. I tak dowiedziałam się o zadziwiającym cyklu życiowym węgorzy, o sposobie wyczuwania ofiar przez sole, czy o łowieniu okoni "na wszystko". Ale co ważniejsze w broszurce podane są informacje o stopniu zagrożenia przepołowieniem poszczególnych gatunków ryb. W najgorszej sytuacji są takie gatunki jak dorsz, halibut atlantycki, łosoś bałtycki niehodowlany, sola, tuńczyk błękitnopłetwy, węgorz czy krewetki tropikalne, ale również mniej mi znane gładzice, rekiny i płaszczki.

Nie o wszystkich gatunkach jednak można z całą pewnością powiedzieć o ich liczebności, a z kolei połowy jeszcze innych są bardzo szkodliwe dla środowiska (o połowie tuńczyków i zagrożeniu delfinów możecie poczytać u Bei). Do takich gatunków należą: homar norweski, krewetka z Morza Północnego, makrela, panga, plamiak, pstrąg potokowy, sieja, sielawa, tuńczyki (poza tuńczykiem błękitnopłetwym) oraz turbot. Te gatunki czasem są zagrożone tylko w niektórych akwenach (jak homar norweski, sieja czy sielawa), a czasem jak w przypadku tuńczyków ich połów zagraża nie tylko ich liczebności, ale i stanowi środowiska czy innym gatunkom, jak delfiny.

Na szczęście dla smakoszy ryb wiele gatunków jest bezpiecznych od przepołowienia, a kupowanie ich nie wiąże się z wyrzutami sumiania, że być może zjadamy ostatniego rekina czy halibuta. Gatunki nie zgarożone przepołowieniem to: czarniak, flądra, karp, łosoś hodowlany (norweski) i pacyficzny, mintaj, okoń, omułek jadalny (hodowlany), pstrąg tęczowy, sandacz z wód słodkich, szczupak, szprot czy śledź.


Nie znalazałam jednak żadnych informacji o jeszcze jednej rybie - morszczuku. A taki to właśnie obiad czas temu niedługi jedliśmy. Pełen aromatów przybliżajacych nam orientalne klimaty sos, spowijał cytrusową rybkę i chrupkie marchewki. Najbardziej jednak zachwyciło mnie połączenie kolendry i kokosa, słodyczy i ostrości, tak smacznie dopełnione przez limonkę.

Teraz kiedy zastanawiam się nad rybą na obiad, zaglądam do ściągawki i wiem już, że soli nie kupię, o sieję poproszę tylko z lokalnych łowisk, a łososia hodowlanego, szczupaka czy śledzia jeść będę z pełną przyjemnością, wypływającą nie tylko z ich wybornego smaku ale i z przekonania, że moje dzieci i wnuki też będą mogły cieszyć się ich smakiem. Dlatego gdy będziecie w sklepie czy na targu, zajrzyjcie do broszurki i zapytajcie się siebie "Jaka ryba na obiad?"

Biała ryba w aromatycznym sosie

Składniki:
60 dag filetu z białej ryby (użyłam morszczuka)
1 łyżka sosu sojowego
2 limonki, sok i skórka drobno starta (skórka do sosu)
1/2 łyżeczki nasion kuminu, ugniecionych w moździerzu

1 łyżka oliwy z oliwek
1 duża cebula, drobno posiekana
3 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki nasion kolendry, świeżo ugniecionych w moździerzu
1 duża marchewka, pokrojona w słupki
1 pomarańczowa papryka pokrojona w kostkę
1 puszkę krojonych pomidorów (400 g.)
150ml mleczka kokosowego
1 limonka, sok i skórka drobno starta
szczypta cukru brązowego
garść natki kolendry, posiekanej

sól i pieprz do smaku
natka kolendry do dekoracji

Przygotowanie: Rybę zamarynowałam w sosie sojowym i soku z limonki przez min. 1 godzinę. Po tym czasie upiekłam w specjalnej torebce foliowej przez ok. 15 minut. Można też ugotować na parze.
Cebulę zeszkliłam na oliwie. Dodałam czosnek i kolendrę wraz ze skórką z limonek (zarówno tych z marynowania ryby, jak i trzeciej, z której sok, później dodałam do sosu) i smażyłam ok. 2 minut do uwolnienia aromatów. Po tym czasie dodałam paprykę i marchewkę i przesmażyłam je przez kilka minut, aż puściły soki. Cały czas mieszałam, by nie przypalić czosnku i przypraw. Dodałam pomidory i dusiłam ok. 10 minut na wolnym ogniu. Dodałam mleko kokosowe, sok z limonki, szczyptę cukru brązowego i poddusiłam przez kilka minut. Już po wyłączeniu ognia dodałam natkę kolendry. Podałam z upieczoną w folii rybą, a na drugi dzień upieczoną rybę pokroiłam w kawałki wielkości sporego kęsa i wrzuciłam do sosu, podgrzewając całe danie. Podałam udekorowane natką kolendry ze świeżo upieczonym chlebem.

Źródło inspiracji: Blog Małgosi "Pieprz i Wanilia"

Smacznego.

sobota, 2 maja 2009

"Nie przesadzać z kaparami"



Słonawy smak łososia, takiż sam smak kaparów, wyrazisty, lekko korzenny wermut, łagodny smak szalotki, wszystko oprószone koperkiem ... gdy jeszcze dołączyły się do tego wstążki makaronu, powstał obiad lekki i aromatyczny, aż trudno mu się oprzeć. Tym trudniej, gdy tak radosne wspomnienia przywołuje ...


Inna kuchnia, inna ja ... obraz sprzed lat. Pierwszy raz kupione kapary i pytanie "Czemu tak mało mam ich dodawać?", a zaraz za tym powstaje przewrotna myśl "Dodajmy ich więcej, tak ładnie wyglądają."

Mina mojego męża (wtedy jeszcze narzeczonego) kiedy jadł ten makaron była bezcenna. Jak nie kochać takiego człowieka, który mimo krzywiącego od słoności makaronu, uśmiecha się i mówi że dałby trochę mniej soli. Wtedy dopiero gotowanie powoli zaczynało sprawiać mi przyjemność, a te słowa sprawiły, że mimo totalnej klęski, zarówno ten obiad, jak i gotowanie w ogóle czy eksperymenty w kuchni wciąż przynosiły mi radość.

Śmialiśmy się z tego obiadu jeszcze długo, a nawet teraz kiedy sobie przypominam tamten dzień, uśmiecham się w duszy i w myślach mam przestrogę "
Nie przesadzać z kaparami".


Tagliatelle z wędzonym łososiem
(3-4 porcje)

Składniki:
2 szalotki, drobno posiekane
100 ml. wermutu (lub białego półwytrawnego wina)
350 g wędzonego łososia, pokrojonego w paseczki
1 łyżka kaparów, odsączonych i posiekanych jeśli są duże
2-3 łyżki koperku, drobno posiekanego
świeżo zmielony pieprz

tagliatelle (można też użyć makaronu paglia e fieno)

Przygotowanie: Makaron ugotowałam w osolonej wodzie. W tym czasie na patelni zagotowałam wermut i lekko go odparowałam. Zmniejszyłam ogień do średniego, dodałam szalotki i ugotowałam je do miękkości. Gdy połowa wermutu wyparowała, dodałam łososia i na dużym ogniu podsmażyłam. Dodałam kapary, makaron i na koniec po wyłączeniu gazu koperek. Wymieszałam i na talerzach doprawiłam świeżo zmielonym pieprzem.

Źródło inspiracji: "Gotowe w 30 minut. 300 pysznych dań na każdą okazję" wydawnictwa Reader's Digest

Smacznego.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Smaczna paleta żywych barw.

Lubię kuchnię japońską za jej minimalizm, za nieskrępowanie inwencji przy jednoczesnej równowadze smaków i składników. Kiedy na blacie pojawiają się typowe dla Japonii przyprawy czy produkty, nie tylko w mojej kuchni zachodzi zmiana. I we mnie powstaje wtedy potrzeba, by dobrać ze sobą smaki, by pamiętać o ich równowadze przy jednoczesnym wydobyciu ich na plan pierwszy. Każdy kęs jedzenia to kolejna zwrotka, każdy składnik dania ofiarowuje zwrot akcji.

Pamiętajmy jednak nie tylko o smakach, gdyż i wygląd jest niezmiernie istotny. W końcu jemy też i oczkiem, prawda? ;-) Stylistyka japońska ma w sobie coś spokojnego. Albo wielość barw, za to tak stonowanych i dobranych do siebie, że prawie szemrzący strumyk przywodzą na myśl, albo minimalna ilość kolorów, za to tak doskonale się uzupełniających, że nawet ostry kontrast nie razi, a nawet daje odpocząć oczom. Kiedy ostatnio zobaczyłam w programie o Japonii, kimono o tak czarnej barwie, że miałam wrażenie jakbym patrzyła w otchłań, a na nim motywy roślinne o ostro pomarańczowych, żółtych i czerwonych kolorach, od razu pomyślałam by przemycić ten piękny widok na talerz.


Jak jednak w kuchni użyć ostrych kolorów i zachować ich nasycenie bez stosowania sztucznych barwników czy mocno przetworzonych kupnych produktów? Okazało sie to wcale nie takie trudne, jak myślałam z początku. Na pierwszy ogień poszła czerń. Kilka tygodni temu zakupiona czarna soczewica i jeszcze wcześniej wynaleziony czarny ryż, pasowały doskonale nie tylko swoją barwą, ale i ciekawym smakiem. Czarna soczewica jest bardziej wytrawna od jej jaśniejszych kuzynek, o przyjemnie twardawych nasionkach, przypominających trochę kawior z bieługi. Stąd też i nazwa soczewicy.


Z kolei czarny ryż Venere jest doskonałym zastępstwem białego ryżu, nie tylko ze względu na odmianę w kolorach, ale i na specyficzną konsystencję, która ogromnie wpływa na smak oraz sposób podania. Ugotowany ryż zachowuje w sobie wiele wody z gotowania, przez co jest napęczniały i wilgotny, a jednak zupełnie nie klejący, gdyż całą wilgoć zachowuje w środku ziaren. Dzięki temu można zjeść go zupełnie samego, bez dodatków żadnych sosów i nie jest ani suchy ani zapychający.

Skoro czerń otchłani kimona już miałam, trzeba było pomyśleć o żywych barwach pomarańczy, karminu i żółci. Ponieważ na kimonie dominował kolor pomarańczowy, tak i ja postanowiłam na nim się skupić. Wybór był prosty. Ulubiony w moim domu łosoś, o wilgotnym i zwartym mięsie, doskonale gdy ma delikatnie zapieczoną skorupkę, otulającą wilgoć soczystego mięsa. Aby dalej pozostać w japońskich klimatach zdecydowałam się na dwie niezwykle smaczne wersje.


Jedna, bardzo tradycyjna - marynata teriyaki, to często stosowane przeze mnie połączenie octu, sosu sojowego i elementu słodkiego, jakim zwykle jest miód lub syrop klonowy. W tym sosie jednak użyty jest karmel, który daje potrawom delikatny dymny posmak. W połączeniu z imbirem tworzy wyborną rozgrzewającą mieszankę.


Druga wersja była, przynajmniej dla mnie, ogromną innowacją. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, by pastę z której normalnie robię pyszną zupę, użyć do marynaty. Ale kiedy kupiłam piękny kawałek łososia, w mojej głowie zaczął się proces "ubierania" go w smaki. W myślach robiłam przegląd szafek i lodówki, a przed oczami miałam korowód słoików, buteleczek, woreczków i puszek. Prawie jak czarodziejka receptura powstawała ta marynata.

Ostatnie saszetki miso z lodówki, trochę octu i wina ryżowego, kilka kropel cytryny, choć tutaj lepsza byłaby limonka, okraszone słodyczą miodu z akacji i wyrazistym smakiem oliwy. Oczywiście, dla bardziej tradycyjnego podniebienia należałoby użyć neutralnego w smaku oleju, ja jednak lubię przemycać do potraw ten lekko maślany posmak oliwek.

Tym sposobem udało mi się stworzyć smaczną paletę żywych barw z pięknego japońskiego kimona.

Łosoś miso (4 porcje)

Składniki:
60 dag filetu łososia, oczyszczonego ze skóry i ości
2 saszetki miso po 18 g.
1 łyżka wina ryżowego mirin
1 łyżka octu ryżowego
1 łyżeczka miodu akacjowego
1 łyżka oliwy/oleju z orzeszków ziemnych
sok z 1/2 cytryny (lepiej z limonki, ale nie miałam)

kilka łyżek wody

czarny ryż Venere
sól

czarny sezam do dekoracji

Przygotowanie: W miseczce połączyłam do uzyskania gładkiego płynu pastę miso, wino ryżowe, ocet ryżowy, mód i sok z cytryny. Oczyszczony z ości i skóry filet łososia pokroiłam na porcje, włożyłam do miski. zalałam marynatą i dokładnie w niej zanurzyłam. Pozostawiłam w marynacie na kilka godzin (nawet aż do 24 godzin). Przed pieczeniem nagrzałam piekarnik do 200 stopni Celsjusza. W tym czasie opłukałam ryż i ugotowałam zgodnie z instrukcją na opakowaniu przez 18 minut w osolonej wodzie. Rybę razem z częścią marynaty wyłożyłam do ceramicznego naczynia do zapiekania i podlałam kilkoma łyżkami wody (nie po łososiu, tylko wokół!). Dzięki wodzie marynata się nie przypala, a na łososiu dzięki dodatkowi miodu w marynacie tworzy się chrupka skórka, mimo że mięso pozostaje w środku soczyste. Piekłam przez 7-10 minut (zależnie od grubości plastrów łososia - ja tym razem piekłam ok. 8 minut). Podałam posypane czarnym sezamem z sałatką z rukoli z dressingiem pieprzowym.

Dressing pieprzowy

Składniki:
Oliwa
Ocet z granatów
Sos sojowy
Mieszanka czterech pieprzów świeżo mielona
opcjonalnie: miód (ale w przypadku octu z granatów, który ma w sobie sporo słodyczy z granatu, nie było potrzeby dodawania go)

Przygotowanie: W małym słoiczku zmieszałam wszystkie składniki, ilość dopierając do smaku. Zakręconym słoiczkiem energicznie potrząsnęłam, tworząc z połączenia składników emulsję.
Ja stosuję trzy części oliwy do dwóch części octu do opcjonalnie 1 części dodatków (takich jak miód, musztarda, przeciery warzywne lub owocowe, dżemy) + sól/sos sojowy i pieprz. Tym razem dodałam sporo pieprzu, by podkręcić pieprzny smak rukoli.

Łosoś teriyaki
(2 porcje)

Składniki:
30 dag filetu łososia, oczyszczonego ze skóry i ości
3 łyżki marynaty teriyaki lub:
- 1 łyżka sosu sojowego
- 2 łyżeczki octu ryżowego
- 1 łyżeczka wina ryżowego
- 1 łyżka karmelu/syropu klonowego/miodu
- świeżo tarty imbir

1/2 szklanki soczewicy czarna beluga
1 1/2 szklanki wody
szczypta soli
1 duża marchewka, ugotowana na parze (do jędrności, a nie miękkości), pokrojona w drobną kostkę

koperek do dekoracji
czarny sezam do dekoracji

Przygotowanie: Łososia pokroiłam na porcje i zamarynowałam w marynacie teriyaki. Soczewicę ugotowałam zgodnie z przepisem na opakowaniu (proporcje 1:3 soczewicy do wody). Na ostatnich kilka chwil dodałam do niej pokrojoną w drobną kosteczkę marchewkę. Łososia upiekłam 7-10 minut (zależnie od grubości filetów) w 200 stopniach Celsjusza w ceramicznym naczyniu z dodatkiem odrobiny wody (patrz wyjaśnienia w przepisie powyżej). Podałam posypane czarnym sezamem i koperkiem.

Ja tym razem trochę się zagapiłam z tym łososiem i trzymałam go ciut za długo (ok. 10 minut, pomimo że powinien być ok. 7 minut, gdyż był dosyć cienki. Wszystko jednak zależy od ulubionego stopnia wysmażenia łososia. Ja lubię jak jest jeszcze całkiem wilgotny i taki "dopiero co", wiec zwykle piekę ok. 1 minuty dłużej, niż potrzeba na "wpół upieczonego" łososia.

Smacznego.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...